Fryne hetera

NIEOCZEKIWANY FINAŁ ZABAWY

Melisa dorobiła się w ciągu wielu lat świadczenia erotycznych usług sporego majątku, dając tym dobry przykład innym heterom. Chociaż jej wdzięki dawno już przywiędły, mogła nie obawiać się nędzy ni poniewierki. Oprócz przybytku w samych Atenach miała także piękną willę na przedmieściach Pireusu, blisko morza, lecz z dala od portowego zgiełku. Mające uczestniczyć w uczcie kobiety zjechały się tamże późnym popołudniem, niektórym bowiem sporo czasu zajmowało upiększanie się i tworzenie wymyślnych fryzur. Nie muszę chyba dodawać, że w tej sytuacji przybyłam na miejsce jako jedna z pierwszych. W końcu, kiedy zjawiły się już wszystkie odświętnie wystrojone przyjaciółki, byłyśmy gotowe do zabawy.

Należało złożyć na wstępie ofiarę dziękczynną. Ogród za domem zamykała od strony miasta dosyć wysoka ściana skalna, dobrze chroniąca nas przed niepowołanymi oczami i uszami. Szczyt jej ocieniały wawrzyny, a po obu stronach rosły gęste krzaki mirtu. Spadała z niej krystalicznie czysta kaskada, obramowana wstęgami bluszczu, które zdawały się zrastać z kamieniem. Pod występami skał pani domu kazała ustawić posążki nimf, przegiętych we wdzięcznych, tanecznych pozach. Na górnej półce pochylała się figurka rogatego bożka Pana, który podpatrywał pląsające najady z pożądliwym uśmieszkiem na koźlim obliczu. Własnoręcznie ułożyłyśmy cedrowe polana i placki jęczmienne na niewielkim ołtarzu, a następnie zabiłyśmy w ofierze białą kurę. Jako główna zaproszona osobiście ścięłam łebek stworzenia, starając się przy tym zanadto nie zaplamić krwią rąk ani wytwornej sukni. Wnet zresztą opłukałam dłonie w strudze spływającej po kamieniach. Lejąc bogom przepisową libację z wina i miodu na ziemię usłaną dywanem lotosów i koniczyny, paląc kadzidło nad małym ogniem, pomodliłyśmy się godnie do nimf, przede wszystkim jednak złożyłyśmy hołd Afrodycie, prosząc ją o nieustającą opiekę.

Gdy zakończyłyśmy obrzęd, gospodyni dała hasło do rozpoczęcia uczty.

– Chodźmy – rzekła władczym tonem, jakim zwykle zwracała się do swoich dawnych uczennic – do domu i ułóżmy się do stołu.

We wnętrzu istotnie czekały na nas wygodne łoża i obficie zastawione stoły. Ja jednak pokręciłam głową przecząco.

– Wolę, byśmy zostały tutaj – sprzeciwiłam się. – Na Wielką Macierz, nie po to w końcu wyrwałam się z miasta owego upalnego dnia, żeby dusić się w sali biesiadnej. Pragnę zażyć świeżego powietrza i innych uroków natury. Chętniej legnę na trawie, niż na miękkich poduszkach.

Większość uczestniczek kiwała gorliwie trefionymi główkami, najwidoczniej rada z pomysłu. Melisa zmarszczyła brwi, lecz po chwili uśmiechnęła się wyrozumiale.

– Jak sobie życzysz, kochana Fryne – odparła słodkim tonem. – Masz prawo dzisiaj rozkazywać, skoro okazałaś się wybranką bogini. Które miejsce wybierasz?

– Na pewno nie tutaj – odparłam ze śmiechem, spoglądając z żartobliwą bojaźnią na bożka. – Widzisz przecież, jaki Pan jest rozpustny. Pewnie by się jeszcze bardziej podniecił, widząc nas pijane. Najlepiej nam będzie w cieniu krzewów mirtowych, na drugim końcu ogrodu. Czarujący jest ten skrawek ziemi, błyszczący od rosy i prześlicznych hiacyntów.

– Masz rację – zakrzyknęły ochoczo wszystkie przyjaciółki i ruszyły we wskazanym kierunku.

Same przygotowałyśmy sobie legowiska, zebrawszy gałązki cisu i mirtu i rozpościerając na nich płaszcze. Dzięki temu moje koleżanki mogły nie obawiać się zniszczenia wspaniałych kreacji. Ułożyłyśmy się jak można najwygodniej, a wówczas Melisa zaklaskała na swoje nubijskie niewolnice, które zaczęły wynosić ze środka domu półmiski pełne rozmaitych przysmaków i amfory z winem. Chociaż bogowie oszpecili je czarną skórą, to jednak prawie nagie, przybrane jedynie strzępkami pstrokatych materiałów, piórami i tandetnymi świecidełkami, wyglądały naprawdę egzotycznie i stanowiły interesujący widok. W owych czasach uważano za wielce szykowne posiadanie ciemnoskórych niewolników, podczas gdy egipscy służący wyszli akurat z mody, z moją pozycją mogłam jednak nie przejmować się kolejnymi odmianami wielkomiejskich gustów.

– Wyglądasz na ich tle jak ożywiony posąg z najbielszego marmuru – zauważyła moja poczciwa Bakchis, która od zawsze czuła do mnie szczególną skłonność.

Odwzajemniłam się jej wdzięcznym uśmiechem i czułym pocałunkiem w policzek. Zaczęłam gładzić pieszczotliwie jej odsłonięte, gładkie, opalone udo, aż zadrżała z rozkoszy.

– Szczęśliwa jesteś, że masz tak wspaniałego opiekuna – mówiła dalej przyjaciółka. – Zawsze zazdrościłyśmy ci Hiperejdesa, ale teraz, po tym okropnym procesie wiemy już, że w twojej osobie obronił nas wszystkie. Wystrzegaj się teraz jakiejkolwiek styczności z Eutiasem – dodała zaniepokojona. – Być może stałaś się dla niego podwójnie cenna i znowu ci się spróbuje narzucać albo zechce zemścić się w jakiś sposób. Całe Ateny wiedzą, jakie to podłe bydlę…

– Mam nadzieję, że bogowie uchronią mnie przed ponownym widokiem tego wstrętnego człowieczka – odparłam z lekkim zniecierpliwieniem. – Nie wracajmy już do tej przykrej historii. Chcę zacząć życie od nowa.

– Słusznie mówisz – przytaknęła potulnie. – O czym więc będziemy rozmawiać?

– Posłuchajmy, co inne opowiadają o swoich kochankach – zaproponowałam, sięgając po zachęcająco pachnący ziołami kawałek koźlęcia.

Istotnie, mogłyśmy doskonale usłyszeć, jak rozłożona tuż obok nas sowiooka Tais szepcze z ledwie skrywaną zazdrością do urokliwej Filumene:

– Przyprowadź kiedyś do mnie swego Adonisa, a będziemy ucztować we troje! Słusznie rozpieszczasz tego prześlicznego Menefrona. Młodzieniec nie dość, że urodziwy i ciągle gładki na licu, to jeszcze wziął spadek po bogatym ojcu, który zginął pod Cheroneą… Mnie zaś złośliwy Eros podsyła tylko samych grubawych i kosmatych dziadków po czterdziestce. Naprawdę, mam tego dosyć! Dlaczego ateńscy ojcowie rodzin nie mogą częściej ginąć na wojnie?!

Wszystkie wokół śmiały się z koleżanki, która miała niewielu klientów, gdyż jej poważny, nieco posępny typ urody, pociągła twarz i wielkie, smutne oczy, przywodzące raczej na myśl Herę niż Panią Cypryjską, odstraszały złotych ateńskich młodzieńców. Słuchając tych wynurzeń, uświadomiłam sobie kolejny raz, że z wyjątkiem pierwszego miłosnego doznania, ja także dotychczas miałam do czynienia wyłącznie z mocno dojrzałymi panami. Bez wątpienia dawali mi poczucie bezpieczeństwa, ale wygasał w nich powoli ten wspaniały żar młodości, jakiego miałam okazji zaznać tylko raz w życiu. Chowałam wspomnienie o Tamarisie w głębi serca, jak skąpiec skrywający najcenniejszy klejnot na dnie kufra. Zdobyłam się w tym momencie na szczerość przed samą sobą i pomyślałam, że wcale nie miałabym nic przeciwko silnemu i słodkiemu zarazem uściskowi muskularnych ramion jakiegoś gorącego efeba, pod warunkiem naturalnie, że byłby odpowiednio majętny. Nawet największa namiętność nie jest warta utraty zawodowej reputacji, jak mnie pouczała stara, mądra Omfale.

Nie wiem, który zawistny bóg wysłuchał mej niemej prośby, w każdym razie spełnił ją jeszcze tej samej nocy w sposób niezwykle przewrotny.

Plotkując, przekomarzając się i żartując, zajadałyśmy tymczasem rozpływającą się w ustach koźlinę, domowy drób i schwytane w sieci kuropatwy, słodziutkie winogrona i smakowite grzbiety zajęcze. Potem były ślimaki w muszelkach, grzyby, poziomki i dobre na żołądek korzenie, podlane miodem i octem. Wszystkie zajadałyśmy się sałatą o gęstych, strzępiastych liściach. Myrrina, jakby czytając w moich myślach, zawołała:

– Spójrzcie, jak słońce ozłaca je swoim blaskiem, niczym kędziory na głowie dorastającego młodzika! Taką sałatę na pewno lubiłaby Afrodyta!

Przyszła potem kolej na rozmaite ciasteczka, placuszki i miodowniki… Kielichy krążyły bez przerwy, napełniane troskliwie przez ciemnoskóre służące. Nie zachowałyśmy w piciu żadnych zasad, oprócz trzech obowiązkowych toastów na cześć miłości. Wino było słodkie, nie helleńskie tylko italskie. Melisa chwaliła się, że specjalnie na tę okazję kupiła sześć dzbanów od kupców w Pireusie. Im bliżej zmierzchu, tym nastrój stawał się coraz bardziej frywolny. Zaczęły się popisy gry na flecie, sprośne nieraz śpiewki i tańce. Widząc niezręcznie podrygującą Taidę, Myrrina wyzwała ją do zawodów. Miały się zmierzyć, która może pochwalić się ładniejszym tyłeczkiem. Nawet najbardziej surowa z nas nie mogła odmówić takiemu wyzwaniu na uczcie kobiet.

Krąglutka Myrrina pierwsza rozwiązała pasek ściągający suknię i zrzuciwszy ją, pozostała jedynie w kusej przepasce z przejrzystego, cieniuteńkiego jedwabiu. Wypięta do tyłu, zaczęła kołysać biodrami w takt muzyki, spoglądając przez ramię na wdzięczne ruchy swego tłustego zadka, który drżał podczas owych popisów niczym zsiadłe mleko. Wówczas Tais także zdjęła chiton i przeginając się lekko w biodrach, rzekła poważnie:

– Obejrzyj sobie, Myrrino, tę nieskazitelną barwę bez jednej plamki, zwróć uwagę na różowość bioder w tym miejscu, na przejście ku udom, ani za tłuste, ani za chude, na dołeczki na wzgórkach. Na boski zad Cyprydy, moje pośladki nie trzęsą się tak, jak twoje.

Wszystkie przyklasnęłyśmy owym słowom i orzekłyśmy, że jakkolwiek tępi mężczyźni chętniej wybierają Myrrinę o bardziej obfitych, rzucających się w oczy kształtach, to jednak figura chudej Tais ma również swoje ukryte zalety. Potem odbyły się zawody dotyczące piersi, które sprowokowała Filumene, wydobywając z zanadrza swoje niedojrzałe jeszcze jabłuszka z okrzykiem:

– Popatrzcie! Ledwie nimi mogę wypełnić dłonie, a jakie są już sprężyste i twarde!

Przy bliższych oględzinach doszłyśmy do wniosku, że żadna z nas nie powinna się z nią mierzyć nie tylko pod względem biustu, ale także jędrnego brzuszka, nie zniekształconego jeszcze niechcianymi porodami. Naturalnie stara Melisa nie brała udziału w zawodach, podobnie jak ja, aczkolwiek z innego powodu: moja uroda była przecież darem Nieśmiertelnej, a bogini nie mogła rywalizować ze zwykłymi śmiertelniczkami. Chętnie jednak także ściągnęłam suknię, rozgrzana wdzięcznymi widoczkami i winem. Wszystko, co miałam na sobie, zdawało się dusić mnie i uwierać. W krótkim czasie byłyśmy nagie i pląsałyśmy po ogrodzie niczym pijane bachantki, jakkolwiek bez właściwej im zajadłości.

Ochłodziwszy później czoła i piersi źródlaną wodą, znowu rozłożyłyśmy się na naszych prowizorycznych posłaniach. Wino uderzało do głów i chociaż byłam spita nie gorzej niż moje przyjaciółki, nie mogłam nie zauważyć, że niektóre z nich przedstawiają sobą nader pocieszny widok.

Bakchis splotła wieniec z mirtowych liści i wczepiwszy go sobie we włosy, pytała mnie, przechylając zalotnie główkę:

– Spójrz, miła, czy jest mi w nim do twarzy?

Zapewniłam z głębi duszy, że wygląda uroczo. Myrrina leżała wprost na gołej ziemi, obsypana fiołkami i powtarzała bez przerwy:

– Jak pięknie pachnę!

Tais, trochę nadąsana, zrywała liście z pobliskiego krzewu i gryzła je w dziwnym zapamiętaniu, Melisa zaś podśpiewywała ochrypłym głosem starą miłosną piosenkę, przygrywając sobie na lirze.

Odświeżywszy się i pobudziwszy żołądki sałatą i selerami, piłyśmy dalej bardzo swawolnie, aż wreszcie, kiedy zapadł zmierzch, przy świetle gwiazd, pochodni i kaganków napełnionych aromatyczną oliwą, przestałyśmy ukrywać wzajemnie przed sobą żądzę. Łącząc się w pary, uprawiałyśmy miłość na wzór boskiej Safony i jej młodych uczennic z Lesbos. Nie wzbraniałam Bakchidzie wytrwałych i owocnych wędrówek po moim ciele za pomocą ruchliwego języczka i figlarnych paluszków. Melisa wzięła pod swoje skrzydła najmłodszą, Filumene, pieszcząc z wprawą jej dziewczęce kształty i udzielając przy tym szeptanych pouczeń. Pogodzone Tais i Myrrina tarzały się ze śmiechem po trawie, wziąwszy wspólnie w obroty jedną z usługujących Nubijek. Zostałaby niezawodnie wychłostana następnego dnia, gdyby tylko ośmieliła się wzdragać przed zrobieniem jakiejkolwiek przyjemności przyjaciółkom swej pani.

Wszystkie bawiłyśmy się tak dobrze, iż nasze uszy boleśnie zraniło pierwsze pianie koguta u sąsiadów.

– Nienawidzę tego ptaszyska! – jęknęła Bakchis, odrywając niechętnie usta od moich warg. – Swym dokuczliwym wrzaskiem umie zepsuć każdą zabawę!

Nad ranem poczułam się wielce znużona. Najwyraźniej nie odzyskałam jeszcze w pełni sił po ostatnich wypadkach. Chociaż Melisa namawiała mnie, bym przespała się u niej, uparłam się jednak wracać jak najprędzej do domu. Postawiłam na nogi moich czarnych tragarzy. Niektórzy zabawiali się tymczasem pokątnie z pozostałymi, wzgardzonymi przez me koleżanki przedstawicielkami własnej rasy, musiałam więc im pogrozić batem, by zechcieli podnieść z barłogów swoje leniwe zadki. Ciężko wzdychając, ponieśli lektykę główną drogą, wiodącą z Pireusu do Aten.

Pod koniec podróży zmorzył mnie sen, a raczej była to niespokojna, męcząca drzemka. Przebudzenie z niej, zapewniam, nie było miłe.

Pierwszym wrażeniem był gwałtowny wstrząs. Lektyka wylądowała na ziemi i przechyliła niebezpiecznie na bok. Upadłam na jedną z drewnianych kolumienek i boleśnie uderzyłam się w ramię. Krzyknęłam, a raczej pisnęłam z bólu. Na pewno będę miała wielkiego siniaka, pomyślałam. Na dodatek suknia zaczepiła o jakiś ornament. Chciałam zacząć besztać niewolników, lecz zorientowałam się, że wokół panuje martwa cisza, nasycona tylko zarannym śpiewem ptactwa. Gdzie się podziali tragarze? Zostawili mnie samą i uciekli? Musiało się stać coś strasznego, skoro woleli ocalić życie, ryzykując gniew swego pana. Myśli przelatywały błyskawicznie przez głowę, choć nadal nie rozumiałam, co się stało. Uciekać! To była kolejna myśl. Próbowałam dłonią wyplątać zahaczony kawałek materiału, lecz tylko złamałam paznokieć. Cudownie. Szarpnęłam i delikatna materia rozdarła się z suchym trzaskiem. Stanik opadł, odsłaniając piersi. Jeszcze lepiej. Wyobraziłam sobie, jak biegnę półnaga przez ulice miasta, wzywając pomocy… Lepiej od razu zawołać. Ze zdławionego strachem gardła wydobył się kolejny nikły pisk. Nie, to na nic. Muszę wydostać się z tego przeklętego wehikułu.

Czyjeś silne dłonie chwyciły mnie brutalnie i dosłownie wywlekły na zewnątrz. Jeśli mogłam przez moment żywić nadzieję na ratunek, szybko się z nią pożegnałam. Trzymało mnie za ręce dwóch tęgich opryszków o zakazanych gębach. Zapewne najemnicy od brudnej roboty, których usługi można kupić w pobliskim porcie. Postanowiłam nie krzyczeć i nie opierać się. Byłam gotowa oddać swe ciało i nieliczne klejnoty dobrowolnie, byle tylko ocalić zdrowie i życie. Oni jednak spoglądali na mnie z chłodnym zainteresowaniem i nie zaczęli mnie obmacywać. Nie był więc to napad rabunkowy ani próba gwałtu. Zresztą, kto miałby gwałcić heterę? Musiało chodzić o coś innego… Mimo paraliżującego lęku umysł pracował samodzielnie całkiem jasno, jak zawsze w niebezpiecznych momentach. Czyjaś zemsta? Czyja?!… Zrozumiałam wszystko, gdy usłyszałam dobiegający gdzieś z boku złowrogi chichot. Jakaś niewysoka, pokraczna sylwetka wyłoniła się z półmroku…

Eutias wpatrywał się we mnie ze złośliwą satysfakcją. Jego jadowicie zielonkawe oczka świeciły triumfalnie. Więc jednak chodziło o zemstę. Dziwne, lecz poczułam coś w rodzaju ulgi. Sytuacja była nadal groźna, ale przynajmniej jasna. Wszystko zależało od tego, czego pragnie mój prześladowca.

Rozejrzałam się nieznacznie. W sporym oddaleniu ujrzałam wieże Bramy Dipylońskiej. Znajdowaliśmy się w połowie drogi do Kerameikos, na cichej cmentarnej alei. Po obu stronach bielały grobowe stele z prochami zasłużonych Ateńczyków: bohaterów wojennych, wielkich polityków, bogatych kupców, zacnych małżonek i przedwcześnie zmarłego potomstwa. Trzeba przyznać, że napastnicy dobrze wybrali miejsce. Nikt nie usłyszałby stąd mego krzyku, a nawet gdybym zdołała się wyrwać, nie zdążyłabym dobiec do domów zamieszkanych przez żyjących. Księżyc bladł na różowiejącym od wschodu niebie. Postanowiłam grać na zwłokę.

– Jeśli nadal mnie pragniesz – syknęłam, starając się opanować drżenie głosu – możesz mnie teraz mieć. Potem zapomnimy o całej sprawie…

Uśmiechnął się ohydnie i bryznął mi w twarz cuchnącą śliną.

– Nie pożądam już twego ciała, dziwko – odpowiedział świszczącym szeptem – tylko zemsty.

– Więc zabij mnie bez gadania – odparłam, siląc się na wyniosły ton.

W tym momencie zauważyłem, że łotr trzyma w ręku długą scytyjską szablę. Dreszcz wstrząsnął całym moim ciałem. Zamknęłam oczy. Niech ten koszmar skończy się jak najprędzej… Uniosłam powieki, słysząc znowu ten sam złowieszczy rechot.

– Zabić cię, suko? – zapytał nieco retorycznie. – O nie, to by było zbyt proste… Gówniana przyjemność. Będziesz żyła, ale na pewno wkrótce zapragniesz śmierci.

Uniósł szablę w drżących dłoniach, widocznie wielce podniecony tym, co zamierzał uczynić, lub oręż okazał się zbyt ciężki dla niewprawnych rąk. Oparł szpic ostrza na mojej lewej piersi. Serce zaczęło bić bardzo mocno i na chwilę zabrakło mi tchu… Odrzuciłam głowę i bezsensownie szarpnęłam się do tyłu. Był to daremny gest, gdyż zbiry trzymały mocno, a na dodatek gwałtowny ruch sprawił, że czubek szabli rozciął z lekka skórę i poczułam spływającą po piersi i brzuchu cienką, ciepłą stróżkę.

Eutias musiał dojrzeć w mych oczach prawdziwą rozpacz, gdyż wielce się uradował. Oparł teraz zimną klingę na mym policzku.

– Z paskudnymi bliznami na twarzy, obciętymi uszami i cyckami, nie będziesz nadawać się nawet na posługaczkę w tawernie. Staniesz się dla wszystkich tak odrażająca, że sama ze sobą skończysz – podjął, napawając się moją udręką.

– Wolę zginąć – wyszeptałam szczerze głosem zdławionym przez łzy.

Łajdak dobrze obmyślił zemstę. Pozbawiona swego największego bogactwa, urody, nie miałabym już po co żyć. Sykofant śmiał się ciągle jak wariat.

– A kogo obchodzi, czego ty chcesz, szmato?…

Pomyślałam, że dopóki bawi go moje cierpienie, mam jeszcze cień szansy, że tymczasem ktoś nadejdzie od strony miasta lub Dipylonu i przepłoszy napastników. Zaczęłam się cicho modlić:

– Chroń mnie, Afrodyto… Ratuj, Apollo… Hekate, przyzwij demony…

– Nie pomoże ci już żaden demon ani śmiertelnik – zaskrzeczał nienawistnie Eutias i odpowiednio ustawił ostrze, pragnąc wprowadzić w czyn swoje groźby…

W moje żałosne kwilenie wdarł się nagle bojowy ryk, przypominający skowyt atakującego wilka. Dochodził gdzieś z tyłu, spomiędzy grobów. Mój wróg zamarł na chwilę, zaskoczony i to stało się przyczyną jego porażki.

Wszystko stało się w ciągu paru zaledwie uderzeń serca, szybciej niż jestem w stanie o tym opowiedzieć. Drab z mojej prawej strony puścił mnie nagle i zwalił się w bok z ciężkim westchnieniem. Pod dolnymi żebrami rozlewała się na jego brudnym chitonie plama miedzianej barwy. Dźgnięty celnie, natychmiast wyzionął ducha. Drugi najemnik także rozluźnił chwyt, oparł się podbródkiem o moje ramię i ześlizgnął nim powoli po plecach, zostawiając po sobie smugę nieprzyjemnej, lepkiej wilgoci, wyciekającej bez wątpienia z rozciętego gardła. Powinnam była upaść wraz z nim, lecz zesztywniała mrozem przerażenia, nie poddałam się owej inercji. Stałam dalej jak skamieniała, rejestrując wszystko szeroko otwartymi oczami.

Dopiero teraz ujrzałam mego wybawcę. Zza pleców wyskoczyła szczupła, zwinna sylwetka w ciemnoczerwonej opończy i dziwnym zawoju na głowie. W prawej dłoni dzierżył okrwawiony, krótki miecz. Ogłupiały Eutias usiłował się zasłonić szablą. Nieznajomy uskoczył lekko w bok, unikając ciosu. Jego prawica wślizgnęła się między kurczowo zaciśnięte na rękojeści dłonie sykofanta z szybkością atakującej żmii. Jednym ruchem sprawił, że scytyjski oręż upadł z brzękiem na kamienie, a w ślad za nim podążył niefortunny mściciel z rozprutym od dołu do góry brzuchem. Krew z wylewających się wnętrzności bluzgnęła wprost na mnie, plamiąc szafranową szatę, ale nawet nie drgnęłam. Nędznik żył jeszcze, kiedy zwycięski wojownik postawił na jego karku stopę w ciężkim, wojskowym sandale. Usłyszałam obrzydliwy chrzęst pękających kostek szyjnych. Eutias kopał jeszcze chwilę ziemię nogami, potem znieruchomiał. Wybawca szybko wytarł krew z ostrza o płaszcz przeciwnika i wsunął mieczyk do pochwy u pasa. Nie miał nic więcej na sobie poza skórzaną spódniczką bojową i grubą, dosyć krótką opończą.

Dopiero wtedy poczułam mdłości i nogi ugięły się pode mną. Widząc, że słabnę, mężczyzna pochwycił mnie w swoje chude, lecz żylaste i silne ramiona. Poddałam się temu bez wahania, wtulając się w twardą pierś. Wziął mnie na ręce i pobiegł przed siebie, kierując się w stronę miasta. Najwyraźniej pragnął jak najszybciej oddalić się z tego przeklętego miejsca, pozostawiając zwłoki swoich ofiar na pastwę bezpańskich psów i ukrywających się na cmentarzu rabusiów. Zrozumiałam, że nie chce, by jego tożsamość została odkryta.

Wpadliśmy do dzielnicy Kerameikos. Miasto już się budziło, wstawał nowy dzień, chociaż słońce nie miało dziś zaświecić dla wszystkich. Wstawali co tchu do roboty garncarze, straganiarze, kowale, łaziebnicy, garbarze, płatnerze, szewcy oraz lir i tarcz tokarze… Kto żyw wychodził przed swoje ubogie domostwo, zawiązując spiesznie sandały, drepcząc i przytupując w porannym chłodzie. Niektórzy na nasz widok przecierali powieki ze zdumieniem, niepewni, czy nie widzą jakiejś sennej mary, inni czynili znaki odpędzające demony.

Bystre, ciemnobrązowe oczy zbawczego demona spoglądały w moje źrenice z przenikliwą uwagą. Resztę twarzy miał przesłoniętą ciemną chustą, miałam jednak nadzieję, że jest równie pociągająca.

– Gdzie? – zapytał twardym, żołnierskim tonem z wyraźnie obcym akcentem. – Gdzie jest twój dom?

Ostatnim wysiłkiem wyszeptałam niezbędne wskazówki i wskazałam kierunek drżącą dłonią. Potem zapadłam w mroki otchłani, mając za jedyne oparcie wpijające się w ramiona i uda kościste ręce nieznajomego. Było to całkiem miłe uczucie. Chciałam, by trwało jak najdłużej…

„Fryne hetera” – tutaj kupisz książkę

Reklamy

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s