Archive for Październik 2008

Ukradzione

2008-10-22

Starszy kaczyński odwiedza wzorowe gospodarstwo rolne. Gdy znalazł się w chlewni, pośród stada dorodnych świń, fotoreporterzy natychmiast zaczęli strzelać fotki. Na to kaczyński:
– Żeby mi tam nie było jakiegoś głupiego podpisu pod zdjęciem! Typu „Kaczka i świnie” czy coś takiego…
– Ależ skąd panie prezydencie! – odpowiadają reporterzy. – Wszystko bedzie cacy.

Nazajutrz ukazuje sie gazeta ze zdjęciem kaczyńskiego wśród świń z podpisem: „Lech Kaczyński (trzeci od lewej)”.

Reklamy

Boga nie ma

2008-10-22

Za co kochamy Londyn? Ano za to, że moga się tam zdarzać tak ożywcze, budujące i odprężające kampanie jak ateistyczna „No God”.

There's Probably No God Campaign

Za to, że taką kampanię reklamową może współfinansować każdy. Za to, że wielu to robi – z takich malutkich, kilkufuntowych wpłat zrobiło się ponad 50 tysięcy – dziesięciokrotnie więcej niż było potrzebne do opłacenia miejsc reklamowych.

Za to, że ta humanistyczna, antyzaściankowa ale wciąż drobniutka idea tak ujęła Richarda Dawkinsa, głównego europejskiego apostoła ateizmu, że zdecydował się dołożyć dwa razy tyle ile uzbierali ludzie.

Za to, że przez kilka miesięcy będzie można natknąć się na hasło, które wreszcie nie straszy, które odwraca te mroczne dwa tysiące lat chrześcijaństwa w żart.

Prawdopodobnie Boga nie ma. A teraz przestań się martwić i ciesz się swoim życiem!

Zniszczyć historię

2008-10-21

Trudno jest kochać Katowice (poza Nikiszowcem) z powodów, których chyba nikomu nie trzeba tłumaczyć. A jednak czasem nachodzi taka myśl, że ideologia spychacza i dynamitu to niekoniecznie najlepszy sposób na rozwój architektoniczny miasta. Jej efektem są miasta usrane takimi gówienkami jak Złote Sedesy w Wawie czy budynek dawnego Philipsa w centrum Łodzi.

Jednymi z najbrzydszych i najsłynniejszych z powodu tejże brzydoty budynków polskich są dwa dworce: warszawski i katowicki. Oba budzą wśród tłumu podobnie negatywne emocje. To, nawiasem mówiąc, taka fajna polska cecha – jeżeli czegoś nie lubimy lub coś nam się nie podoba, należy to zniszczyć. Żydów na przykład, cioty chociażby albo brzydkie budowle.

Przed chwilą przeczytałem, że już podjęto decyzję o zburzeniu najbardziej znanego polskiego przykładu architektury brutalistycznej – dworca katowickiego właśnie.
Brutalizm (od słowa brut – oznaczającego nie agresję tylko surowość) to styl wywodzący się z minimalizmu, krótkotrwałego prądu w sztuce, opierającego się o maksymalne uproszczenie brył i kształtów. Bryłami podstawowymi miały być kwadraty, prostokąty, w architekturze zaś sześciany. Następca minimalizmu, brutalizm, eksponował fakturę materiału budowlanego, tworzył budowle ekspresyjne, wywołujące silne reakcje emocjonalne.
Brutalizm i minimalizm odbierane są przez dzisiejsze umysły jako nudne, monotonne i brzydkie. Nie pamięta się, że były one sposobami na odreagowanie ohydnych „neo” (neoklasycyzm, neobarok itd.). Problem w tym, że te wszystkie „neo” w postaci złoconych foteli z różowymi siedziskami i oparciem wyrzeźbionym do granic absurdu wciąż stanowią szczyt marzeń w urządzaniu domów na przykład.

Brutalizm może się nie podobać, ale budynków zbudowanych w tym stylu naprawdę nie zostało za wiele. Oczywiście Park Hill i Hood Gardens są ohydne, zresztą popatrzcie (na obrazki można klikać w celu powiększenia):

Park Hill

Hood Gardens

Ale jednak nikt nie chce tego burzyć. W końcu to jest historia architektury. Nikt wywodzący się ze szczątkowej choćby cywilizacji nie zburzy Muzeum Guggenheima tylko dlatego, że komuś a priori nie podoba się modernizm!

Myślisz, że przeszklony (w projekcie i przed zrujnowaniem) dworzec katowicki jest brzydki? To spójrz na Royal National Theatre w Southbank:

Royal National Theatre Southbank

I co?

A teraz zaciśnij na chwilę mocno powieki, wyczyść mózg a potem otwórz oczy i przyjrzyj się tym prostym, surowym liniom; tej elegancji horyzontalnej i wertykalnej; zwróć uwagę na lekkość bryły osiągniętej dzięki dużym powierzchniom szklanym, okiennym; na ten wzlot budynku w stronę nieba; na tę chropowatą, doskonale dobraną fakturę muru:

Dworzec PKP w Katowicach

Dworzec PKP w Katowicach

Dworzec PKP w Katowicach

Dworzec PKP w Katowicach

Dworzec PKP w Katowicach

Jak twoim zdaniem wyglądałby pałac w Łazienkach, gdyby wpuścić tam bez pilnowania i ochrony każdego, o dowolnej porze dnia i nocy? Czy naprawdę sądzisz, że katowicki dworzec należy zburzyć tylko dlatego, że Polacy to brudasy, świnie i syfiarze, którzy rujnują wszystko do czego mają całodobowy dostęp?

Bezpieczeństwo z PRL-u

2008-10-16

Przy notce o obozach koncentracyjnych trochę się kierunki dyskusji rozjechały, muszę zatem co nieco doprecyzować.

Przede wszystkim: jestem w stanie zrozumieć ludzi, którzy postanawiają ukryć się za zasiekami przed światem zewnętrznym. Ma to swoje poważne zalety. Tworzenie takich mikrospołeczności na siłę jest co prawda z góry skazane na niepowodzenie, ale być może czasem się udaje?
Gdy latem pojechaliśmy z mężem w okolice Poznania, mieszkaliśmy w takim mini-miasteczku. Mieszkało tam jakieś 2,5-3 tysiące ludzi. Wszyscy wszystkich znali. Za nami, spacerującymi różnymi uliczkami, co i rusz chadzały stadka tamtejszej młodzieży przyglądającej się tym dziwom natury z wielkiego miasta – kolorowo ubranym, przegiętym na maksa, z torbami na ramieniu i te sprawy. Podczas spaceru wokół kościoła rozmawialiśmy o tym, jak tu się właściwie żyje. I doszliśmy do wniosku, że jeżeli ktoś ma ochotę stracić życie na wykonywaniu czynności pod zegarek (msza, praca, telewizor, kupka, spać), to może to swobodnie zrobić właśnie w takim miasteczku.
Z drugiej strony wyczuwaliśmy podskórną więź łączącą mieszkańców, taką „tutejszość”. Niekoniecznie przyjemną. Doszliśmy do wniosku, że gdyby kilku tutejszych macho-manów zatłukło nas bejsbolami pod furtą kościelną w niedzielę za pięć dziewiąta – policja nie znalazłaby ani jednego świadka zajścia. O ile w ogóle ktokolwiek by ją wezwał, bo jakoś bardziej oczywiste wydawało się, że zwłoki zniknęłyby w godzinę wraz z wszelkimi śladami (including walizki w jedynym w miasteczku hoteliku).

Mikrospołeczności mają skłonność do atomizacji, do wprowadzania twardych podziałów my-oni. Jest to zwykle mikrospołeczność heteronormatywna, katonormatywna, endeckonormatywna – i to jest mój podstawowy zarzut do takich wynaturzonych miejsc do „życia”. To dlatego nie umiem zrozumieć, dlaczego gejów ciągnie do stania się ich elementami – jakaś skrajna odmiana psychicznego masochizmu? Ja rozumiem heteryków, których głównym celem życiowym jest produkcja paru dzieci i spokojna śmierć w poczuciu dobrze spełnionego obowiązku – nawet jeśli mamy świadomość, że po 30 latach nikt o takich postaciach pamiętać nie będzie (nie wierzysz? Obejrzyj groby ludzi zmarłych w latach 70. – wkrótce będzie okazja).

Miliony heteroseksualistów to Wilde’owscy „Mężczyźni bez znaczenia”, takie zapominane muchówki. Oto ich los i sens życia: przeżyć je bez pozostawiania po sobie nawet najmniejszego śladu, zgodnie z darwinowskim planem mielenia pokoleń. Cioty natura stworzyła do celów innych, nie do rodzenia dzieci. Mamy być: kołem napędowym cywilizacji / wkurzającym elementem zmuszającym do myślenia / wrednymi ciotami psującymi z góry ustalony porządek świata / twórcami fermentu wyrywającego heteryków z ich mózgowego letargu (niepotrzebne skreślić). Tak tak, nawet nienawiść i homofobia już naruszają spokojną przestrzeń katoendeka – that’s it!

Światełkiem w tunelu jest Teresa. Kupiła mieszkanie w heteronormatywnej kamienicy, ale jako wyszkolona w manipulowaniu ludźmi, inteligentna, ekstrawertyczna ciota, stała się liderką tejże mikrospołeczności. Została nieformalną szefową wspólnoty mieszkaniowej, zmusza katoli do zmniejszania datków na tacę po to, by zwiększyć budżet funduszu remontowego, ale też z drugiej strony walczy o lepsze życie dla nich za pomocą kłótni na noże z administracją – i tak dalej. I to rozumiem, to jest normalne, pedał ma obowiązek zmieniać otaczającą go rzeczywistość. Ja swoje odwojowałem w połowie lat 90. i również uważam, że wystarczy.

A IP i Mecia tracą życie, czas i nerwy na dostojne sunięcie z prądem rzeki, zamiast budowę czegoś, co wyróżni ich z tłumu. Żądają bezpieczeństwa heteromatriksu – i otrzymują go. Tak samo jak 36 milionów Polaków za czasów PRL-u. Wtedy bowiem, jeżeli nie pamiętacie, poziom bezpieczeństwa był najwyższy. Zamykanie się na strzeżonych osiedlach lub w luksusowych segmentach jest współczesną odmianą powrotu do PRL-u – lekko tylko podbarwioną na kapitalistyczną modłę.
Tylko po co komu ta wolność, skoro wykorzystujemy ją do powrotu do idei Stalina, co?

W następnym odcinku, jeżeli zbiorę siły i niedożywione brakiem węglowodanów komórki mózgowe: o idei wielkiego miasta.

Obóz koncentracyjny Wawa2

2008-10-14

Parę lat temu przetoczyła się już dyskusja o tym, dlaczego właściwie ludzie na własne życzenie, za własne horrendalne pieniądze, budują sobie obozy koncentracyjne. Dyskusje te – jak większość zresztą – skończyły się niczym, bo przecież chodziło o to, żeby sobie pogadać a nie coś zrobić. Osobiście nie brałem w tym nadmiernego udziału, ponieważ nigdy nie mieszkałem ani nawet nie odwiedzałem nikogo w obozie. W związku z tym – choć czułem, że coś jest bardzo nie tak – nie miałem argumentów. Usually nieszczególnie mi to przeszkadza, ale akurat w tej sprawie machnąłem reką. 🙂

Obozy koncentracyjne powstają dlatego, że ludzie nie wiedzieć czemu uważają, że jeżeli jakiś słabo zarabiający cieć będzie im przeglądął nesesery i łaskawie wyrażał zgodę na przyjęcie gości – to oni się będą czuli lepiej i bezpieczniej. Tak to właśnie wygląda: właściciel musi stanąć do raportu na okoliczność przyjazdu znajomych, numerów rejestracyjnych ich samochodu, dat i dokładnych godzin wjazdu i wyjazdu. Następnie pod bramą wjazdową należy odczekać w tłumku, który jako żywo przypomina stanie bab pod Rakowiecką czy łódzkim aresztem na Smutnej. Jeżeli kiedykolwiek widzialo się taką scenkę, skojarzenie jest nieuchronne.

Wszystkie te idiotyzmy opierają się na fałszywym z gruntu założeniu, że jeżeli zamieszkamy w zamkniętej przestrzeni wraz z innymi ludźmi, którzy za swoje małe mieszkanka zapłacili fortunę i będą je spłacać następne pół wieku, to będziemy bezpieczni i spokojni. Nic bardziej błędnego. Problem w tym, że zamknięte osiedle jest na takim poziomie, na jakim znajduje się najgłupszy jego mieszkaniec. Stąd scenka typu „Mini Morris zostawiony przez blondynkę bez hamulca ręcznego i rozjeżdżający bez kierowcy szlabany”. Stąd wreszcie przerażający koszmar każdego mieszkańca obozu – a co się stanie, gdy sąsiad wskutek problemów rodzinnych stanie się alkoholikiem i zacznie odwalać numery?

Skutek? Widziałem stada źle ubranych i wcale nie szczęśliwych ludzi, którzy ze zwieszonymi głowami i synkiem zamkniętym na kłódkę w wózeczku parli przez wiatr do swoich baraków. Baraków, bo te bloki wyglądają dokładnie tak samo jak blokowiska na Teofilowie czy Żoliborzu. Pomiędzy barakami hula wiatr, ponieważ nikt tamtędy nie chodzi i nie spaceruje. Nie słychać też dziecięcych głosów, bo jaka to przyjemność siedzieć w zamknięciu w piaskownicy otoczonej siatką pod napięciem? Nie ma nawet kawałka dzikiej zieleni, bo wszystko jest pod sznurek i z ogrodzeniami. Brakuje jakichkolwiek centrów życiowych typu sklep, knajpka itede – wszystko jest gdzieś tam, hen, na zewnątrz. Nie ma życia, nie ma radości, jest sypialnia.
Psa musisz powstrzymac przed zrobieniem siusiu tuż po wyjściu z klatki, bo cię pepeszami rozstrzelają. Obrazka przyczepić też ci po osiemnastej nie wolno. W zasadzie masz prawo tylko płacić horrendalne pieniądze, zamknąć pysk, włączyć po cichu telewizor z serialem typu „M jak miłość” i zastanawiać się jak to się właściwie stało, że tak spieprzyłeś sobie życie, które wygląda zupełnie inaczej niż w tym nieszczęsnym serialu.

Importowany nie zauważył, że nie planując znalazł się w heteromatriksie. To chyba stały element charakterologiczny prawników, bo Mecia też ma podobny problem. Obaj kupili siedliska w okolicach klasy średniej wyższej i wpadli po uszy: muszą się zachowywać tak, jak im heteromatriks nakazuje. Bo my sobie z sąsiadami staramy „wzajemnie nie przeszkadzać”, bo my tu sobie wspólnie „miło żyjemy”, bo na zewnątrz jest okropny, dziki świat a my tu jesteśmy „spokojni i stateczni”. Horror z ulicy Wiązów.

O dziwo obozy koncentracyjne lubią sobie zakładać Polacy, Rosjanie i Czesi. Jeżeli ruszysz się za zachodnią granicę, zamknięte osiedla nagle znikną. Zastępują je co najwyżej apartamentowce z konsjerżem na dole, ale negatywny wpływ tych zamkniętych enklaw nie wychodzi poza drzwi. Przestrzeń publiczna jest przestrzenią publiczną, otwartą i dostępną dla wszystkich. Wielkie miasto jest wielkim miastem, w którym zlewasz się z anonimowym tłumem i dzięki temu możesz bezproblemowo zindywidualizować swoje życie – jeśli masz na to chęć, siły i pieniądze.

Te obozy przypominają mi trochę budowanie na siłę złudy miasteczek, takich po parę tysięcy mieszkańców, w których wszyscy się znają co najmniej z widzenia. Być może zresztą z tego właśnie wynika ten zalew konzentrationlagrów? Może ci Warszawiacy w, że tak powiem, „połowicznym pokoleniu” po prostu nie umieją funkcjonować w mieście większym od Tczewa? Tak czy tak, stworzył się nonsens. Na szczęście nie mój i nie koło mnie z tych biednych, zamkniętych na kłódkę dzieci, wyrosną psychopaci i seryjni mordercy.

Bo obóz koncentracyjny, nawet luksusowy, skrzywia ludzi. Obawiam się, że nieodwołalnie.

Droga Meciu, drogi IP – uciekajcie stamtąd, póki czas i póki jeszcze umielibyście żyć w normalnym miejskim środowisku.

Dzień papieski w smrodzie gówna

2008-10-12

Po trzech godzinach jojczenia, jęczenia i implikowania towarzystwu różnych, zwykle psychicznych, chorób udało mi się wypchnąć cały weekendowy zbór na dzień papieski. No bo nie po to dojechałyśmy do tej Wawki, żeby całą niedzielę przesiedzieć w obozie koncentracyjnym.

Na dniu papieskim było bosko. Janowski odśpiewał coś na scenie, czego niestety nie za bardzo słyszeliśmy, bośmy jeszcze nie dotarli od kólewskiego pomnika. Jak już doczłapaliśmy, Robert zszedł i poszło jakieś sacro-polo w stylu najgorszego Rubika. Nawet se już zacząłem poklaskiwać rytmicznie acz ekstrawagancko, kiedy to w nozdrza dopadł mnie tak potworny smród gówna, że aż mnie ścięło; niczym jajeczko rzucone w lipcu na maskę samochodu.

Po koniec świata będę wspominał zapaszek zawdzięczany warszawskim następcom Williama Lindleya. Shit happens – jak mawiał ten wybitny brytyjski inżynier – ale za jakie grzechy to ja mam się z tym męczyć?

O wzmiankowanym na początku obozie koncentracyjnym będzie następnym razem. Albo jeszcze następnym.

Nazista nie żyje – ale tylko jeden

2008-10-11

Od bardzo, bardzo dawna nie przeczytałem aż tak dobrej wiadomości. Z chwilą śmierci Jorga Haidera Europa stała się trochę przyjemniejszym i odrobinę spokojniejszym miejscem do życia. Oczywiście nie rozwiązuje to narastającego problemu faszyzacji Austrii, kraju, w którym nie było żadnej – nawet tak ograniczonej jak w RFN – denazyfikacji po 1945 roku. To się musiało wcześniej czy później odrodzić, bo ten naród we krwi ma pomysły takie jak Hitler, Haider czy Strache. Śliczne, wyphotoshopowane obrazki słodkich zaśnieżonych Alp to tylko ułuda. Na tyle skuteczna, że przekonuje pół Europy – w tym Polaków, których dziadkowie zginęli w obozach – do pasienia ich własnymi pieniędzmi.
A potem się dziwimy jak to jest, że oni znowu myślą o jedynej słusznej rasie. Kałduny im napchaliśmy, to niby czemu mieliby nie myśleć?

Za wielu musiałoby wymrzeć, żebyśmy mogli przestać się obawiać przyszłości. Problem w tym, że narastające chętki profaszystowskie nie znikną a będą się rozszerzać.

Mało to optymistyczne, ale chyba czas zacząć się przyzwyczajać do myśli, że jesteśmy skazani na życie w niedalekiej przyszłości z nazistami u władzy.

I znowu zostanie tylko ucieczka na Wyspy, które jakimś cudem przez całe wieki uchroniły się przed kretynizmem zarówno własnych obywateli jak i swoich elit władzy. Jak oni to robią? Geny? Izolacjonizm, jak twierdzi Darwin, powinien przecież zadziałać dokładnie odwrotnie…

Toksyczne polskie TFI

2008-10-08

…czyli które TFI mają trupy w szafie?

Odpowiedź.

Zmasakrowana Betty

2008-10-07

Wczoraj biegiem i z wywieszonym jęzorem próbowałem zrobić wszystko, żeby zdążyć na pierwszy odcinek polskiej Betty. To co zobaczyłem wstrząsnęło mną bardziej niżby wstrząsnął widok fiuta prezia-kartofla.

Ja po prostu uwielbiam amerykańską wersję Ugly Betty, którą uważam za serial zbliżony klasą kiczu i rozrywki do ideału. Od czasu filmów typu „Pret-a-Porter” czy „Diabła ubierającego się u Prady” powstanie takiego serialu było wręcz koniecznością a nie do końca sprawę załatwiły puszczalskie panienki z „Seksu w wielkim mieście”.
Ugly Betty to kiczowaty przepych (choć jakby się tak dokładniej przyjrzeć, to wcale nie wydali na niego fortuny) ale i świetne, prawdziwie komediowe aktorstwo. Zbotoksowana kurew to prawdziwa kurew, ślicznotek-utracjusz to rzeczywiście ślicznotek a sama Betty jest autentycznie brzydka i wyglądowo zbliżona do całego mnóstwa latynoskich babusów biegających na codzień po amerykańskim Południu.

„BrzydUla” jest typowym polskim dnem. Zrobiona tanio, złymi aktorami płci dowolnej i opierająca się o wydłużające odcinek, ale rozbijające w proch i pył natężenie narracji (zaraz, jakiej kurwa narracji?) pauzy. Tymczasem ostatnim facetem umiejącym używać pauz był Marian Hemar i to nie w filmie a w piosence. W „BrzydUli” nie ma nic z oryginału latynoskiego poza słabym oświetleniem ani też nic z wersji amerykańskiej. Za to wygląda jak zduplikowana „Kasia i Tomek”, które to wybitne dzieło było w moim rankingu gównianych produkcji na pierwszym miejscu od lat. Teraz spadnie na drugie, bo kto by przypuszczał, że to akurat TVN tak szybko sięgnie bruku?

Magia Jaskuły

2008-10-03

Nie wiem, czy to się uda, ale trzymam kciuki. Wielu z nas, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, tego potrzebuje: porozmawiajmy zatem o poezji.