Archive for the ‘Literatura’ Category

Michał Witkowski FIOLETOWE ŚWIATŁO

2016-12-10

Najnowsza, niedostępna w oficjalnym obiegu książka Michała Witkowskiego udowadnia, że polscy wydawcy wciąż nie rozumieją, jaka literatura sprzedałaby się przed świętami. Odrzucona przez wydawcę jako „mało nowatorska” jest w rzeczywistości najlepszą pozycją autora „Lubiewa” od czasu „Drwala”.

fioletowe

Michał Witkowski jest mistrzem krótszej formy i portretowania przedziwnych postaci, które snują się po ulicach polskich miast i miasteczek. Ma niezwykły dar obserwacji i twórczego przetwarzania faktów w fikcję. W połączeniu z nietuzinkowym poczuciem humoru, ocierającym się miejscami o wulgarność, umie stworzyć mieszankę wybuchową i jedyną w swoim rodzaju.

Witkowski sprawia wrażenie – biorąc pod uwagę jego publiczne wypowiedzi i sugestie – że miał już kompletnie po dziurki w nosie szufladki „autor Lubiewa”. Jego późniejsze próby odejścia od konwencji debiutanckiej powieści nie należały niestety do najlepszych. Owszem, znawcy literatury nadal uważają, że to „Barbara Radziwiłłówna” jest jego najlepszym dziełem. Ja jednak do znawców się nie zaliczam (nikt mi nigdy za recenzje nie płacił – chlip chlip) i mimo iż doceniam wysoki poziom zabawy językiem, uważam „Barbarę” i następującą po niej „Margot” za utwory niestrawne. Podobnie zresztą jak „Wojnę polsko-ruską” Masłowskiej, która zestarzała się już po roku od wydania i jest nie do czytania. Nieśmiały romans z formą zbliżoną do „Lubiewa” w postaci „Drwala” sprzedał się na szczęście znakomicie. Po jeszcze jednej próbie napisania czegoś innego, czyli pseudokryminalnego „Zbrodniarza i dziewczyny”, Witkowski na szczęście wrócił do tego, co umie robić najlepiej.

Już „Funf und cfancyś” pokazał, że nie stracił tego niezwykłego nerwu w tworzeniu zbioru-opowiadań-nie-będących-zbiorami-opowiadań. Poszedł za ciosem i napisał powieść, którą dzisiaj znamy właśnie jako „Fioletowe światło”. I jest to strzał w dziesiątkę.

Powróciła ta narracja, za którą czytelnicy pokochali „Lubiewo”. Nie jest to jednak autoplagiat. Autor znacznie zręczniej i skuteczniej buduje postać Waldka Jesionki, choć tworzy ją w większym stopniu opowieściami o spotykanych przez niego pobocznych bohaterach a nie samym chłopaku spod Suwałk. W tych właśnie miejscach znajdziemy absolutne perełki talentu. Opowieść o nieszczęśliwych kobietach z jedynego bloku mieszkalnego w miasteczku zapada w pamięć najbardziej. Na początku zapamiętujemy tylko jedną czy dwie przezabawne dykteryjki. Gdy od lektury minie jednak trochę czasu, nagle okazuje się, że w głowie siedzi nam wspomnienie przerażającego nastroju głębokiej, nieszczęśliwej samotności. Takiej, na którą nic nie można poradzić, z którą nie da się walczyć inaczej niż idiotycznymi rytuałami, która pozostawia w odmętach beznadziei na zawsze.

„Fioletowe światło” jest jednak przede wszystkim książką o polskim show-businessie, który w narracji Witkowskiego staje się czymś w rodzaju ZOO z bestiami, psychopatami i dobrze wżenionymi idiotkami. Nietrudno zauważyć, że jego prawie dwuletni epizod z obijaniem się po ściankach na wybiegach „mejnstrimu” dużo mu w tym pomógł. Choć sam nie zdradził tego ani jednym słowem, jest to groteskowa i ironiczna powieść z kluczem. Często zakamuflowanym pomieszaniem dwóch lub trzech postaci znanych z bulwarówek w jednym bohaterze udającym fikcyjnego.

W „Fioletowym świetle” znajdziemy co chwilę kolejny powód do wybuchnięcia śmiechem. Ostatni raz tak się śmiałem, gdy jednej z kuleżanek wypadła z szuflady sztuczna szczęka. Really. Poziom dowcipów jest zróżnicowany – od finezyjnego po zwulgaryzowany do szpiku kości (za to kochamy Witkowskiego, nieprawdaż?).

Wydawnictwo (zakładam, że chodzi o „Znak”) odrzuciło „Fioletowe światło”. Ponoć postać głównego bohatera zbyt przypomina jednego z pobocznych uczestników wcześniejszej książki. I tym prostym sposobem powieść można dostać tylko u niego samego, kontaktując się z nim na Facebooku.

Do czego serdecznie namawiam, bo lepszego prezentu choinkowego po prostu w tym roku nie znajdziecie.

Michał Witkowski „Fioletowe światło”, 2016

PS. Znacznie więcej i częściej dzieje się na mojej stronie na Facebooku. Jakoś łatwiej wychodzi mi teraz pisanie krótkich notek czy share’owanie ciekawych treści niż pisanie długich notek tutaj. Się zaprasza.

Reklamy

Kobieta a zezwierzęcenie

2014-11-26

Spytał, czy podobają mi się kobiety. Odparłem, że i tak, i nie, to zależy. „Od czego?”. „Od ich braci”. Roześmiał się i powiedział, że pyta serio. Wyjaśniłem mu, serio, że jeśli chodzi o stronę fizyczną, jedyne dwie, z jakimi się przespałem, owszem , podobały mi się, ale na tym koniec, nic więcej, ponieważ dla mnie kobiety jakby nie miały duszy. Pusty czerep. I dlatego z nimi niemożliwa jest miłość.

„Musisz wiedzieć, że chodziłem do szkoły księżulków salezjanów, Wspomożenia Wiernych. U nich się nauczyłem, że stosunek cielesny z kobietą jest grzechem zezwierzęcenia, tak jak kiedy przedstawiciel jednego gatunku krzyżuje się z przedstawicielem drugiego, na przykład osioł z krową.”
Zapytałem, czy jemu podobają się kobiety. „Nie”, odpowiedział nieoczekiwanie i z taka mocą, że oniemiałem. A więc to właśnie kryło się za zielenią jego oczu – czystość nieskażona kobietą.

Cytat Raandowi poświęcam. 😛

Fernando Vallejo, Matka Boska Płatnych Morderców

Gdy postać umiera

2012-01-19

Wczoraj wreszcie ktoś mi uświadomił, że jeżeli czegoś się w dzisiejszych czasach nie wyjaśni kawa na ławę i w dodatku z użyciem słów z podstawowego zasobu tysiąca sztuk, to ludzie tego nie zrozumieją. Poszedłem po rozum do głowy i jakoś mnie olśniło. Zrozumiałem kompletny bezsens prowadzenia jakichś wyrywkowych dyskusji na blogu Teresy. Ona po prostu nie rozumie haczyków, które kiedyś załapałaby natychmiast. No to teraz będzie i o mnie i o Teresie prostymi słowy.

Ważne wyjaśnienie: rozróżniam Teresę i „Teresę”. Teresa bez cudzysłowu to realna osoba, człowiek stojący za blogiem. „Teresa” w cudzysłowie to wirtualna postać, jaką pokochały setki czy nawet tysiące ludzi kilka lat temu. Brand.

1. CO TO JEST MEM?

Mem jest to określenie bezpośrednio związane z Internetem. Pojawiło się na początku XXI wieku i początkowo oznaczało jakiś obiekt kultury (cholera, to jest stwierdzenie spoza tysiąca), który zaczyna żyć własnym życiem online. W czasach tzw. Web 2.0 memy pojawiają się przede wszystkim wskutek zamieszczenia czegoś na YouTube. Memem jest pani Basia (na pewno kojarzycie tę wulgarną menelkę z ponad 200 filmików), tańczący wiking, amerykański policjant podchodzący po kolei do protestujących studentów i tryskający im gazem pieprzowym prosto w oczy. Memy wywołują reakcje wśród widzów, dokładnie o to bowiem chodzi w sztuce, która współcześnie opiera się na wywoływaniu reakcji. Mem może, ale nie musi być prymitywny. Mem może, ale nie musi być zrozumiany przez wszystkich – jeżeli ktoś się z nim nie styka, nie rozumie o co chodzi.

Potem, wraz z rozpowszechnieniem się blogów, określenie „mem” uległo rozszerzeniu. Memem może być postać wirtualna lub rzeczywista, która wywołuje reakcje.

2. „TERESA” JAKO MEM

„Teresa” stała się memem w momencie, gdy wskutek napisania długiego komentarza na moim blogu wywołała trzęsienie ziemi w łódzkim (pół)światku gejowskim. Stała się memem nie przez treść komentarza, lecz przez reakcje na niego. Słynne i do dzisiaj wywołujące u niektórych łzy ze śmiechu „polowanie na Teresę w Narra” czy wulgarne groźby kierowane przez jej pracowników stworzyły mema, którego późniejszą emanacją był blog „Teresy”.

Tym sposobem memem stała się „Teresa”, potem „Odświętna Teresa” (do dzisiaj nie mogę wyjść z podziwu jakich prochów się nażarła, że wymyśliła tak okropną nazwę), przekształcona potem u mnie na „Teresę Padłocycką” a obecnie w „Teresę Migotkę”.

Problem podstawowy Teresy polega na tym, że utożsamiła się ze swoim memem. Uznała, jakimś przedziwnym ciągiem myślowo-logicznym, że ona i jej wirtualna postać to jedno i to samo. Od tego momentu zrobiło się kiepsko, ponieważ mem nie może istnieć bez ironii a tę cechę zatraciła i Teresa i „Teresa”. Jedna z jej ostatnich notek, w których zamieściła „przeprosiny” do bliskiego znajomego, że nie mogła odebrać telefonu – zamiast po prostu oddzwonić (sic!) – przeraziła mnie.

3. DOBRA I ZŁA LITERATURA

Bardzo niewiele blogów dostępuje zaszczytu uznania za literaturę. Wymaga to świetnego pióra, umiejętności podtrzymania zainteresowania czytelników a co najważniejsze: regularności. Gdybyście przeczytali od początku do końca blog tzw. Kominka (nie polecam, szkoda życia), w którymś momencie zorientowalibyście się, że nie dowiadujecie się ani nie uczycie kompletnie niczego nowego. Kominek funkcjonuje świetnie pod warunkiem, że w małych ilościach – ot, raz dziennie. Przykład tego blogera będzie mi potrzebny za chwilę.

Czym się różni literatura dobra od niedobrej? Po pierwsze, dobra musi być zajmująca. Po drugie, dobra musi trzymać się pewnej tradycji (jak horror to horror, jak komedia to komedia).

Po trzecie i najważniejsze: musi mówić o ludziach. Jeżeli przejrzycie wszystko, co dostało Nobla czy jakąkolwiek inną nagrodę w ciągu ostatnich 20 lat, zauważycie bez problemu, że każda z tych pozycji mówiła o ludziach. Albo o autorze. Albo jednym i drugim. O homo sapiens, którego przypadki życiowe były na tyle interesujące, że inni chcieli je czytać – od Jelinek po Szymborską. W tym rozumieniu Kominek jest dobrą literaturą, „Teresa” była nią również i – nieskromnie – dodam też siebie (do pewnego momentu, ale o tym później).

Teraz wyobraźcie sobie książkę, której pierwsze sto stron to półpornograficzny dziennik, drugie sto dramat w stylu Jelinek czy Sylvii Plath a trzecie sto to satyra. Czy taka książka może być dobrą literaturą? Otóż wbrew pozorom może, choć tylko w przypadku autentycznego geniuszu literackiego. W wersji light znajdziecie to u Witkowskiego chociażby.

A teraz wyobraźcie sobie książkę, która ma naprzemiennie po dwie strony z każdego z tych gatunków. Konia z rzędem temu, kto po prostu wywali ją do śmietnika a nie z wściekłości na stracony czas wybije nią okno.

To dlatego blog „Teresy” stał się nagle złym blogiem, złą literaturą. Zawodzi czytelników kompletnym przestawieniem tematyki. Nie utrzymuje poziomu wartego poświęcania na lekturę czasu. Mem umiera, ponieważ już nie każdy tekst staje się świętem dla czytelnika; czytelnik uczy się rozpoznawać „o czym będzie tym razem” i po lekturze pierwszych dwóch zdań odpuszcza sobie – iksując kartę w swoim Firefoksie. Pewnie jeszcze kiedyś wróci, coraz rzadziej.
Na dokładkę Teresa próbuje w samej sobie stworzyć wrażenie, że czytelnictwo bloga utrzymuje się na podobnym poziomie. Temu właśnie służą te okropne tytuły, pisane pod dyktando poradników SEO „co zrobić, żeby twój wpis Google umieściło na pierwszej stronie”. Nie wolno tego robić, jeżeli psuje to przyjemność lektury u stałego czytelnika. Popularność i czytelnictwo musi wynikać z dobrych treści a nie zabaw w SEO. To nie biznes tylko sztuka.

I tu wyjaśnię: tak, mem „Teresa” uważam za sztukę. Mimo, że upadłą. Sztukę wyjątkową, niepowtarzalną, świadczącą o tym, że w Teresie drzemie duży potencjał do zrobienia czegoś indywidualnego. Lepszego niż odtwarzanie opinii małżonka o każdej minucie życia.

4. PRZYSZŁOŚĆ „TERESY”

Obawiam się, że na zmiany może być już za późno. Rozczarowanie wielu czytelników może okazać się na takim poziomie, że nie ma czego ratować. Jest jednak pewien sposób, który w dłuższej perspektywie ma szanse zadziałać i jeżeli nie przywrócić mema do dawnego poziomu, to chociaż wyciągnąć go ze studni. Tym sposobem jest podział treści.

„Teresa” była memem specyficznym. Błyskotliwe, ironiczne, przezabawne notki dotyczące życia gejowskiego przyciągały nie tylko grono jej znajomych, ale dziesiątki jak nie setki heteryków, heteryczek, homofobów, głupich nastolatek. Doskonały mem nie musiał wtedy bawić się w głupie sztuczki – każde słowo opublikowane przez „Teresę” było komentowane zarówno na samym blogu jak i w środowisku – zwykle przez ludzi, którzy nie mieli pojęcia „kim jest Teresa”. Wywoływało reakcje osób z zewnątrz, bo po prostu każda notka była zajmująca, uczyła ich czegoś lub naświetlała problem z innej strony. Z daleka od mainstreamu. Taki blog wciąż ma szanse funkcjonowania. I życie osobiste Teresy nie ma znaczenia w przypadku mema „Teresa”. Kto uwierzył, że Teresa naprawdę opisywała swoje własne życie, ten kiep.
Unfortunately, robi to teraz. Być może dlatego, że jej małżonek po prostu nie rozumie Internetu (to jest akurat „fakt autentyczny”, nie opinia), być może sama przestała rozumieć.

Nie chcę zagłębiać się w krytykę krytyki czyli wyrzygiwanie, że Teresa nie umie pisać recenzji, że sięga po tematy z dupy wzięte i kompletnie nieinteresujące. To nie o to chodzi. Warsztat może się poprawić, czasem dosłyszy się na bankiecie więcej, czasem mniej. Większość recenzentów żeruje na podsłuchanych na gorąco reakcjach innych widzów w teatrze czy galerii i nikt się temu nie dziwi. Może wreszcie raz na dwa lata pojawi się też coś, co będzie rzeczywiście dobre, wtedy czytanie pozytywnej recenzji staje się przyjemnością nawet dla profanów.
Problem w tym, że takie notki nie powinny pojawiać się na blogu „Teresy”, bo to nie jest ten mem, nie ten obiekt kultury.

Teresa powinna założyć odrębnego bloga, na którym będzie zastanawiać się nad odpowiednim lub nieodpowiednim wysokim „C”. Nad szmatkami, które ktoś komuś założył do wyjścia na scenę. Nad tym, czy jakieś płótno czy kawałek drewna wywołał reakcję w galerii sztuki. Ba, może nawet czasem rzucić jakąs ploteczką – tak dla rozładowania emocji – z wydarzeń z ostatniej soboty w trupiarni na placu Dąbrowskiego. Wszystko to może a nawet moim zdaniem powinna zrobić, bo widać, że sprawia jej to jakąś (sadystyczną? masochistyczną?) radość a człowiek żyje raz i musi dbać przede wszystkim o swoje potrzeby a nie potrzeby zrzędliwych znajomych.
Ale pod nowym nickiem, nową marką, nowym brandem. „Migotką” chociażby.

Bo nikt z nas nie jest zainteresowany kupieniem w hipermarkecie sera żółtego marki Sony czy pasztetu z zająca marki Samsung, prawda? Dlatego nie kupuje recenzji operowych „Teresy”.

5. „GEJOWSKI”

Przez długi czas próbowałem wyjaśnić co poniektórym niewirtualnym znajomym, że blog jest kreacją. Że „Gejowski” jako postać wirtualna to zupełnie coś innego niż Gejowski, który klepie w klawiaturę. Blog był oparty w dużej mierze na rzeczywistości, ale prawie zawsze przetworzonej. Tymczasem ludzie bez przerwy identyfikowali mnie jako czlowieka z wirtualną postacią. Nie przyjmowali do wiadomości, że jest to nonsens taki sam jak uważanie, że Agatha Christie jest panną Marple. Przez wiele lat mi to nie przeszkadzało. Projekt „Gejowski” rozwijał się niesamowicie, przyciągał tysiące czytelników dziennie. To miłe, że nie zorientowaliście się, że… nie byłem jedynym autorem. 🙂
Bo autorów – gdybym musiał policzyć te 10 lat – było co najmniej czterech. Jak doliczę Miecię i Teresę, to sześciu. Nie jest tajemnicą, że rzeczywiście większość wyszła spod moich palców – ale „większość” nie równa się „wszystko”.

Formuła tego bloga w pewnym momencie wyczerpała się, prawie jak scenariusz „Queer as Folk”. Wszystko co powinno zostać powiedziane – zostało. Wszystkie prowokacje godne publikacji – opublikowane. Ilu heteryków wpadających tu przypadkiem przyszło, tylu udało nam się zindoktrynować. I wtedy projekt „Gejowski” zaczął się sypać. Do dzisiaj wstydzę się wielu notek, w których poziom agresji przekraczał dopuszczalne granice. Podjąłem decyzję, że wystarczy, że już dość.

Tak jak umarł mem „Onanista”, jeden z pierwszych i najlepszych blogów erotycznych w historii polskiego Internetu, tak samo umarł „Gejowski”. Ja już po prostu nie mam za wiele nowego do powiedzenia. A jeśli jeszcze czasem mam – piszę tu taki elaborat jak teraz.

Teresa zabiła „Teresę”. Może jeszcze doprowadzić do zmartwychwstania. Jeżeli się nie zdecyduje – agonia potrwa. Oczywiście, że czasem tam wpadnę, choć przyjemności z tego już dawno nie czerpię.

Zdecydowanie jednak uważam, że Internet i umysły młodych ludzi będą uboższe bez drapieżności „Teresy”, co w niczym nie przeszkadza, żeby czytając recenzję napisaną przez „Sędzimira Nastrojowskiego” nie mieli zielonego pojęcia, że w klawiaturę stuka ten sam człowiek. Bo i po co mieliby to wiedzieć?

W końcu każdy blog jest tylko kreacją.

Z lujem za pan brat

2011-11-14

Międzyzdroje, odarte z ostatnich już letnich iluzji i marzeń o Las Vegas, stały w kałuży jak stara, szczerbata pastewna kurwa, która dostała nożem i stoi we krwi kapiącej po nogach, gapi się wytrzeszczonymi oczami, sika sobie po nodze. Ale choćby tak stała z nożem w boku, żaden uczciwy tir nie zwolni i się nie zatrzyma, bo nie chce się zarazić kiłą posezonową. Pornografia nędzy i szarzyzny. Rdzewiejące lody, zbutwiałe gofry, odłażące z farby kurczaki, wielka kiełbasa z rożna, z której uszło powietrze, wielki Presley ruszający głową obsrany przez mewy, olbrzymi gofr sflaczały, a czerwone żarówki rozbite. Gabinet figur woskowych zamknięty, Scena – dyskoteka w pianie i bitej śmietanie – zamknięta, moknąca reklama Bols Vodka zdarta. Poruszający się na wietrze w przód i w tył wycięty z dykty człowiek jedzący loda. Niczym pijana kukła bez bebechów. Są ludzie z papieru, co rzucają się na wiatr, i są żule z krwi i mięsa, którzy zataczają się na promenadzie, zapieczone od moczu i kału są ich spodnie. Światła pogaszone. Szwedzi, jeśli jeszcze tu są, to w Hotelu Wiedeńskim upijają się na smutno, przy włączonych na full kaloryferach.
(…)
I zabili. Gołąb leżał na ziemi osmalony od podpalania i wciąż trochę się ruszał, a oni szturchali go końcówkami adidasów, kijem. Żeby odpowiedział im poruszeniem. Bo póki żyje, jest zabawa. Mój luj niepewnie patrzył na mnie, bo póki z nimi był, nic w tym znęcaniu się nad gołębiem złego nie widział, lecz teraz jakby, chcąc nie chcąc, spojrzał na to potrącanie moimi oczami i coś go tknęło, że to może nie jest zbyt elegancko, więc ukrył twarz w kapturze i popluwał, że tak powiem, spode łba. Ale już niemrawo go tylko potrącali, a tematem na przystanku obecnie panującym była, a jakże!, niedawalskość miejscowej sklepikarki ze spożywczego nieopodal peteteku, tej, co spała za ladą z rozpakowanym i nadgryzionym prince polo.
– Kurwa, bym wszedł, bym jej wyłożył na ladę mojego szerszenia.
Z dresu za luźnego.

Michał Witkowski, „Drwal”, listopad 2011

Marian Pankowski (1919-2011)

2011-04-04

3 kwietnia 2011 r. w Brukseli zmarł jeden z najwybitniejszych rzeźbiarzy słowa. Jego książki nie należą do łatwych, nie są też rozrywkowe, ale może teraz jeszcze kilka osób po nie sięgnie. Warto.

Pod zdjęciem: link do wywiadu.

Marian Pankowski

Cytat nad cytaty, Marian Pankowski o filozofii życiowej:

„Proszę sobie wyobrazić, tuż przed pierwszą komunią świętą – w Sanoku wielka bieda, ojciec był na bezrobociu, w domu nie było pieniędzy – kazali nam, dzieciom, ubrać białą koszulę i spodenki. Mama otrzymała wówczas od krewnej czarną spódnicę, z której uszyto mi te spodenki. Byliśmy już po sakramencie, klęczymy w półkolu, za nami stoją rodzice – ojciec był w PPS-ie, więc za moimi plecami stała tylko mama – i w pewnym momencie ksiądz mówi: „A teraz chłopcy, przysięgnijcie, że nie będziecie pić ani palić, bo to jest grzech”. Odwracam się, a mama, żona robotnika, prosta kobieta, kiwa palcem do swego syna w nędznych czarnych spodenkach, żeby nie przysięgał. Przecież to jest niewykonalne, po co więc te przysięgi. Ten obraz na zawsze pozostał dla mnie przejmujący.
Najtrudniejsze w naszym życiu są proste sprawy. Tak jest we wszystkim – w miłości, pracy. Właściwie być kimś określonym to znaczy być dobrym człowiekiem.”

Nie znany świat

2011-01-17

Trochę się moje zboczenie gramatyczne krzywi na ten tytuł ze spacją ale co tam. W końcu książka tak została zatytułowana, trzeba się tego trzymać.

Jak wiadomo, po akcji wyprzedaży garażowej u Padłocyckiej stałem się posiadaczem czterech książek, z których na pierwszy ogień poszedł biały kruk – powieść Romanowicza. Biały kruk, bo na Allegro książka ta pojawia się bardzo rzadko, parę razy w roku, przy czym jakoś nigdy nie udało mi się jej ustrzelić. Wyszła w niedużym nakładzie co w powiązaniu z nie najlepszym jej poziomem wszystko chyba wyjaśnia.

Podszedłem do niej raczej jako do rzeczy dokumentalnej niż artystycznej. Bo dokument to uroczy. Po pierwsze: głównym sposobem komunikacji bohaterów są listy. Takie na papierze, długopisem pisane, młodsi czytelnicy mogą nie wiedzieć o co chodzi. Po drugie: jedynym sposobem poznania kogoś był wyjazd na plażę gejowską, pójście do znajomych lub do burdelu (czyli sauny). Anonse w prasie typu „Seksrety” w książce nie występują, choć w chwili jej powstawania chyba już to dziwne pisemko istniało (nadal zresztą istnieje, na wakacjach Metka kupił to cudo w jakimś wiejskim kiosku, czym zapewnił nam salwy śmiechu przez dwa wieczory).

Rdzeń fabularny to dwa nieudane związki dwóch różnych bohaterów (acz znających się nawzajem), okres burdelowo-dziwkarski jednego z nich i potem trochę sztuczny i naciągany happy end. I wszystko byłoby w porządku, gdyby nie długie akapity bezsensownych, manierycznych „przemyśleń bohatera”, będących w rzeczywistości wyjątkowo męczącym wylewem wieloletniego myślenia autora nad swoim dziełem życia. Tak to się mści brak redaktora (nie, przyjaciółka NIE JEST redaktorem – z definicji), który wyciąłby z tej książki co najmniej 50 stron bez żadnej straty treści a wręcz poprawiając jej odbiór. O ile wiem, Romanowicz nie napisał już niczego później. Trochę szkoda, bo pewnie tym razem umiałby już okiełznąć swoje rozlazłe pióro.

Powieść to idealna dla młodych gejów, początkujących albo jeszcze „dziewiczych”. W gruncie rzeczy sporo o całym środowisku się z niej dowiedzą. Znajdą tam seryjnego podrywacza, w którego łapy wcześniej czy później wpadną, otrą się o mniej przyjemny a bardziej kryminogenny fragment naszej rzeczywistości, poczytają też o ciotkach-skrytkach, co to tylko w domu po kryjomu i tak dalej.
Dlatego właśnie utyskuję i narzekam, że tego typu literatury, nawet niezbyt wysokich lotów, w ogóle na rynku nie ma. „Berki” pomijam wyniosłym milczeniem. Skąd te dwudziestaki mają się nauczyć czegoś o życiu jak nie z takich rzeczy? Przecież nie z manierycznych filmideł wprowadzanych na rynek przez Tongariro, która to firma ma niezwykły dar wyszukiwania wszystkiego najgorszego z festiwalu w Toronto. A wbrew pozorom są takie jednostki, których życie nie zaczyna się od umówienia na seks w sraczu. Wiem, bo poznałem.

Jeżeli kiedyś wpadnie wam w rekę „Nie znany świat”, przeczytajcie go sobie. Mimo wszystko warto. Takie „Lubiewo” można docenić literacko dopiero z tego typu podkładem. Trzeba najpierw się pomęczyć nad złą literaturą, żeby zrozumieć tę lepszą. Udowadnia to parę moich rozmów o książce Witkowskiego z ludźmi, którzy zabrali się do niej bez „podkładu” i w związku z tym albo zupełnie jej nie zrozumieli albo znienawidzili do cna. Bez sensu.

Antoni Romanowicz „Nie znany świat”, Oficyna Wydawnicza DELTA, 1992

Zajebiste

2010-12-14

Może nieco starawe, ale jeszcze dłuuugo nie będzie przeterminowane:

Amator kwaśnych jabłek

Poetycko

2010-10-21

Dupa – ludzkość szczęścia pozbawiła,
Dupa – na jabłko Adama skusiła.
Dupa – nieraz królów dawnych mianowała,
Dupa – też ich detronizowała.
Dupa – bogaci,
Dupa – rujnuje.
Dupa – losami świata kieruje.
Dupa – pomaga,
Dupa – przeszkadza,
Dupa – miłuje
i…
Dupa – zdradza.
Dupa – żebraków i królów raduje,
Dupa – w pałacu i w chacie króluje.
Dupa – smakuje młodym i starym.
Dupa – tchnie żądzą, upaja czarem.
Dupa – pachnie,
Dupa – śmierdzi,
Dupa – też wspaniale pierdzi.
Dupa – wielkie kupy sra.
Dupa – na klarnecie gra.
Dupa – dziewczęta wyciąga z nędzy,
Dupa – najlepszą kopalnią pieniędzy.
Dupa – chłopaków jak w banku gromadzi,
Dupa – frajerów do ołtarza prowadzi.
Dupa – motorem zawsze i wszędzie.
Dupa – jest hasłem
i zawsze będzie…
Dupa – krzepi,
Dupa – dzieci sieje,
Dupa – płodzi,
Dupa – rodzi,
Dupa – nigdy nie zawodzi.
Stąd wynika jasny morał
Grzmiący jak potężny chorał:
Człowiek się rodzi – z dupy wychodzi.
Człowiek się żeni – na dupę wchodzi.
Człowiek umiera – na dupie leży.
Wszystko na świecie od dupy zależy.
Dupa zrodziła Zygmunta i Piasta.
CZEŚĆ DUPIE, I BASTA!

Aleksander Fredro, „Prawda życiowa”

A mnie się nie podobało

2010-09-13

Jacek Hugo-Bader jest klasą samą w sobie, ale tym razem mam wrażenie, że jakoś mu nie wyszło.

Portretując chłopców z Centralnego wpadł w kanał metodycznego opisywania poszczególnych postaci. Przy trzeciej stało się to już nudnawe a mniej więcej w połowie tekstu zacząłem sprawdzać, ile jeszcze zostało do końca. Doczytałem, a jakże, bo miałem nadzieje na jakieś zaskoczenie, na dobrą przewrotkę. Choćby rozmowę z dwoma czy trzema „wujkami”. Na jakiś wist, który pokaże, że te opowieści prostytutek są w dużej części wyssane z palca. Cokolwiek.

Niestety nie doczekałem się, „Bagno…” trafia na półkę nieudanych wypadków przy pracy świetnego skądinąd reportażysty.

Sprawdźcie sobie zresztą sami: Bagno i rusałki

Alejandro

2010-09-04

Doszedłem do wniosku, że potrzebuję wreszcie spokojnego popołudnia i wieczoru. Zamiast zatem zajmować się sprawami ważnymi lub porządkującymi cokolwiek, postanowiłem pobiegać chwilę po Fellow w poszukiwaniu niedorzecznych opisów, które regularnie poprawiają mi humor. I zupełnym przypadkiem trafiłem na bloga Alejandro, który pochłonął mnie na prawie dwie godziny. Już nie pamiętam, kiedy ostatnio trafiłem w Web 2.0 na cokolwiek, co zajęłoby moją uwagę dłużej niż szesnaście sekund.

Alejandro stworzył coś w rodzaju autobiografii. Początkowo, czytając kolejne linearne notki, miałem wrażenie, że jest to kolejna fajna acz pusta mistyfikacja. I dopiero w połowie zrozumiałem, że opisywana przez niego droga życiowa jest tak oczywista i powtarzalna, że przecież nikomu by się chyba nie chciało jej wymyślać. Alejandro udowadnia, że proces rozwoju geja od oseska (zwykle w okolicach siedemnastki) do szczeniaka (pewnego, że już wszystkie rozumy zjadł i nic go nie zaskoczy – okolice 25-27 lat) jest prawie zawsze taki sam. I przypomniałem sobie intensywnie odhaczaną listę błędów życiowych na przykład Lucy. Tyle, że Lucy odhacza te punkty w jakimś niedorzecznym tempie, ale może to i dla niego lepiej.

A zatem, nie zabierając wam więcej czasu, zapraszam do lektury bloga Alejandro. Niestety wybrał koszmarny szablon onetowy, którego używać się bez wścieku pizdy nie da, ale jak się kliknie na ukryte na lewym marginesie miesiące (od początku rzecz jasna), można ładnie od dołu poczytać całość. Idealna lektura na weekend.

Sex, geje i brukselki