Ćwiartka na dwóch

2017-07-31

Chodzimy sobie po mieście, kupujemy czasem jakieś dziwne rzeczy do ubrania i jakoś nie chce nam się myśleć, że tetryczejemy. Bo tetryczejemy.
Ulubioną rozrywką ludu znad Wisły od wieków (czyli 20 lat) jest smażenie trupów pod chmurką. Nie jesteśmy aż tak bardzo od nich różni, żeby ze dwa razy w roku także nie rozpalić grilla. 🙂 I tu się niestety objawia zonk.

Wchodzimy na zakupy do sklepu oferującego w zasadzie wszystko, co jest potrzebne. No i kupujemy: sześciopak piwa, dwa litry soku pomarańczowego, dużą colę, jakąś mineralną i… pół litra. Przychodzi wieczór. Z pół litra zniknęła niecała połowa, resztka drugiego piwa nagrzewa się gdzieś w kącie stołu.
Właśnie się okazało, że wypiliśmy ćwiartkę wódki i dwa Żubry na dwóch (kierowca leciał na soczkach) i czujemy się tak jak po wielkiej balandze i popijawie.

Starość może i jest straszna, ale na szczęście jest również całkiem ekonomiczna!

Reklamy

Michał Witkowski FIOLETOWE ŚWIATŁO

2016-12-10

Najnowsza, niedostępna w oficjalnym obiegu książka Michała Witkowskiego udowadnia, że polscy wydawcy wciąż nie rozumieją, jaka literatura sprzedałaby się przed świętami. Odrzucona przez wydawcę jako „mało nowatorska” jest w rzeczywistości najlepszą pozycją autora „Lubiewa” od czasu „Drwala”.

fioletowe

Michał Witkowski jest mistrzem krótszej formy i portretowania przedziwnych postaci, które snują się po ulicach polskich miast i miasteczek. Ma niezwykły dar obserwacji i twórczego przetwarzania faktów w fikcję. W połączeniu z nietuzinkowym poczuciem humoru, ocierającym się miejscami o wulgarność, umie stworzyć mieszankę wybuchową i jedyną w swoim rodzaju.

Witkowski sprawia wrażenie – biorąc pod uwagę jego publiczne wypowiedzi i sugestie – że miał już kompletnie po dziurki w nosie szufladki „autor Lubiewa”. Jego późniejsze próby odejścia od konwencji debiutanckiej powieści nie należały niestety do najlepszych. Owszem, znawcy literatury nadal uważają, że to „Barbara Radziwiłłówna” jest jego najlepszym dziełem. Ja jednak do znawców się nie zaliczam (nikt mi nigdy za recenzje nie płacił – chlip chlip) i mimo iż doceniam wysoki poziom zabawy językiem, uważam „Barbarę” i następującą po niej „Margot” za utwory niestrawne. Podobnie zresztą jak „Wojnę polsko-ruską” Masłowskiej, która zestarzała się już po roku od wydania i jest nie do czytania. Nieśmiały romans z formą zbliżoną do „Lubiewa” w postaci „Drwala” sprzedał się na szczęście znakomicie. Po jeszcze jednej próbie napisania czegoś innego, czyli pseudokryminalnego „Zbrodniarza i dziewczyny”, Witkowski na szczęście wrócił do tego, co umie robić najlepiej.

Już „Funf und cfancyś” pokazał, że nie stracił tego niezwykłego nerwu w tworzeniu zbioru-opowiadań-nie-będących-zbiorami-opowiadań. Poszedł za ciosem i napisał powieść, którą dzisiaj znamy właśnie jako „Fioletowe światło”. I jest to strzał w dziesiątkę.

Powróciła ta narracja, za którą czytelnicy pokochali „Lubiewo”. Nie jest to jednak autoplagiat. Autor znacznie zręczniej i skuteczniej buduje postać Waldka Jesionki, choć tworzy ją w większym stopniu opowieściami o spotykanych przez niego pobocznych bohaterach a nie samym chłopaku spod Suwałk. W tych właśnie miejscach znajdziemy absolutne perełki talentu. Opowieść o nieszczęśliwych kobietach z jedynego bloku mieszkalnego w miasteczku zapada w pamięć najbardziej. Na początku zapamiętujemy tylko jedną czy dwie przezabawne dykteryjki. Gdy od lektury minie jednak trochę czasu, nagle okazuje się, że w głowie siedzi nam wspomnienie przerażającego nastroju głębokiej, nieszczęśliwej samotności. Takiej, na którą nic nie można poradzić, z którą nie da się walczyć inaczej niż idiotycznymi rytuałami, która pozostawia w odmętach beznadziei na zawsze.

„Fioletowe światło” jest jednak przede wszystkim książką o polskim show-businessie, który w narracji Witkowskiego staje się czymś w rodzaju ZOO z bestiami, psychopatami i dobrze wżenionymi idiotkami. Nietrudno zauważyć, że jego prawie dwuletni epizod z obijaniem się po ściankach na wybiegach „mejnstrimu” dużo mu w tym pomógł. Choć sam nie zdradził tego ani jednym słowem, jest to groteskowa i ironiczna powieść z kluczem. Często zakamuflowanym pomieszaniem dwóch lub trzech postaci znanych z bulwarówek w jednym bohaterze udającym fikcyjnego.

W „Fioletowym świetle” znajdziemy co chwilę kolejny powód do wybuchnięcia śmiechem. Ostatni raz tak się śmiałem, gdy jednej z kuleżanek wypadła z szuflady sztuczna szczęka. Really. Poziom dowcipów jest zróżnicowany – od finezyjnego po zwulgaryzowany do szpiku kości (za to kochamy Witkowskiego, nieprawdaż?).

Wydawnictwo (zakładam, że chodzi o „Znak”) odrzuciło „Fioletowe światło”. Ponoć postać głównego bohatera zbyt przypomina jednego z pobocznych uczestników wcześniejszej książki. I tym prostym sposobem powieść można dostać tylko u niego samego, kontaktując się z nim na Facebooku.

Do czego serdecznie namawiam, bo lepszego prezentu choinkowego po prostu w tym roku nie znajdziecie.

Michał Witkowski „Fioletowe światło”, 2016

PS. Znacznie więcej i częściej dzieje się na mojej stronie na Facebooku. Jakoś łatwiej wychodzi mi teraz pisanie krótkich notek czy share’owanie ciekawych treści niż pisanie długich notek tutaj. Się zaprasza.

Gra w Ryzyko

2016-11-19

W zasadzie nie bardzo lubię gry planszowe. Uważam je za produkt dla heteryków, którzy są tak nudni, że nie mając o czym rozmawiać muszą ratować się takimi rzeczami żeby spędzić ze sobą kilka godzin. Są rzecz jasna pewne wyjątki, ale o nich może później.

Wczoraj Raand był uprzejmy wpaść wraz ze swoim Regularniejszym Kochankiem i „Riskiem” pod pachą. Mam jakieś wewnętrzne przeczucie, że to wzmiankowany Regularniejszy wpadł na ten pomysł; może uznał to za idealną delikatną sugestię, że jesteśmy – jak heterycy – nudni do wyrzygania i trzeba używać ersatzów aby w ogóle z nami wytrzymać. Whatever. Przy okazji ogłaszam konkurs na nick dla Regularniejszego, bo od wpisywania tymczasowego bolą mnie paluszki.

risk

„Risk” okazał się grą drastycznie kumulującą złe emocje. Z każdą turą narastała wzajemna wrogość – nie tylko na planszy ale i wokół stołu. Jest to może jakiś sposób na skanalizowanie całotygodniowego stresu, ale chyba jednak nie najlepszy. Przy okazji okazało się, że „Risk” doskonale oddaje rzeczywistość. Na przykład Metka zastosował strategię „po nas choćby potop”. Wiedząc, że wykrwawia swoje państwo i prowadzi je prosto to przegranej, uparcie atakował nawet absurdalne pola (na przykład jednym żołnierzem pole z ośmioma). Żadnymi stratami nie zawracał sobie głowy i… kilkukrotnie zmienił układ sił na mapie świata. No po prostu czysta żywa Korea Północna, której zacząłem się teraz, w realu, bardziej bać. Gra ta udowodniła też, że jestem jak stara dobra Europa. Broniąc swojego terytorium nie zwracałem uwagi na układ sił poza najbliższą okolicą. Oczywiście skończyło się to przegraną, bo Regularniejszy zajął, nie wiedzieć kiedy, dwa kontynenty i ostatecznie wygrał. Trzecia nauka: koalicja trzech słabych graczy bez najmniejszego problemu jest w stanie rozbić w proch i pył koalicję Europy i słabszego kraju. Też jak w życiu.

Emocje opadły dopiero dzisiaj a ja sobie uświadomiłem, że przecież mam gry, które są równie grywalne ale generują pozytywne emocje. Na przykład rewelacyjne „Trzy wiedźmy”, które doceni tylko ten, kto czytał odpowiednią podserię Świata Dysku Terry’ego Pratchetta. Gra ta pozwala na egocentryczną zabawę indywidualną, ale znacznie lepsze efekty uzyskuje się współpracując z pozostałymi graczami przeciwko mechanice gry. Kończy się uśmiechem, dobrym nastrojem uczestników i chęcią do ponownego spotkania.

wiedzmy

Spory ładunek negatywnych emocji ma również Monopoly. Tam jednak okazuje się, że gdy koncentrujemy się na sprawach materialnych – państwa, domy, hotele, pieniądze – to w sumie po skończonej grze nie zawracamy sobie nią głowy. W „Risku” tematem jest śmierć i zabijanie a nastawianie uczestników nie zeruje się prawie od ręki. O głupotkach typu wyścigi żółwii czy inych takich „kolejek w PRL-u” nie wspominam, bo to są tylko mało udane próby wyciągania kasy z portfeli klientów Matrasa.

Podsumowując: nie wolno pozwolić na grę w „Risk” pijanym heterykom. Autentycznie się pozabijają. A jeśli na dokładkę występują między nimi jakieś ukryte animozje, wylezą rozdmuchane i drastycznie przesadzone. To jest warning, jakby ktoś nie zauważył. 🙂

Dzisiaj powtórka. Ciekawe, czy dam radę ich przekonać do wypróbowania Pratchettowego świata. 🙂

PS. Znacznie więcej i częściej dzieje się na mojej stronie na Facebooku. Jakoś łatwiej wychodzi mi teraz pisanie krótkich notek czy share’owanie ciekawych treści niż pisanie długich notek tutaj. Się zaprasza.

Restauracja negroidalna

2016-07-03

Małżonek w swojej pracy często styka się z różnymi uchodźcami. A to jacyś profesorowie z Brazylii a to doktorzy habilitowani z Ugandy a to jakieś bogate do wyrzygania latynoskie studenciaki. Opowiada.
– Przyjechał gender, znaczy się Indianin. Taki prawdziwy Indianin, którego nad Wisłą nikt chyba nigdy na oczy nie widział, długie włosy i tak dalej. Ja nie wiem jak mam go oprowadzać, żeby nic mu się nie stało. Poza tym wybrali sobie restaurację. Pierwsze pytanie brzmiało: co to znaczy „Murzynek”?
– Oesu.
– Odpowiedziałem, że to taki rodzaj kruchego ciasta.

I tylko ci co go znają mogą sobie wyobrazić ten efekt pokerowej twarzy wygłaszającej tak porażające kłamstwo-niekłamstwo.

Mapplethorpe

2016-06-30

Chodzenie na filmy o dawno nieżyjących ludziach to rozrywka tyleż specyficzna co kiepska. Tym razem nie było inaczej. Na sali kilkadziesiąt starych kobiet i kilkunastu starych mężczyzn. Był też jeden hipster i to wraz z nim zaniżałem średnią wieku. :-/ W trakcie oglądania, szczególnie w drugiej połowie, atmosfera stała się przyciężkawa. Odwróciłem się i zlustrowałem widownię. Uświadomiłem sobie, że siedzą na niej kobiety po przejściach i faceci, którym udało się nie wymrzeć na AIDS. Przyszliśmy wszyscy zobaczyć film o wielkim artyście, który nie miał tyle szczęścia. „It’s like in the 60s, but less hope”. W zasadzie „no hope”.

A sam film? Nie dowiedziałem się z niego niczego, czego nie wiedziałbym wcześniej. Ale jako że jest to postać zupełnie już zapomniana – HBO należą się pokłony za sfinansowanie tej produkcji.

Wybory prezydenckie 2015 – I tura

2015-05-06

Oczywiście, że pójdę. Zawsze chodzę.

Oczywiście, że nie będę dopisywał żadnych saren z ajfonem w pysku itp. Jestem dorosły.

Oczywiście, że oddam głos ważny. Inny nie ma sensu a epistolografii na kartkach wyborczych nikt nawet nie zaszczyca w komisjach spojrzeniem (byłem, wiem, sam odkładałem na kupkę „idioci”).

Oczywiście, że zagłosuję na Janusza Palikota. W końcu to już najprawdopodobniej ostatni raz, gdy mogę. 🙂

Na wybieranie większego mniejszego zła jeszcze przyjdzie czas za niecałe pół roku.

Walnięte feministki?

2015-02-23

Mój przyjaciel twierdzi, że wszystkie feministki są walnięte. Doceniając kunszt tego cudownego przykładu stereotypizmu nie do końca podzielałem jego zdanie. Ale gdyby dołożył „feministki-wegetarianki”, podpiszę się pod tym rękami i nogami. Od piątku. Dlaczego? A dlatego:

„To, że jestem feministką, miało wpływ na to, że przestałam jeść mięso. Między zgodą na wykorzystywanie zwierząt a zgodą na wykorzystywanie innych żyjących i czujących istot – w tym kobiet- istnieje kontinuum.”
Anna Dzierzgowska, wiceprezeska zarządu fundacji Feminoteka

Znaczy się – walę kobiety po mordach, bo jadam kurczaki. To w zasadzie kończy dyskusję, prawda? Poziom absurdu sięgnął… no nie wiem, jajników? Trzymajcie je wszystkie ode mnie z daleka, please.

[źródełko: Alicja Bobrowicz & Anita Karwowska „Unikasz glutenu? To już wiadomo, na kogo głosujesz” w: Magazyn Gazety Wyborczej, 21.02.2015 r.]

Kobieta a zezwierzęcenie

2014-11-26

Spytał, czy podobają mi się kobiety. Odparłem, że i tak, i nie, to zależy. „Od czego?”. „Od ich braci”. Roześmiał się i powiedział, że pyta serio. Wyjaśniłem mu, serio, że jeśli chodzi o stronę fizyczną, jedyne dwie, z jakimi się przespałem, owszem , podobały mi się, ale na tym koniec, nic więcej, ponieważ dla mnie kobiety jakby nie miały duszy. Pusty czerep. I dlatego z nimi niemożliwa jest miłość.

„Musisz wiedzieć, że chodziłem do szkoły księżulków salezjanów, Wspomożenia Wiernych. U nich się nauczyłem, że stosunek cielesny z kobietą jest grzechem zezwierzęcenia, tak jak kiedy przedstawiciel jednego gatunku krzyżuje się z przedstawicielem drugiego, na przykład osioł z krową.”
Zapytałem, czy jemu podobają się kobiety. „Nie”, odpowiedział nieoczekiwanie i z taka mocą, że oniemiałem. A więc to właśnie kryło się za zielenią jego oczu – czystość nieskażona kobietą.

Cytat Raandowi poświęcam. 😛

Fernando Vallejo, Matka Boska Płatnych Morderców

Chłopa ci trza?

2014-11-24

Jeszcze się dziwisz, dlaczego nie możesz znaleźć męża w Łodzi? To proste: bo ich tu nie ma (kolorek czerwony) i nie będzie (kolorki niebieski i czarny). 🙂

mlodziez

L’appello

2014-11-14

Kiedyś tłumaczyłem ciotkom meandry polityki, ale jakoś nigdy nie rozumiały. No to dzisiaj nie będę, wystosuję tylko apel:

Drogie ciotki! Skoro już musicie głosować na faszystów, wybierzcie chociaż młodych i z owłosionymi nogami. Tak, abyście miały jakiś argument jak już będziemy rządkiem do pierdla wędrować.

Tu macie przykład.

EOT