Archive for Listopad 2008

Camerimage: gejowski moment

2008-11-26

Do festiwalu Camerimage mam stosunek stricte seksualny (to znaczy w zasadzie mnie pierd**i czy jest czy nie), bo jakoś nigdy nie miałem przekonania do imprez polegających na wzajemnym obklepywaniu się po plecach za kasę z moich podatków. Tegoroczny nie jest jakimś szczególnym wyjątkiem, ale jest okraszony jednym rodzynkiem.

Chodzi o film dokumentalny „Campillo, Yes I Do”, opowiadający o hiszpańskim miasteczku, które chce stać się czymś w rodzaju europejskiego Las Vegas dla gejów chcących wejść w związek partnerski. Przyjeżdżasz, płacisz, robią ci weselne show, podpisujesz papierki (w katolickiej kiedyś Hiszpanii już można) i finito. Ślubny fast-food z lekką naleciałością europejskości.

I tylko problem w tym, że można to obejrzeć:
– w niewygodnym kinie Łódzkiego Domu Kultury na I piętrze;
– o godzinie 0:15 w nocy z niedzieli (30.11) na poniedziałek (1.12).

Czyli w zasadzie wszystko zostało po katoendecku: pedały tylko w katakumbach a jak poza to po północy. Chociaż to wciąż jeszcze nawet nie zbliżenie się do TVPiS-owskiego ideału, czyli puszczenia „Torch Song Trilogy” o 2:30 rano. 🙂

Jak ktoś cierpi na bezsenność i ma ochotę wydać 20 zł, zapraszam i polecam.

A tu stronka o filmie.

Reklamy

Okrutny i niezwykły

2008-11-24

Brytolom zdarzają się potężne wpadki – jak choćby idiotyczny „The Office” – ale jeżeli zabiorą się za coś współczesnego, opisującego codzienne życie i problemy z minimalnym tylko ubarwieniem – chapeau bas. Podchodziłem do „Skins” jak pies do jeża – co i rusz wpadałem na peany o tym serialu w różnych miejscach Sieci, ale jakoś trudno mi bylo zmusić się do zainwestowania czasu w coś, co pokochali szesnastolatkowie. Dzisiejsi szesnastolatkowie. To wyjątkowo marne źródło znajdywania dobrych filmów. 🙂

„Skins” jest serialem kilkuwymiarowym. Pierwszy wymiar to ten, który podoba się właśnie nastolatkom: cool imprezki z prochami, kupa seksu, głośnej muzy, te sprawy. Dla nich „Skins” jest fotografią rzeczywistości, której nie znali a która gdzieś tam, na Wyspach, funkcjonuje.
Drugi wymiar to delikatne wpychanie do głów odrobiny dydaktyki: że nie należy zabierać się za okazjonalny handel trawką; że nie jest najlepszym pomysłem robienie laski kierowcy, który właśnie prowadzi (gdzie indziej te dzieci by usłyszały, że nie obciągamy kierowcom? od rodziców katoendeków?); że imprezka pod nieobecność starych to fajna sprawa, ale jeżeli nie wrócą i nie przejmą kontroli nad swoim synalkiem – to on sobie nie poradzi.
Trzeci wymiar to rozpaczliwy krzyk młodych ludzi, domagających się zainteresowania ich problemami. Nie wiem, skąd scenarzyści biorą pomysły i handicapy, ale są świetne. Jeżeli ja, stara ciota z tysiącami filmów i książek na koncie dowiaduję się czegoś NOWEGO (!), to znaczy, że trafiłem na cymes.

Wbrew pozorom „Skins” jest serialem bardzo smutnym. Lubimy jego bohaterów nie za to, że są fajni i sympatyczni lecz za to, że są tak bezbronni i potrzebujący opieki. Takie zwierzaczki z wielkimi oczami – aktualny hit marketingowy wykorzystywany przy wszystkich możliwych produktach.
Z drugiej jednak strony pewien problem moga mieć heterycy. Im bowiem ten serial pokazuje ich własne dzieci tak, że włosy łonowe siwieją. Rodzicom nastolatków zdecydowanie odradzam „Skins”; dowiedzą się o swoich dzieciach rzeczy, których by się dowiedzieć nie chcieli. To nieprawda, że rodzice powinni wiedzieć wszystko, niektóre pomyłki i błędy młodości powinny pozostać tajemnicą tego joł-mena z kroczem w okolicach kolan. Róbcie im tylko dużo zdjęć, bo po paru latach będa się wypierać, że tak wyglądali. 🙂

Na koniec przykład, że w rzeczywistości te dzieciaki są obrzydliwe (10 MB):

Chris

PS. Z nieco innej beczki. Doczytałem się, że w paśmie kończącej się ponoć „Fabryki gwiazd” o 17.30 pojawi się „Świat według Kiepskich”. Czyż może być lepsze podsumowanie poziomu tych programów…?

Geje piją krew

2008-11-21

I to pasjami, moi drodzy, pasjami:

Geje piją krew

Boski Waldorff

2008-11-18

Gdy zapytasz kogoś ze sfer intelektualnych (lub aspirujących), jak mu się podoba nowa książka Urbanka, najprawdopodobniej otworzy szeroko oczy i pełnym zdziwienia głosem spyta, o kogo ci u diabła chodzi. Tak się bowiem składa, że Mariusz Urbanek jest pisarzem kryjącym się zawsze w cieniu. Owszem, czasem ktoś może sobie przypomnieć miesięcznik „Odra”, ale są to raczej wyjątki od reguły. Urbanek kryje się za swoimi bohaterami. Jeżeli zaś zadasz to samo pytanie nieco inaczej: jak ci się podobała książka „Kisiel” (legendarna już seria „A to Polska właśnie”), „Tuwim”, „Kisielewscy”, „Zły Tyrmand” – natychmiast oczy się przymkną, za to z ust wydobędzie się jęk zrozumienia. Aaaa, ten, świetna, naprawdę świetna.

Urbanek jest biografem prawie idealnym. Zwykle biografowie dają się zwieść pokusie wygrzewania się w cieple i odbijania blasku opisywanej postaci. Pojawiają się te denerwujące wtręty w stylu „Ale gdy zapytałem Go, co czuł w czasie ble ble ble”, nóż się w kieszeni otwiera. Mariusz Urbanek nigdy nie pozwala sobie na takie rzeczy. Jego książki są dobrze udokumentowane (co oczywiście nie oznacza, że nie ma w nich drobnych pomyłek), mocno zbeletryzowane (dzięki czemu pochłania się je jednym tchem) i na dokładkę z dobrze wyważonymi proporcjami faktów, nastrojów i emocji. Tak też jest z książką o Waldorffie.

Waldorff. Ostatni baron PeereluRzecz jasna zdaję sobie sprawę, że Waldorff jest postacią praktycznie nieznaną nawet ludziom urodzonym w połowie lat 80., nie wspominając już o obecnych osiemnasto- czy dziewiętnastolatkach. Takie to już są prawa kół historii. Waldorff wraz z Kisielem, Tyrmandem i jeszcze kilkoma wielkimi nazwiskami są przyklejeni do swoich czasów walki o drobne fragmenty wolności za PRL-u. Dzisiaj te małe walki o słowo, zdanie, akapit są już niezrozumiałe i wydają się niepotrzebne.

O samym życiorysie Waldorffa pisać nie chcę, bo Urbanek zrobił to znacznie lepiej. Jest to postać, która zwraca uwagę z wielu powodów, są jednak dwa, które dla gejów są szczególnie ważne. Otóż po pierwsze: Waldorff był faszystą. A jeżeli nie faszystą w pełnym tego słowa znaczeniu, to był faszyzmem mocno zafascynowany. Jego przedwojenna książka „Sztuka pod dyktaturą”, będąca peanem na cześć sztuki faszystowskiej Włoch Mussoliniego, była zawsze dyżurną cegłą, którą można było zrzucić na głowę felietonisty w dogodnym momencie. Również jego antyżydowskie, stricte rasistowskie teksty z przedwojennego „Po prostu” Piaseckiego nie pozostawiają złudzeń co do ówczesnych poglądów Jerzego Preyssa, zwanego jeszcze Walldorfem (podwójna litera F zamiast L pojawia się w nazwisku dopiero po II Wojnie Światowej).
Fascynację faszyzmem wśród homoseksualistów widzimy nie tylko u postaci historycznych, ale również dzisiaj. W końcu nie od rzeczy cioty ze świecznika w tym kraju łączą w sobie te cechy; tak to już te pedały mają, że jak widzą podkute buciory i ciemnozielony welur, to im się galareta między nogami robi. Niekiedy to przechodzi, niekiedy nie. Ponoć pornografia od Cazzo pomaga w wyleczeniu, jeśli mogę coś zasugerować…

Drugą ważną rzeczą, powodem dla którego książkę tę należy postawić na piedestale, jest sposób ukazania w niej 60-letniego związku Waldorffa z Mieczysławem Jankowskim, związku najtrwalszego z trwałych, pomnikowego, niespotykanego. To małżeństwo ma potężniejszy ładunek argumentu niż wszystkie parady równości razem wzięte. Mało która heterycka para (szczególnie przy obecnych, 50-procentowaych ratingach rozwodów) jest w stanie choćby wyobrazić sobie związek tak długowieczny i tak idealny.
Mieczysław Jankowski jest ciekawą, bardzo romantyczną postacią, ponieważ złożył Waldorffowi ofiarę ze swojego życia i swojej kariery. Świadomie i z pełną premedytacją postanowił być filarem domu Waldorffa; uznał, że opiekowanie się wybitnym intelektualistą będzie jego drogą życiową, jego celem i zadaniem. Być może to dzięki niemu Waldorff miał siłę i możliwości osiągnięcia panteonu popularności. Jankowski zdawał też sobie sprawę, że katoendeckie hieny nie pozwolą nawet na małą tabliczkę z jego nazwiskiem na nagrobku Jerzego Waldorffa – co rzecz jasna się sprawdziło.

Oczywiście pojawiły się już jakieś pieski, które ujadają, że Urbanek powinien sięgnąć do archiwów IPN-u, wygrzebać znajdujący się tam zapewne stek pomyj i wylać to wszystko przed polskie wieprze. Tylko po co? Zarówno te pieski jak i te wieprze umrą bez śladu i za 50 lat nikt na szczęście nie będzie świadom, że łaziło to to po ziemi.
Waldorff wraz z jego Powązkami pozostaną i przez dziesięciolecia będą przypominać, że nawet mimo błędów młodości człowiek może stać się wielki.

Podsumowując: kupić, przeczytać, podarować matce pod choinkę.

Mariusz Urbanek, Waldorff. Ostatni baron Peerelu, Iskry 2008

Justin Timberlake w szpilkach

2008-11-17

W związku z zaobserwowanym uwiądem intelektualnym, niewątpliwie powiązanym z moim uwiądem starczym, w ramach podtrzymania zainteresowania publiczności prezentuję clip z Justinem Timberlake’iem skaczącym w szpilkach. Na szpilkach? Whatever.

Justin Timberlake

A new train

2008-11-14

Odprowadzałem męża na dworzec i okazało się, że będzie jechał bydgoską torpedą. A pomyśleć, że w cywilizacji takie ładne ciuchcie wymyslili!

Londyńczycy

2008-11-13

Obejrzałem ci ja sobie któryś tam z kolei odcinek telewizjopolskiego serialu pod tytułem z tytułu. Niczego się nie spodziewałem i słusznie: jaki prezio takie jego seriale.

Fabułka nudna i mierna, prostackie stereotypy plus do tego niekończący się Lesław Żurek na okrasę (on to już tym emigrantem z grajdoła zostanie chyba do końca życia). Aktorstwo reszty towarzystwa naciągane jak gwiazdy tańczące w cyrku na lodzie, operator kamery na chaju (może to dlatego widać, że kręcili na ulicach nielegalnie dla oszczędności i spieprzali średnio trzy razy dziennie…).

Nie włączać, nie oglądać.

Colonization czyli rozczarowanie

2008-11-13

Nie mając co ze sobą zrobić przez jakąś godzinkę wszedłem przypadkiem i nieplanowo do sklepu dla idiotów, gdzie rzecz jasna dałem się złapać na najprostszą możliwą marketingową sztuczkę: miks ładnej okładki i dobrych wspomnień. Czyli kupiłem Colonization Sida Meiera.

W pracy mam stareńki komputer służacy do wypisywania głupich listów oraz do gry. Właściwie do gier, bo jest ich aż cztery: brydź Omara Sharifa z czasów, kiedy to symbolem hiperszybkości był IBM 486DX, szachy, Transport Tycoon i właśnie Kolonizacja. W zasadzie czy może być lepsza recenzja niż sam fakt, że po kilkunastu latach nadal grywam w TT i Col?

Niestety to nowe cudo, czyli oparte na engine’ie Civilization IV kolonizacyjne zombie jest beznadziejne. Zmieniono bowiem tak naprawdę tylko grafikę, która zresztą aż tak maksymalnie nie powala, cała reszta została bez zmian. Kompletnie to niewarte 69 złotych, tym bardziej, że po dwudniowej zabawie włączyłem… starą wersję. Jest mniej nudna i bardziej grywalna od aktualnej.

Szkoda zmarnowanej marki, Colonization zasługiwała na porządny come back a nie dobrotliwe opuszczenie zasłony milczenia.

Stare, ale jare

2008-11-10

Priest Off

(tłumaczenie wulgarniejsze od oryginału, co jest kolejnym argumentem za tym, że może jednak nie było warto)

Cudeńko na kółkach

2008-11-07

I ch… że malutki.
I ch… że w bagażniku zabraknie miejsca nawet na mój korektor od Givenchy’ego.
I ch… że zanim dociągnie do setki, zdążą ci wyskoczyć ze dwie kolejne zmarszczki.
Za to ma automatyczną skrzynię biegów. 😉

Jest boski, cudny i jedyny w swoim rodzaju; przed kliknięciem włączamy głośniczki:

Daihatsu Trevis

Daihatsu Trevis

Daihatsu Trevis