Archive for Styczeń 2010

Wolne Miasto Łódź

2010-01-18

Łódź
fot. Adrian Szenfeld, Klub Miłośników Starych Tramwajów

Jestem szczęśliwy.
Dawno już nie odczuwałem tak wysokiego poziomu prospołecznych uczuć wśród Łodzian. Chylę czoła.

Po prostu: idź

2010-01-14

Pełna lista obwodów glosowania jest tutaj:
OBWODY GŁOSOWANIA W REFERENDUM
Nawiasem mówiąc, jeśli zrywanie obwieszczeń nie jest faszystowską walką z demokracją, to nie wiem, co mogłoby być.

Bądź sexy

Wybory i referenda to święta demokracji. Znamy – a jakże – jej minusy. Ale tylko kompletni kretyni mogą uważać, że jest na świecie lepszy system polityczny. A tylko głupcy wspierają jej wrogów.

Haiti

2010-01-13

To tak jakby nie najlepszy czas na zachwycanie się fałszującym Jose.

Jak trwoga to – jak zawsze – do CNN World.

Jose ole!

2010-01-12

Na dobry początek coś dla Teresy, żeby od razu było dobre wejście:

Jose Galisteo przypomniał mi dlaczego i za co kochamy Hiszpanów. Pojawił się chłopak (no, właściwie chłop nie chłopak, bo w tym roku obchodzi 33 urodziny) w jakimś hiszpańskim kolorowym reality show, zajął bodajże szóste miejsce a i tak nikogo innego się nie pamięta. Wydał płytkę z coverami (pierwszy filmik to jeden z nich). Talentu na miarę wielkich nie ma, ale przynajmniej – w przeciwieństwie do Basshuntera – nie zrujnował największego hitu początku lat 90. ubiegłego wieku.

No i rzecz jasna śliczny jest jak marzenie.

Jose Galisteo

Ale ale, ilu znacie gwiazdorów lecących na urodzie, którzy wyglądają bez makijażu i Photoshopa lepiej niż z? Tymczasem on jest jednym z nich:

Jose Galisteo

Teresie do sztambucha dołożę jeszcze jedno:

Jose Galisteo

Jakby się ktoś z was (siadaj, Teresa, siadaj!) już wybierał kupować bilet do Barcelony, muszę go rozczarować. Chłopak ma dobry gust i woli młodość naturalną a nie newyorkerowo-ciuchlandową:

Jose Galisteo

No to już wiemy, za co kochamy Hiszpanów. A za co kochamy Hiszpanię? Nie, wcale nie za małżeństwa gejowskie. Za to, że nie mają problemu z wystawianiem do preselekcji eurowizyjnych takich Apollów jak Jose. Niestety piosenka jest dość okropna…

…ale mimo to trzymam kciuki, bo jeśli przejdzie i jakimś cudem będzie reprezentował Hiszpanię, to zainwestuję w co najmniej pięć SMSów premium.

Po tym drugim rozczarowaniu chwila wspomnień. Cała masa moich czytelników nie wie, jaka piosenka stała się europejskim symbolem 1990 roku. Nie, wcale nie była to jakaś Madonna z „Vogue” (Amerykanką jest i basta, choć u drugiego bohatera notki nagrywała chórki przez spory kawałek czasu). To Nick Kamen i słyszany już dzisiaj w coverze „I Promised Myself”.

Trzeba przyznać: wciąż działa.

Podczas występów na żywo nie bardzo mu szło, choć boski był jak zawsze. Ale tą rączką to może sobie – jak słusznie zauważył jeden z komentatorów – konia zwalić a nie na gitarze zagrać. 😉

W 2004 r. pojawił się recycling tej piosenki. Zawiera w tle takie szwabskie techno, że aż włosy dęba stają (uwierz na słowo, Teresko). No i sto razy za dużo cycków jak na moje oczekiwania. Nie będę zaśmiecał bloga: outside.

PS. Nie męczcie się przy wyszukiwarkach. Nigdy w życiu nie nagrał już ani jednej piosenki, która nadawałaby się do słuchania.

Świński numer UKE

2010-01-11

Zasadniczo szkoda mi czasu na przeglądanie stron polskiej administracji. Zwykle są kijowe; nie tylko ohydne graficznie ale na dokładkę napisane taką typową postsowiecką nowomową, która stanowi element wyróżniający urzędników w tym kraju. Gdzie im tam do kolorowych rysuneczków ze strony brytyjskiego urzędu skarbowego, który infografikami uczy krok po kroku jak poprawnie narysować w zeszycie w kratkę tabelkę i jak wpisywać tam liczby – i tak, to jest właśnie księgowość. Cała.

Tym razem jednak przypadkiem trafiłem na niesamowity świński numer jaki odwalił Urząd Komunikacji Elektronicznej operatorom komórkowym. Otóż UKE wysłało w miasta wozy radiolokacyjne (czy jak się tam poprawnie zwą) i zrobili mapę bad pointów w których niespodziewanie tracimy zasięg na tyle mocno, że prowadzenie rozmowy głosowej staje się utrudnione lub wręcz niemożliwe. Nie zrobili tego jeszcze dla wszystkich miast, ale Łódź jakoś się już załapała. I wyniki są szokujące.

Oczywiście najgorzej jest w Playu. Trudno jednak wymagać perfekcyjnej jakości w cenie o połowe niższej niż gdzie indziej. Dlatego też mapka Playa jest najgęściej upstrzona czerwonymi i żółtymi kropkami.

Ale spadłem z krzesła gdy zobaczyłem wcale niewiele lepszą mapkę… Plus GSM. Okazuje się że z trzech największych operatorów to właśnie Plus jest najgorszy i to o dwie długości w stosunku do reszty.

A najlepsza, a raczej najmniej zła, jest… telekomuna. I pomyśleć, że to właśnie na Orange jej użytkownicy najczęściej narzekają. Zaprawdę powiadam wam: nie wiedzą co czynią…

Za każdym razem

2010-01-08

…gdy mam doła połączonego z ogólnym wrażeniem bezsensu życia i braku jakichkolwiek zalet w mej otyłej osobie, mogę sobie prosto i łatwo (choć nie szybko) poprawić humor.
Tym razem też zadziałało. Po przeczytaniu wszystkich swoich recenzji filmowych z ostatnich lat znowu mam świadomość i pewność, że w gruncie rzeczy jestem genialny. Howgh.

Jak nie wierzysz to sam sobie sprawdź.

Teresa zażądała konkretów

2010-01-06

Ale konkrety wymagają wielu zdań podrzędnie złożonych. No to niech będzie indeks konkretów. Jeśli ktoś rzeczywiście ich chce, niech sobie szuka w necie.

Łódzki nekrobiznes

2010-01-04

Nie wiem jak wy, ale ja mam już dość tego odgrzewanego kotleta.

Orthopedia Wrocław

2010-01-03

Bywanie noc w noc czy tydzień w tydzień w tym samym klubie uważam za zachowanie gwałtownie psujące image, zatem mimo próśb, gróźb i namów kierowanych ze źródeł różnych odmówiłem stanowczo powtórnego zaliczania h2o. Tym bardziej, że o zmianie miejsca sylwestrowego na h2o zdecydowałem w ostatniej prawie że chwili. Wstępnie miała być Orthopedia. Po wczorajszym rzuceniu okiem na to cudo w katakumbach powinienem zanosić modły dziękczynne do Saturna i Darwina.

Słowo „katakumby” ma wydźwięk pejoratywny, choć nie do końca słusznie. Orthopedia mieści się w dawnych fortyfikacjach Wrocławia, nie jestem pewien, czy rzeczywiście był to areszt – ale wcale by mnie to nie zdziwiło. Klub w wielkiej piwnicy – to samo w sobie dla Łodzianina powinno być zaletą – w końcu w Łodzi takich miejsc jest malutko i nie mają ani grama atmosfery rodem z Krakowa. Problem w tym, że Orthopedia też nie.

Orthopedia przypominała mi dantejski ósmy krąg piekła. Zero klimatyzacji, wentylacji, jakiegokolwiek przewiewu a co za tym idzie i tlenu. Dyskotekowe dymy, których się tam nie żałuje, nie mają którędy uciekać, zatem w pewnym momencie nie rozpoznałem towarzysza podróży stojącego jakiś metr ode mnie. Przy barze nie było wiele lepiej, ale tam przynajmniej był jakiś kawałek stołu do postawienia szklanek. Orthopedia pod względem składu tlenowo-azotowego to taki Narraganset na Tuwima, tylko bez wentylacji.

Strona internetowa Orthopedii sugeruje coś w stylu warszawskiej Utopii a tymczasem jest raczej dolnym poziomem Toro. Urok nowości crowdu przechodzi szybko i niestety niewiele pozostaje. Dzieci jak dzieci – do północy przedszkole, później pojawiło się trochę w miarę dorosłych. Uniwersalnie Wrocławianie są facetami przystojnymi i mają jedną wielką zaletę: nie widziałem tam ani razu nikogo z rzygawicznym podrabianym logo ARMANI czy Versace z kryształków, czyli główną produkcją chińskich przedmieść. Nie da się tego nie docenić po dresiarzach i plastikach z bazaru widywanych w centralnej Polsce.

Mam wrażenie, że wśród młodszych – tych między 18 a 22 rokiem życia – obowiązują stylizacje rodem z Le Queen w Paryżu: proste ciemne jeansy, czarna koszulka lub t-shirt i voila. Młodemu zupełnie wystarczy. Jestem pod wrażeniem, chapeau bas!
Niedobory New Yorkera można nadrobić w Łodzi czy Bydgoszczy. 😉

Skutkiem ubocznym była zabawna sytuacja. Otóż przeszedł koło mnie wielokrotnie uroczy niewysoki brunet z pięknymi oczami, w czarnej koszulce i białych butach. Przechodził na tyle często, że zacząłem wysnuwać z tego jakieś wnioski.
A potem ci czterej prawie identyczni chłopcy stanęli w grupie, witając się czule. Mało nie upadłem pod tym barem – czy to mnie się wzrok pogarsza czy też to oni powinni pomyśleć nad jakimś sposobem na indywidualizację ciuchów? 🙂

Muzyka jak z najgorszych koszmarów trzeźwego bywalca Narragansetu. Drum’n’bass, którego brak tak bardzo mi się podobał w h2o, szwabskie techno plus madonna i hard mixy Lady Gagi. Nie do słuchania.

Ocena, żeby nie przedłużać: dwie gwiazdki na sześć możliwych. Nie warto. Takie klimaty można przeżyć w lepszej atmosferze w łódzkim Narragansecie czy w warszawskim Toro. Głębokie, wielkie rozczarowanie.

Z moich ostatnich obserwacji wynika, że niekwestionowany prymat wśród gejowskich klubów w Polsce wiedzie krakowski Cocon. Tam warto pojechać nawet gdyby miał być jedynym celem w wyprawy.

h2o Wrocław

2010-01-02

Muszę przyznać, że nie ma lepszego pomysłu niż wyjazd na noc sylwestrową do obcego miasta i równie obcego klubu gejowskiego. Korzystając z wszystkich zdobyczy cywilizacji, do których jesteśmy przyzwyczajeni, mamy poczucie oderwania się od nudnej codzienności (dopóki nie zadzwoni Teresa), nowe doznania estetyczne a wokół zupełnie nowe twarze. W gruncie rzeczy nie widzę wad.

Wydawało mi się, że wyjazd tylko we dwójkę będzie nudnawy. Tymczasem okazało się to przeżyciem odświeżającym. Syf na stole i łóżku posprząta pokojowa, śniadanie do wyrka, żadnego zmywania garów czy podłóg po uchlanych gościach… Do tego przyjemność bycia nowym mięsem, z definicji interesującym. Bajka!

h2o nie jest klubem londyńskim i w związku z tym nie należy go oceniać z punktu widzenia stolicy cywilizacji. 🙂 Przypomina mi on Narraganset z okresu bytności na Lutomierskiej – bar na środku, ciągi komunikacyjne wokół. Jest jednak ze trzy razy większy od tamtego miejsca. Przyzwoita szatnia, doskonała ochrona (o tym jeszcze będzie), dobrze zaopatrzony bar i wreszcie coś dla starszych dam: kącik wesołego emeryta, w którym muzyka dochodzi w znacznie mniejszym natężeniu. Plus lansiarnia typu „jaka to ja jestem wyoutowana, bogata i europejska”, czyli bilard. 😉

Co do muzyki. Gdyby nie koszmarna Maryla Rodowicz przeplecona paroma syfami disco-polo, wszystko byłoby OK. Zróżnicowana: trochę hitów, trochę evergreenów, sporo Eski (znacznie mniej męczącej od niemieckiego techno z Narra), na deser wykańczający ale bardzo integrujący Zorba. Po którym ani stać, ani siedzieć ani leżeć nie byłem w stanie… I wreszcie żadnego dresiarskiego drum’n’bassu, który doprowadza mnie do szewskiej pasji w Łodzi. Aaa, no i wisienka na torcie rzecz jasna: żadnej naćpanej Houston sprzed stu lat!

h2o wprowadziło ciekawy system rozliczania. Bilet wstępu na noc sylwestrową kosztował albo 60 zł albo 100. Przy tym drugim całość była – w założeniu – do wykorzystania w barze na podstawie czegoś w rodzaju kart przedpłaconych. System wygodny, obniżający koszty nocy dla rozbisurmanionych ciot (jak ja) popijających whisky, choć chyba niekoniecznie opłacalny dla studenciaków jadących na piwie. A zgrzyt był poważny i nieprzyjemny: w pewnym momencie nocy z naszych dwóch kart zniknęło – jak oszacowaliśmy – około 50 zł. Nie wiem, czy była to założona z góry polityka (po trzeciej kasować plus 50%) czy błąd systemu – ale takich rzeczy być nie powinno. Korzystając z kart przedpłaconych h2o polecam stosowanie zasady „no trust” i sprawdzanie salda za każdym razem i notowanie go na jakiejś kartce. W ferworze zabawy coś może umknąć a przed awanturą należy przygotować jakieś dowody.
Machnęliśmy ręką, bo z szybkiej kalkulacji wyszło nam, że tak czy tak za wejście zapłaciliśmy po 25 zł, co jak na noc sylwkową jest kwotą zupełnie do przyjęcia. Na codzień jednak nie zdecydowałbym się na korzystanie z tego systemu po tym przykrym doświadczeniu. Zawsze cash zwycięża. 🙂

Oczywiście były też drobne zgrzyty. Jakaś ślunska cioturzyca wpadła na genialny w swojej prostocie pomysł chlupnięcia porcją „szampana” pod sufit, czym skutecznie zepsuła humor kilku czy kilkunastu ludziom. No cóż, w końcu to Polska, czego się spodziewać? Poważniejszym problemem było to, że tzw. „szampan” to było paskudztwo o nazwie Michelangelo w cenie 3,99 zł za butelkę w łódzkim Tesco. Wydzielał jednoznaczny zapach wymiocin. Nie tknęliśmy tego ani kropli, poprzestając na spokojnym noworocznym Martini Asti w hotelu.

Profesjonalizm ochrony mnie wręcz poraził. Do tego stopnia, że natychmiast wytrzeźwiałem, włączył mi się instynkt reporterski i dokładnie obejrzałem całą akcję. Otóż w gronie trzech ciotek jedna była zadrosna o drugą i trysnęła trzeciej w twarz gazem pieprzowym. Czas od chwili tegoż tryśnięcia do wystawienia uczestników melodramy za drzwi nie przekroczył 30 sekund. Jednocześnie sama akcja eksmisyjna była spokojna i rzeczowa – nikt nikogo nie bił, nie szarpał, nie pruł szat. Pozwolono im odebrać za pośrednictwem osoby czwartej rzeczy z szatni. Poszkodowanemu przemyć oczy. Nawet rzucili okiem czy na zewnątrz jest spokojnie i nic nikomu nie grozi w ramach dodatkowych atrakcji. W łódzkim Narra drechol z blacharą przy boku pewnie zdążyłby ci wybić wszystkie zęby, rozbić łeb butelką i jeszcze zamówić piwo zanim ktokolwiek by zareagował. O ile w ogóle nie okazałoby się, że to kolega kolegi ochroniarza. A ewentualna reakcja polegałaby na dokonaniu wpierdolu i winnym i niewinnym i wystawieniu ich za drzwi prosto w łapy czekających na zewnątrz kolesi wzmiankowanego drecha. Że naciągam i przesadzam? Sorry, stara jestem, ja już różne rzeczy w klubach widziałam. 😉

Po całej akcji ostatecznie poczułem się w h2o bezpiecznie. Jasne, różne rzeczy w pijackich widach się zdarzają. Jednak gdy wiesz, że możesz wówczas liczyć na pomoc, stres się minimalizuje. I o to dokładnie chodzi.

A teraz o ludziach. Otóż jak wiadomo wszystkie cioty są takie same, te młodsze tylko nie zdają sobie z tego (jeszcze) sprawy.
Ledwie weszliśmy, zobaczyliśmy podrygującą koleżankę w wieku przedemerytalnym w ciuchach New Yorkera. No po prostu wrocławska Teresa jak żywa.
Przy bilardzie w czerwonej, prawdopodobnie mającej robić wrażenie ekstremalnie drogiej, koszuli sterczała przedstawicielka klas wyższych – z lekkimi oponkami na boczkach, za to twarzy w kolorze burgunda. No po prostu Metka jak żywa.
Z kolei jakaś jedna trzecia chłopaków to były takie Lucy: ładne, młode, długie i chude. Czując się jak w raju aż nie wiedziałem w którym kierunku patrzeć najpierw.
I wreszcie był ON. Lat 19, wzrost 199 cm. Lodzperson się chowa i czułby się przy nim malutki. Jeśli to czytasz, Wrocławianinie, to się odezwij. 😉

Z przyjemnością dokonałem też kilku obserwacji różnych sytuacji i sposobów podrywu. Najbardziej urocza byla akcja dwóch chłopaków w okolicach 22-24 lata. Jeden niższy, z ostrymi męskimi rysami, aktyw rzecz jasna; drugi wyższy, szczupły, uniwersalnie śliczny i doskonale zdający sobie sprawę ze swojej atrakcyjności. Te spojrzenia spod rzęs, ta mowa gestów, to prowadzenie konwersacji, to przeplatanie komplementów drobnymi złośliwościami – miodzio! Mam nadzieję, że w łóżku poszło im równie dobrze jak pod filarem.

Ewakuowaliśmy się przed schyłkiem imprezy, co cały czas uważam za najlepszy możliwy moment we wszelkich warunkach. W skali od 1 do 6 h2o dostaje czwórkę. Byłaby piątka, gdyby nie niedopuszczalny numer z pieniędzmi znikającymi z kart.

CDN