Archive for Lipiec 2008

Ku pamięci: Thomas Beatie z córką

2008-07-30

Thomas Beatie

Thomas Beatie

Reklamy

Trochę smutno

2008-07-30

Mówi się, że właściciel samochodu jest szczęśliwy co najmniej dwa razy: gdy go kupuje i gdy go sprzedaje. No więc ja tam wolę kupować bez sprzedawania.

Wczoraj ostatecznie nasze poprzednie autko poszło w świat.

Ale trudno, nie bardzo był sens w naszym przypadku posiadania i utrzymywania dwóch samochodów.

Ja, Lee Cotton

2008-07-29

Bezpośrednio po sobie przeczytałem dwie powieści opierające się na podobnym pomyśle: autobiografii dziwnego człowieka. Rozczarowała tylko jedna.

Tą gorszą była książka „Ja” Yanna Martela, autora „Życia Pi” (co ponoć powinno spowodować posiusianie majtek, galaretowate nogi i stan najwyższego uniesienia). Być może to kwestia starości utworu, bo Martel napisał to cudo 12 lat temu, ale miałem niejasne wrażenie, że to kolejne hochsztaplerstwo. Takie Coelho numer ileś tam. Tak tę książeczkę zapamiętałem i nie mam najmniejszej ochoty do niej wracać.

Ballada o Lee CottonieZa to „Ballada o Lee Cottonie” Christophera Wilsona powaliła mnie niezwykłym połaczeniem wisielczego, czarnego humoru z pomysłowością kolejnych zwrotów akcji. O swoim życiu opowiada nam biały Murzyn, urodzony za czasów Ku-Klux-Klanu, czytujący w myślach innych ludzi, który ma zwyczaj zmieniać się nie do poznania co jakiś czas, ze zmianą płci włącznie. Finalnie staje się czarną Murzynką-aniołem.
Nonsens? Tak by się zdawało. Jednak skrzący się niekiedy wysublimowanym a niekiedy plebejskim dowcipem tekst wciąga jak cyklon. Narrator na szczęście całą opowieść traktuje nie do końca serio, dzięki czemu udało się ominąć rafę prób nadmiernego przypodobania się czytelnikowi. A że przy okazji sporo w niej wątków homoseksualnych czy też raczej lesbijskich – tym przecież lepiej. W końcu literatura hetero umarła z końcem XX wieku, skutkiem czego jedyne ważniejsze rzeczy dotyczą gejów lub lesbijek. Oczywiście odrzucając z renkingu publicystykę w stylu Oriany Fallaci.

Oto fragmencik „Ballady”, Lee rozmawia ze swoją babcią, wyznawczynią voodoo:

– Czy ten ksiądz, którego słuchasz, mówi obcymi językami?
– Nie, babciu.
– Czci węże?
– Nie.
– Przywołuje umarłych?
– Tylko Jezusa.
– Co za żałosny, nędzny kościół, cher. – Celeste wydmuchuje dym z papierosa i przygląda się odpływającej, niebieskiej mgiełce.

Christopher Wilson Ballada o Lee Cottonie, Niebieska Studnia 2007
Yann Martel Ja, Świat Książki 2005

Etyczny kibel z Centralnego

2008-07-26

KPHPodczas jednej z ostatnich imprezek u Teresy siedzieliśmy sobie większą grupą w zielonym salonie; popijaliśmy koniaczek, łyskaczyka i jakieś wynalazki; dyskutując zacięcie i rozwlekle jak by tu się nie narobić a sporo zarobić. Po odrzuceniu nonsensownych propozycji Meci, która chciała uzbierać do kapelusza po pięć stów (dużych stów) od pary i zbudować gejowski apartamentowco-biurowiec, przeszliśmy do pomysłów ciekawszych i normalniejszych.
Między innymi utworzyliśmy plan zbudowania organizacji gejowskiej, której głównym celem będzie zbieranie kasy z funduszy państwowych i europejskich; a którą to kasą zamierzamy walczyć z zaściankowością. Sposób walki znaleźliśmy najlepszy z możliwych: będziemy za tę kasę zmieniać samochody, ciuchy i się odsysać.

Dyskusja ta odeszłaby zapewne wcześniej czy później w zapomnienie, gdyby nie zdarzenie, które mi o niej gwałtownie przypomniało. Otóż nasz plan był rozrywkowo-imprezowy, był formą gry czy też zabawy towarzyskiej, jakie Teresa uwielbia bezgranicznie.

Nie przypuszczaliśmy, że zupełnym przypadkiem stworzyliśmy biznes-plan Kampanii Przeciw Homofobii.

————————————————-

Terrence Higgins TrustNie szokuje mnie sytuacja, że ktoś zarabia pieniądze – nawet rzędu 5-6 tysięcy złotych miesięcznie – za prowadzenie organizacji walczącej o prawa gejów. Powiedzmy sobie szczerze: znacznie więcej zarabia taki na przykład szef Terrence Higgins Trust, najpotężniejszej chyba organizacji gejowskiej w UK. Ale oni przynajmniej coś robią, widać ich na każdym kroku życia w Londynie i to nie tylko na gejowskiej części Soho.

Kiedyś KPH była organizacją, której o coś chodziło. Teraz stawiam na Lambdę Warszawa. Kliknijcie i poczytajcie.

Półmetek

2008-07-17

W chwili, gdy statystyka zaczyna działać przeciwko tobie, nabierasz ochoty na jakieś podsumowanie. Problem w tym, że tak po prawdzie powinno ono być wielkości encyklopedii, upstrzone zasłoną kwantyfikatorów „zwykle”, „wydaje się”, „myślę, że” i tak dalej. Abstrahując od nonsensowności produkcji takiego tekstu, któż miałby na to czas?

Na przestrzeni ostatnich kilku dni takie małe podsumowania przechodziły mi przez głowę w najmniej spodziewanych momentach. Nie jestem w stanie ich odtworzyć (a szkoda, niektóre były zabawne), ale może to i lepiej.

Na razie kupię samochód, a co.

Narraganset: cisza nad trumną?

2008-07-12

Minął już tydzień z okładem od otwarcia nowego Narragansetu a ja wciąż nie mogę znaleźć na żadnym blogu recenzji czy też choćby ogólnego opisu jak ta cała impreza się udała. Najprostsze rozwiązanie – pójść i sprawdzić samodzielnie – nie wchodzi w rachubę z powodu mojego wrodzonego lenistwa: mam lepsze sposoby na zmarnowanie sobotniego wieczoru i bezsensowne wydanie dwóch stów. Wciąż jednak czekam aż się któryś z przetrzebionego grona bloggerów otrząśnie i odezwie. Może było tak cudownie? A może, co chyba bardziej prawdopodobne, zapadła już kompletna cisza nad tą trumną?

Jeszcze trochę a wyślę tam Teresę na rozpierduchę. Ona w takich sprawach jest niezastąpiona, szczególnie po szóstym łyskaczu. 😉

Lesbijki z Hitlerem w tle

2008-07-09

Mam wrażenie, że Niemcy mają okres rozcinania wrzodów i samobiczowania się post-hitlerowskiego. I na dokładkę trwa on już wyjątkowo długo, wręcz przesadnie. Nie do końca rozumiem cel takiego rozprawiania się z przeszłością, skoro zasada ucieczki do przodu wychowała takich reżyserów jak Fassbinder. O hitlerowskich Niemczech powstało mnóstwo filmów amerykańskich, brytyjskich, francuskich… może byłoby dość? W końcu jak niby przedstawić lepiej wschodzenie faszyzmu od tego, co widzieliśmy w „Kabarecie”?

Aimee & Jaguar

„Aimee und Jaguar” to próba rozliczania się z przeszłością – przed niezłą „Marlene” i kiepską komedią o Hitlerze. Tym razem na warsztat wzięto podziemie lesbijskie w Berlinie pod koniec wojny. Żeby potrawka była jeszcze ciężej strawna, jedna z dwóch głównych bohaterek, Felice, jest Żydówką. I daj panie Boże zdrowie przepisującym książkę scenarzystom, ale dlaczego to musiało trwać ponad dwie godziny?

Niestety zarówno powieść jak i film składają się przede wszystkim z przynudzania i bezsensownych dłużyzn. Cycki obu bohaterek widzimy ze wszystkich kątów (może to jeden z powodów, dla którego tak się przy tym filmie męczyłem). Tymczasem fabułka jest kiepściutka, słabiutka, mało filmowa i nieszczególnie interesująca.

Matka czwórki dzieci i zarazem żona nazistowskiego żołnierza zakochuje się w żydowskiej lesbijce. Trwa to pół filmu. Kolejne ćwierć się głęboko kochają (tu jedyna dobra scena pokazująca, jak wyglądały imprezki lesbijskie w wojennym Berlinie – w zasadzie tak jak w epoce Republiki Weimarskiej). Finał oczywisty: żydówka złapana, tragedia, łzy, wrzaski i te sprawy. No pliiiz.

I bardzo przepraszam, ale chronienie nikłej fabułki informacją, że scenariusz (i książka nawiasem mówiąc) powstał na podstawie rzeczywistych wydarzeń to pójście na łatwiznę poniżej pewnego poziomu. Nie ze mną te numery Brunner. Słowem: filmidło i książczyna tylko dla wytrwałych oraz rzecz jasna dla lesbijek, którym zapewne to wszystko przeszkadzać nie będzie przy tak potwornej posusze filmów o nich.

Max Farberbock, Aimee & Jaguar, Senator Film 1998

You made my day

2008-07-08

No dobrze, może nie day tylko poranek, rozpoczęty tak wcześnie dzięki cholernym latającym szczurom (gołębiom znaczy się). Ale to coś, określone przez jakiegoś komentatora jutjubowego mianem „cygańskiego punku” jest taaakie fajne, że aż. 🙂
Znalezione dzieki oddalonemu.

Nieporozumienia

2008-07-06

Zdaje się, że mam już problem z artykulacją myśli. Gdy w sobotnie popołudnie zadzwoniło dziecko i spytało, co robimy z ich gośćmi, którym w oberwanie chmury nie chciało się jechać na żwirowisko, zaproponowałem spacer po Łagiewnikach.
Ale chodziło mi przecież o podjechanie do Arturówka, zrobienie ósemki wokół stawów i zasiąście na piwie. Nie o podróż pod jakiś klasztor i wielokilometrową mordęgę przez wykroty, ciężkim szlakiem, przez jakieś zarośla, gdzie nawet kiosku nie było.

Wieczorkiem opowiadam importowanemu prawnikowi (jakby mało ich w Łodzi było) o swojej tragedii drastycznej diety.
– Ale ja cię widziałem rok temu i wyglądałeś tak samo.
Poprawiło mi to mocno z lekka depresyjny nastrój: ominął go co prawda okres mojej świetności po rzuceniu palenia (+5 kilo w miesiąc), ale za to ten jedzeniowy thriller jednak działa. Jeszcze drugie pięć i byłoby idealnie.

– Boże, macie gin! Poproszę ze Sprite’em!
– Seagram’s czy lubuski?
– Seagram’s.
– A z plasterkiem cytryny czy limonki?
– :-O

– Whisky z dwiema kostkami lodu pliz.
– Chivas Regal czy Ballantines?
– :-O

Podsumowując: świat się kończy, że takie pytania padły od dziewczyn z FouFou. Mają też trzy rodzaje Martini, Absoluta Kuranta, Peacha, Finlandię żurawinową, dwa rodzaje tequili i pięćdziesiąt innych butelek, których już nie pamiętam.

Nareszcie mam gdzie zamieszkać, gdy już popadnę w ostateczną starczą depresję.

ŁTR działał dwa dni

2008-07-04

Gdy wsiadłem po raz pierwszy do Pesy 122N, obsługującej tzw. Łódzki Tramwaj Regionalny (bo „region łódzki” składa się z terenu od granicy Łodzi do granicy Łodzi, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział), zaatakowały mnie dwie sprzeczne myśli. Pierwsza: tu nawet jest klimatyzacja. Druga: ile czasu potrzebuje łódzki plebs, żeby go zrujnować?

Odpowiedź na drugie pytanie jeszcze musi zaczekać, bo limanka chyba postanowiła pobić rekord Guinessa wstrzemięźliwości. Pierwsza myśl zaś już jest nieaktualna: gdy wsiadłem do 11 po raz drugi, trzeciego lipca, klimatyzacja już była wyłączona a malutkie okienka uchylone. I tak skończył się piękny sen, bo cały ten tramwaj bez klimy jest kompletnie niewart tych 9 milionów – szwabskie ruiny obsługujące linię 46 też są ciche, też na nowych szynach nie trzęsą, za to kosztują dokładnie sto razy mniej.

Zatem wszystko jest jak zwykle: zielona farba z trawy się zmyła i cały interes pozostawił tylko kupę kasy w kieszeni Bydgoszczan, którzy jako jedyni mają z tego korzyść.