Archive for the ‘Teatr’ Category

Słowo na niedzielę

2011-02-20

W tym tygodniu słowo na niedzielę sponsoruje Krzysztof Tomasik.

Reklamy

Love never dies

2010-07-17

Drechol Wołodyjowski

2010-03-09

Jan Klata TRYLOGIA

Z definicji na pewne sztuki chodzę zawsze.

Po pierwsze, chodzę na wszystko, co obśmiewa i zrzuca z piedestału ten śmieszny polski chrystusizm narodów, nacjonalizm upiększany nomenklaturowo w „patriotyzm” i napompowane hipokryzją katogusła.
Po drugie, zawsze chodzę na Krzysztofa Warlikowskiego.
I po trzecie, zawsze chodzę na Jana Klatę.

Bo oni obaj mogą wkurzyć, ba, do szału doprowadzić, ale zawsze o coś w tym chodzi.

„Trylogia” okazała się nierówna. Choć nie, to właściwie nie jest najlepsze słowo, bo była nawet równa – jak każda pochylnia. Klata w pierwszej części pojechał po bandzie w najlepszym stylu, w jednym tylko miejscu ocierając się o granicę przyzwoitości. Patrzenie na te wielkie, uświęcone strofy „Ogniem i mieczem”, zilustrowane prawdziwą polskością typu RAW, z całym jej prymitywizmem, chamstwem i brudem – niezapomniane. I to właśnie „Ogniem i mieczem” jest najlepszą częścią tej sztuki.

„Potop” był już przydługi, miejscami nudnawy a przejście z burleski do prezentacji poważnej mało ciekawe. Choć Ewa Kolasińska jako Madonna (ta z Częstochowy, nie wiem jak się niby zwie, czarna jakaś czy tam ostrobramska) pięknie rozegrała finał. Wychodząc powiedziałem Lucy, że widzę tu pewien problem, bo wszystkie strzelby ze scenografii już zagrały: i łóżka, i świnty łobrazek, i kazalnica i szabelka. Okazało się, że miałem rację, bo w „Wołodyjowskim” krótko i trochę bez polotu zagrał jeszcze tylko konfesjonał.
A potem już nic niestety nie zagrało i z połamanym krzyżem, bolącym tyłkiem i nogami w paragraf starałem się dotrwać do końca.

Początkowo nie zgadzałem się ze Zdzisławem Jaskułą, ale już w połowie trzeciej części przyznałem mu rację. Rzeczywiście, nie dałoby się polecieć komedią przez wszystkie sienkiewiczowskie cegły. Dopadł mnie totalny głód nikotynowy, zatem już w drodze na zewnątrz teatru rzuciłem przez ramię: ale może Klata nas zaskoczy i trzecią część zrobi „po bożemu”. No i niestety wykrakałem.

W czasie mojego papieroska teatr opuściło grono oburzonych moherów, które przysżły tu oglądać „Królową Bonę” a nie żarty i dowcipy z fundamentów nadwiślańskiej kulturwy. I paradoksalnie okazało się, że miały rację, tyle że z powodu zupełnie a rebours. To trzecia – martyrologiczna już – część była nie do strawienia.

Jan Klata TRYLOGIAAnna Dymna zaskoczyła mnie dostosowaniem się do wizji reżysera. Nie przejęła spektaklu, który w gruncie rzeczy stworzył Jan Peszek. Przez momencik tylko całą scenę opanował boski tors, cudowny zarościk na piersiach, świetne nogi i genialny tyłek okryty ledwie slipkami od Kleina. Jego syn Błażej znaczy się. Wcześniej, podczas sceny obrony Zbaraża, do łez rozłożyła mnie kurierka-sanitariuszka, żywcem wehikułem czasu przeniesiona z Powstania Warszawskiego. Momenty genialne, dla takich właśnie kochamy scenę.
A i Zagłoba (Juliusz Chrząstowski) już nigdy więcej nie będzie mi się kojarzył z wąsosumiastym i tłustym filmowym pierwowzorem.

Ta sztuka to przy okazji uroczy żarcik i lekki krakowski przytyk do Krystiana Lupy. Jak wiemy, Lupa jak weźmie dziesięciostronicowe opowiadanie (opowiadanie? Dwa limeryki Szymborskiej!), to może z niego zrobić trzydobowe dzieło wielkie i nieskończone (nieskończone przede wszystkim dla kości ogonowych). A Klata wziął przestarzałe trzy cegły i przerobił je na czterogodzinny spektakl (minus 40 minut na dwie przerwy). Znaczy się – można.

Uważam, że współczesny teatr jest dla ludzi młodych. Rupiecie chodzą i kwękają; porównują i szukają siódmego tła; jojczą i narzekają. A potem piszą takie swoje Pietrasiki i czują, że dobrze spełnili swój obowiązek. Dowód tutaj (polecam szczególnie rzyg pani z Naszego Dziennika, bardzo zabawny).

Tymczasem sztuka moi drodzy, szczególnie teatralna, nie jest dla zrzędliwych panów w okolicy kryzysu wieku średniego. Ma kształtować umysły dwudziestoparolatków, żeby ich choć trochę zaimpregnować przed wszechogarniającą medialna miałkością. I dlatego, ponieważ Lucy wyszła zachwycona, stawiam aż cztery gwiazdki na pięć możliwych. Na pewno warto, ale nie zapomnij z domu miękkiego jaśka.

Jan Klata TRYLOGIA

Jan Klata „Trylogia”, Stary Teatr w Krakowie, 2009

Kolacja dla głupca

2010-03-01

Chadzanie na premiery ma tę drobną niedogodność, że w 80% przypadków masz poczucie straconego czasu. W tym przypadku było „dokładnie tak” – że tak sobie sięgnę po najpopularniejszy anglicyzm, z upodobaniem używany przez wszystkich i wszędzie.

Farsowy slapstick to wciąż domena autorów brytyjskich, niekoniecznie musi to być nudnawy już Ray Cooney (jego główną wadą jest przewidywalność rozwoju akcji i jej zwrotów – po dwóch „Maydayach” i „Oknie na parlament” nic cię u niego już nie zaskoczy), choć wciąż jest on klasą samą w sobie. Ale jak się za komedie zabierają Francuzi, którzy ostatni raz mieli coś do powiedzenia w rozrywce w głębokich latach 60. ubiegłego wieku, robi się straszno.

„Kolacja dla głupca” jest przewidywalna od pierwszej do ostatniej linijki tekstu a przy tym nudna jak flaki z olejem. Publiczność, doprowadzona do rozpaczy wlokącym się jak stare kalesony pierwszym aktem, była już w stanie śmiać się ze wszystkiego co choćby odrobinę przypomina dobry żart. I dlatego na akcie drugim pojawiły się aż trzy wybuchy śmiechu. Jeden z nich po niezwykle błyskotliwym tekście „Ech, to jednak męczące być inteligentnym”.

Bomba, nie? A to był najlepszy cytat z całości.

Całą sztukę ratuje tylko Piotr Lauks, którego vis comica jest mimo upływu lat wciąż na fali. Ale Lauks ma spory elektorat negatywny, gdyż znam dużo ludzi po prostu go nie lubiących. Nie bardzo rozumiem dlaczego, bo nie znam jego złej roli. I tylko dla niego warto przejść się na to francuskie nudziarstwo.

A potem poszliśmy do Narragansetu, choć zapewne bankiet był świetny – zgodnie z teorią ukutą i wielokrotnie udowodnioną w latach 90. przez Witolda Jabłońskiego, że najlepsze bankiety są po najgorszych sztukach.
W Narragansecie było jak zwykle, więc w gruncie rzeczy nie ma sensu pisać odrębnej notki.

Francis Veber, „Kolacja dla głupca”, reż. Paweł Aigner, Teatr Powszechny w Łodzi, 2010

Wielkie pożegnanie

2009-12-07

Są takie spektakle, które na zawsze pozostają w pamięci. I nie musi to być od razu Kantor czy Hanuszkiewicz z motorami na scenie, czasem prostsze środki wyrazu są równie dobre. W swoim życiu widziałem jak dotąd cztery spektakle, które zapamiętam do śmierci.

„Brygada szlifierza Karhana” należy do tej kategorii – idźcie koniecznie, póki czas.

Sprawy bieżące

2009-08-28

Nazbierało się takich różnych drobiazgów, że hej. Ale jakoś tak nie mogłem się zmusić do przysiąścia fałdów i napisania poszerzonych notek, więc będzie w kupie.

—————————————————————–

Jednym z najzabawniejszych cytatów, jakie słyszałem w ostatnich kilku latach jest hasło niejakiego Targalskiego, który przejdzie nim zapewne do historii mediów. „Ja tu wszędzie widzę stare kobiety, jakieś złogi gomułkowskie”. Abstrahując od poziomu schamienia tego tekstu jest to absolutny tip-top.
Cytat ten (podobno niedokładny, ale kogo to w gruncie rzeczy obchodzi) przypomniał mi się gdy przejrzałem dzisiejszą Wyborczą – a w zasadzie dodatek łódzki. Wszędzie widziałem wypowiedzi i zdjęcia starych kobiet. Tymczasem dwa dni temu poszliśmy z egusiem, mężem oraz Teresą z jej przyszłym-niedoszłym do Manufaktury. Od tych fantastycznych, roześmianych, ślicznych chłopców, facetów i dziewczyn mówiących po hebrajsku, włosku, francusku i angielsku rynek Manufaktury aż kipiał.
Dlaczego jak mówimy o Żydach to kończy się zawsze tylko na martyrologii? O ileż lepszym efektem wychowawczym i edukacyjnym byłaby prezentacja młodych Żydów, potomków tych, którym udało się przejść przez getta? O mało nie dostaliśmy skrętu karków od oglądania się za chłopakami rozmawiającymi z uśmiechem ze swoimi ojcami i dziadkami z pejsami. Radosnymi, zadowolonymi, szczęśliwymi. To dla nich Żydzi przelewali krew, to ich nie ma sposobu nienawidzić nawet jeśli wyssało się antysemityzm z mlekiem matki.

—————————————————————–

Augustowskie noce wymagałyby mnóstwa zdjęć i co najmniej dziesięciu tysięcy znaków. Zdjęć zamieścić z powodów oczywistych nie mogę, na tekst nie mam sił. Ale było bosko.

—————————————————————–

Witkowski wydał „Margot” i z góry zapowiadam, że na pewno będzie z tego recenzja. Jak już książeczka przyjdzie.
Zwalił mnie z nóg pomysł promocyjny, czyli stwierdzenie Witkowskiego, że on wcale nie jest gejem. Teraz przez dwa miesiące kolorowe pisemka będą się zastanawiać, co poeta miał na myśli. Otóż, moi drodzy, miał na myśli biseksualizm. A dokładniej fakt, że wśród zdrowej części społeczeństwa (chłopcy ze wsi, tirowcy) obowiązuje zasada „raz dziewczynka raz chłopaczek” i nikomu to w gruncie rzeczy nie przeszkadza pod warunkiem, że się o tym nie rozmawia. To ta fajniejsza odmiana hipokryzji.

—————————————————————-

Litwini rakiem próbują pozmieniać jakieś drobiazgi w swojej bolszewickiej ustawie, skończy się to rzecz jasna jeszcze większym kretynizmem. Może wtedy byśmy wreszcie zastanowili się nad wywaleniem ich z Unii Europejskiej? Przecież oni wcale jej tak naprawdę nie chcieli. Zależało im tylko na tym, żeby wstąpić do NATO. Też nie wiem po co, skoro zrobili sobie litewską republikę sowiecką, tyle, że w skali mini z wymarłymi wsiami i obsychającymi polami (widziałem!).

—————————————————————-

A poza tym uważam, że „Rzeczpospolita” powinna zbankrutować.

Cztery

2009-03-30

CzteryRzadko decyduję się na recenzowanie spektakli teatralnych. O ile na gruncie literatury czy filmu czuję się dość pewnie – co wynika rzecz jasna nie tyle z mojego niezgłębionego talentu czy błyskotliwego intelektu ile z ogromu książek przeczytanych i filmów obejrzanych – to do pisania o spektaklach nie czuję się zbytnio uprawniony. Owszem, obejrzałem kilkadziesiąt czy kilkaset dzieł scenicznych, ale na recenzowanie jestem zdecydowanie za młody – o teatrze można bowiem pisać dobrze tylko w sytuacji, gdy widziało się wszystkie lub prawie wszystkie spektakle z ostatnich 30 czy 40 lat. Rzucanie się na recenzowanie współczesnego teatru bez możliwości sięgnięcia do lat 70. ubiegłego wieku mija się z celem. Dzisiejszy teatr prowadzi bowiem linearny dialog ze swoimi korzeniami.
Dlaczego zatem piszę o spektaklu „Cztery” w Studyjnym? Bo wkurzyła mnie ta młoda głupia siksa z Wybiórczej, która z zerowym przygotowaniem profesjonalnym zabrała się za krytykowanie czegoś, czego nie rozumie.

Patrycja Kruczkowska, bo o tejże wybitnej postaci myślę, wyszła z tego spektaklu wściekła. I wcale mnie to nie dziwi. W „Czterech” jedyna kobieta (nawiasem mówiąc całkiem niezła aktorsko) funkcjonuje bowiem jako spersonifikowany dowód, że:
a) kobiety są bez sensu;
b) kobiety są zbędne;
c) kobiety niczego nie wnoszą;
d) kobiety są głupie;
e) gdyby kobiet nie było, nic by się nie zmieniło.

Z takim opisem można się zgadzać lub nie, ale wolna wola reżysera w ten sposób ustawiła rolę Bożeny i wara komukolwiek od tego. Główny nurt rozwoju zarówno wszystkich postaci jak i fabuły nie uwzględnia kobiet, bo nie o nich to spektakl i nie o nich była książka Roberta Musila.

Polscy recenzenci cierpią na chorobę unifikacji. Oglądają faceta zabijającego faceta i dalej, hajda, maraton interpretacji ogólnych – że to personifikacja zdziczenia, że eufemistyczna ocena degrengolady moralnej, że niedobór wartości chrześcijańskich (kompletny bzdet, to akurat jest jak najbardziej chrześcijańskie), że ocena stosunków społecznych i tak dalej. Tymczasem ofiara zerżnęła po prostu dziewuchę mordercy i tenże morderca się wkurzył i poderżnął mu gardło. Koniec, kropka, proste jak świński ogonek.

„Niepokoje wychowanka Torlessa” oraz spektakl „Cztery” mówią o rozwoju psychiki nastolatków ze skłonnościami homoseksualnymi. Aż tyle i tylko tyle. Nie ma tu żadnych odniesień do świata zewnętrznego.
Beineberg ucieka przed swoją tożsamością w nonsensowny pseudo-związek z kobietą a skoro mu się to nie udaje, chowa się za hinduistycznym bełkotem i próbuje sobie ze swoją homoseksualnością poradzić w szafie. Dokładnie tak, jak większość dzisiejszych polskich dzieciaków-gejów, wychowanych w skrajnej hipokryzji, w nienawiści do wszystkiego co inne, w których buduje się katoendeckie chore wymysły o tym, jaki to ty jesteś zły i grzeszny. Beineberg ucieka przed sobą samym w hinduistyczne brednie, ale w pewnym momencie wrzód hipokryzji pęka i zaczyna realizować siebie. OK, rozumiem, że w sposób nieakceptowalny, ale jak najbardziej zrozumiały i logiczny. Jeżeli jedynym dla niego sposobem rozładowania homoseksualnego napięcia jest gwałt na Basinim i dręczenie kolegi z pokoju – to co w tym dziwnego? Przecież już Jean Genet opisywał w „Dzienniku złodzieja” dokładnie taki sam mechanizm negacji norm społecznych i kulturowych. Nihil novi. Następnego przykładu – polskiego księdza rżnącego nastolatka krucyfiksem – aż mi się nie chce rozwijać.

W tym bajzlu występuje kolejny gej z szafy, zakochany w Basinim Reiting. On również nie umie sobie poradzić ze swoim homoseksualizmem (cóż w tym dziwnego, skoro to postać z przełomu XIX i XX wieku?), na dokładkę obawia się, że jego uczucie staje się wyraźnie widoczne dla pobratymców z pokoju. W efekcie, aby uniknąć stygmatyzacji w ramach tej mikrospołeczności, przyłącza się w sposób pasywny do dręczenia swojego ukochanego. Płaci za to załamaniem psychicznym w finale.

Na wszystko to patrzy przeintelektualizowany młodzieniec Torless, który w mniejszym stopniu uświadamia sobie swój homoseksualizm za to w większym – transseksualizm. Od dziecka chciał być dziewczynką, ale wszyscy wokół mówili mu, że tak nie wolno, że musi być chłopcem. No to zostaje tym chłopcem, udaje się na emigrację wewnętrzną, która nie da mu szczęścia czy zrozumienia, ponieważ jego bagaż doświadczeń jest zbyt nikły. W pewnym momencie on jako jedyny buntuje się przeciwko dręczeniu Basiniego. W gruncie rzeczy to go jednak nie bardzo obchodzi, kwestie agresji samców alfa, którzy przypadkiem są pedałami, nie są dla niego zajmujące. On chce nosić sukienkę i tyle. A że Krzysztof Wach nie przesadził, nie poszedł w łatwiznę puszczania oczka do publiczności, to przecież tylko lepiej.
Wspomniana już siksa uznała scenę z Torlessem w sukience za kiepski żart. Otóż to nie jest żart, on w tej sukience czuł się nareszcie spełniony, był sobą, był szczęśliwy. A skoro nie umiała zrozumieć, na czym polega problem tej postaci, to świadczy tylko o jej głupocie i niczym więcej.

W polskim dyskursie, w którym staram się NIE uczestniczyć z powodów pryncypialnych („Polacy to naród beznadziejnych głupców, więc szkoda życia na dyskusje z nimi”), temat homoseksualizmu, transseksualizmu i innych problemów okołogenderowych wybuchł ze zdwojoną siłą. Właczasz telewizor – pedał. Właczasz radio – prezenter własnie się outuje. Otwierasz gazetę i czytasz wywiad z Marcinem Szczygielskim. Jest to również pęknięcie pewnego wrzodu – katoendecy znajdują się pod obstrzałem tak silnym, jakiego nigdy wcześniej nie przeżyli. Nie są w stanie bronić się logiką wywodów, ponieważ wszystkie fundamenty ich norm są nielogiczne i sprzeczne z naturą. Walczą zatem na oślep lub niczego z tego nie rozumieją.
Przeciętny Francuz zrywałby boki ze śmiechu po przeczytaniu tekstu siksy z Wybiórczej; tak samo jak zrywa boki, gdy czyta w dziale „Śmiesznostki” swojego „Le Figaro” bełkot polskich biskupów wszelkiej proweniencji.

Ja nawet rozumiem ten ogromny strach przed burzeniem fałszywych fundamentów społecznych. 95% każdego społeczeństwa to typowe ciasne umysły, muchówki żyjące sobie a Muzom, nieistotne i nudne. Gdy zapadają się ich fundamenty, nie umieją sobie poradzić z nową sytuacją.

I dlatego Patrycja Kruczkowska powinna zająć się tym, co ewentualnie może jej dobrze wyjść. Niech sobie chudnie publicznie na nowej diecie w ramach idiotycznego projektu „społecznego” Wybiórczej pod wybitnym tytułem „Polska na diecie”. Krzyżyk na drogę, ale od pisania o teatrze wara. Bo pisze o nim tak jak pisał o jedzeniu jej szefo Piotr Wesołowski, którego sztandarowa seria tekstów o łódzkich restauracjach z lat 90. opierała się na recenzowaniu ilości soli dodanej do frytek w poszczególnych McDonaldach.
Chapeau bas.

Szymon Kaczmarek, „Cztery”, Teatr Studyjny PWSFTviT w Łodzi

Cztery

PS. Chłopcy są tacy sobie, ale Raand zakochał się na zabój w wijącym mu się u stóp Maćku Peście (Reiting).

PPS. Uważasz, że notka jest za długa? Przeczytaj komentarz Teresy – zajmuje drugie tyle. 😉

Magia Jaskuły

2008-10-03

Nie wiem, czy to się uda, ale trzymam kciuki. Wielu z nas, nawet nie zdając sobie z tego sprawy, tego potrzebuje: porozmawiajmy zatem o poezji.

A gdzie a kiedy a za ile

2008-02-27

Korelowanie wszystkich niezbędnych dla udanego wyjazdu rzeczy (samolot, hotel, bilety na imprezy odchamiające, planowana nocka klubowa itd.) wywołuje u mnie zwykle ataki bezsenności, moczenie nocne i ogólną warkliwość.

Potem, gdy decyzje wreszcie podjęte, wszystko się uspokaja na jakiś czas aż do świętego tygodnia przedwyjazdowego, kiedy to zaczynam budować projekcje co nie wyjdzie, co się nie uda, gdzie o czymś zapomniałem i zawaliłem itd. Na razie jestem na etapie „mam to wszystko w dupie”, co – jak pamiętam – jest sygnalem pozytywnym i oznaczającym początek końca mąk piekielnych.

Hairspray & Havana Rakatan

Termin wybrany, musical w ciężkich bólach też (no i kto będzie zaskoczony, że „Hairspray„?) i tylko waham się, czy chcę pokazywać mężowi Havana Rakatan jako pierwszy balet w jego życiu. Z jednej strony balet nowoczesny zapewne go przynajmniej nie znudzi, a z drugiej – nie jestem przekonany, czy balet współczesny można oglądać przed wymęczeniem się przynajmniej na kilku klasycznych. Żeby docenić. 🙂 Dobrze, że przynajmniej nie muszę się martwić czy to będzie dobre – do Sadler’s Wells można iść w ciemno na cokolwiek i nigdy nie będzie szkoda wydanych pieniędzy.

Przy okazji: strasznie tani się ten Londyn zrobił, dzięki miliardom funtów pakowanym w kantorowy rynek jako lewizna, gotówka w sakwach, workach i walizkach przekraczająca wszystkie możliwe granice. W zasadzie powinienem być wdzięczny rodakom. Dzięki ich mozolnej pracy w podziemiach pubów stać mnie na dwa wyskoki na imprezy odchamiające a nie, jak to dotychczas bywało, na jeden na pobyt.

I tym sposobem znowu wychodzi na to, że ktoś haruje jak wół po to, żeby inny mógł przepuszczać kasę na głupoty.