Archive for Czerwiec 2009

Plotki, żółtaczka, AIDS

2009-06-25

Sobie poplotkowaliśmy. Marcysie stwierdzili, że wypadałoby wreszcie popojawiać się trochę w towarzystwie, bo ostatnio żyją jak w norce na końcu świata. Okazało się bowiem, że już jakieś pół roku temu odpuścili sobie polowanie na chłopców w Narragansecie, bo stwierdzili, że one to się już w życiu naseksiły a teraz trzy czwarte chłopaczków choruje na różne paskudztwa, z czego połowa z nich oferuje bonusowo HIV.
Pokiwaliśmy głową nad upadkiem moralności dzisiejszej młodzieży, której celem życiowym jest jak widać cierpienie na retrowirusową codzienną sraczkę do końca swoich dni. Usłyszałem też o 19-latku, który położył się na „zwykłą” żółtaczkę a po miesiącu, gdy usychał i marniał w oczach, lekarze zorientowali się, że coś tu nie gra. Wyszło, że poza żółtaczką i jeszcze dwiema innymi chorobami wenerycznymi ma jeszcze środkowe stadium AIDS. Jego organizm nie zwalczał już żadnych bakcyli.

Przypomniałem sobie siebie w wieku 19 lat. Ufff. To zdecydowanie nie jest wiek, w którym należy umierać, nawet z głupoty.

I to by było na tyle z ostatnich ploteczek. Następnym razem skrobnę pewnie coś o Hokus-Pokus, ale jak widać po wiszącym nadal koło świętego Nigdy drugim artykuliku o głuchych – moim blogowym zapowiedziom ufać raczej nie można.

A poza tym uważam, że „Rzeczpospolita” powinna zbankrutować.

Reklamy

Narraganset a Xell

2009-06-23

Szczerze mówiąc pisząc tekst o Blu Queen nie spodziewałem się takich efektów. Abstrahuję od faktu, że wieczór 20 czerwca okazał się być ostatnim w tym klubie (przynajmniej zdaniem plotek). Chodzi mi o akcję z Xellem.

W gruncie rzeczy to ja nie miałbym tu nic do powiedzenia, gdyby nie to, że aferka zaczęła się od próby bronienia mojej skromnej osoby przez Xella na Gaylife. To rzeczywiście było miłe, choć moim zdaniem dyskutowanie z półgłówkami, nawet tylko dwoma, nie ma sensu i od paru lat już tego nie czynię (chyba, że daje mi to pretekst do przekazania czegoś ważniejszego niż nawalanie torebkami). Półgłówki mają bowiem jedną cechę wspólną: czytają pierwszą połowę pierwszego zdania i drugą połowę ostatniego. No to po co się męczyć?

Mniej ważny jest fakt, że przeklejenie mojego tekstu bez zgody jest kolejnym, trzecim już czy czwartym bodajże, złamaniem praw autorskich przez towarzystwo z Gaylife. Ale ja mam teraz na głowie instalację kuchni a nie pierdoły, szkoda życia.

Mam wrażenie, że wszyscy w tej całej aferze wyżej sr**ą niż du*ę mają.
Xellowi wydaje się, że skoro jest postacią rozpoznawalną, to ma immunitet totalny na wszystko. Właściciele Narragansetu udowodnili mu, że nie ma.
Gaylife myśli, że jest pałernym demiurgiem, od którego zdania i nastawienia kluby mogą powstawać i upadać. Nikły efekt już chyba z dziesięcioletniej wojny z Narragansetem udowadnia, że nie jest.
Narraganset myśli, że nie musi niczego zmieniać, bo jest jedyny, genialny i najlepszy. I rzeczywiście, domy i samochody zapewnia, ale coraz większe grono ludzi (i to nie starszawe ciotencje ale młodziaki) zostawiają coraz więcej pieniędzy u konkurencji: w Rezydencji, Cafe Wolność, niezniszczalnej Łodzi Kaliskiej. Pieniądze nie zarobione są pieniędzmi straconymi, ale tego Narraganset nie widzi. Jest to typowe dla psychiki ludzkiej: jeśli czegoś nie widzimy i nie pomacamy, to wydaje nam się, że nie istnieje. Jak na przykład wydatki opłacane kartą kredytową. 🙂

Ale ja nie mam już ochoty na naprawianie świata.

A poza tym uważam, że “Rzeczpospolita” powinna zbankrutować.

Blu Queen

2009-06-18

Wiele osób przez jakiś czas pytało mnie, dlaczego nie napisałem żadnej recenzji z otwartego zimą klubu Blu Queen. Odpowiadałem wówczas za każdym razem mniej więcej podobnie: Blu Queen jest klubem genialnym, prawdopodobnie najlepszym w Polsce i obawiam się, że gdy to napiszę to… zbankrutuje. Pamiętam bowiem swoje zachwyty nad wyremontowanym Ganimedesem, który po fantastycznym starcie wprowadził idiotyczne opłaty za wstęp (zamiast stać się klubem beforkowym) i w efekcie znowu stracił klientelę i markę. Teraz to już kompletnie nikogo nie można tam spotkać…
A może to po prostu ja i moje teksty przynoszą pecha?

Wróćmy jednak do Blu Queen. Otóż jest to wyspa cywilizacji na morzu polskiego barachła. Inspirowany przez paryski Queen Club, w którym DJ-e tacy jak Dimitri From Paris czy Claude Monnet nie są żadnymi gwiazdami tylko normalką, miał w sobie również spory ładunek londyńskiego Heaven. I ten europejski styl zamiast przyciągać, odstraszył.

Oczywiście łatwo jest wskazać błędy popełnione przez właściciela. Krytykować jest zawsze łatwo. Problem w tym, że mam wrażenie, że ja już podobną listę kiedyś tworzyłem a ludzie z kasą i pomysłem jakoś nigdy do niej nie trafili. Spróbuję zatem jeszcze raz.

Pierwszym błędem była próba stworzenia miejsca uniwersalnego, zarówno dla heteryków jak i gejów. Standard z cywilizacji. Tymczasem taki układ tutaj po prostu nie działa. Geje uciekają z miejsc w których mogą spotkać naśmiewającą się później sąsiadkę, pracującą na kasie w hipermarkecie, ale uważającą się za cud-dziewicę prawie że orleańską. Pedały chcą pedałów i tyle.

Drugim był idiotyczny dress-code pilnowany na bramce. Żadnych sportowych butów. Żadnych gości poniżej 21 roku życia. Myślę, że ideą przewodnią była próba stworzenia miejsca bez dresiarstwa, w którym mają bawić się ludzie na – cokolwiek by to nie znaczyło – „poziomie”. Tymczasem Łódź jest chyba najbardziej dresiarskim miastem w Polsce. Tym sposobem na dzień dobry wycięto znakomitą większość przychodów generowanych przez duży crowd.

Trzeci błąd polegał na błędnym określeniu targetu i co gorsza, na zakomunikowaniu tego całemu miastu. Mówię o nieoficjalnym otwarciu dla „istot wyższych” a na kolejny tydzień zaproszeniu „bydła”. Mocne wejście marketingowe zaskutkowało artykułami (pozytywnymi z założenia, tragicznymi w efekcie) w łódzkiej prasie ogólnej. W związku z tym heterycy dowiedzieli się, że otwiera się kolejna pedalarnia a zwykłe pedały, na których należało zarabiać, dowiedziały się między wierszami, że są mniej ważni i gorsi. GORSI. W Narraganset mają wpadki z obsługą, ale tam przynajmniej nikt im tego prosto w oczy nie mówi.

Z tego wynika czwarty błąd. Skoro Blu Queen chciał przyciągnąć bogatszych gejów po trzydziestce (zarówno wyoutowane jak i szafowe) i na nich się początkowo nastawił, powinien coś im dać. Niestety, stać ich na to, żeby olać miejscowe venues i pojechać raz w miesiącu do Berlina, Paryża czy Londynu. I to dokładnie robili. Bo co ich mogło przyciągnąć do łódzkiego przybytku? Podobne do nich „istoty wyższe”? No to przyszły na otwarcie, poprzymilały się do właściciela, obsypały go komplementami, wyszły i nigdy więcej nie wróciły. Bo wrzućmy na luz, po co miałyby się kisić w sosie bogatych trzydziestoparolatków z brzuszkiem, że niby lustra nie mają w domu czy co?

Piąty błąd jest klasycznym numerem łódzkim: wprowadzenie opłaty za wstęp. Tego się po prostu w mieście ze średnią pensją 1800 zł brutto nie robi. Ta dycha to często połowa całego budżetu na sobotni wieczór. Na co nam zatem potrzebny w klubie taki „plebs”? Patrz punkt czwarty. Jeżeli studenciak ma wybrać, czy wydać dychę na nieznany klub czy też pójść do starego, dobrego, śmierdzącego miejscami Narragansetu – wybiera to co zna. Zatem Narraganset może sobie pozwolić na interwencyjne zrezygnowanie z opłaty za wstęp. Pół roku wytrzyma dopóki konkurent nie padnie a potem po prostu będzie przez chwilę brał po 15 zł. Albo podwyższy zauważalnie czy „niezauważalnie” ceny drinków i wszystko się zwróci.
Nowym miejscom nie wolno robić takich rzeczy. Rezygnacja z opłat po kilku miesiącach już nie mogła przynieść efektu – klub jest w opinii dwudziestolatków spalony.

Mam ogromny sentyment do chłopców bez kasy. Ekwilibrystyka finansowa jaką wykonują, żeby fajnie się ubrać, czuć się i być atrakcyjnym i na dokładkę żeby jeszcze coś zostało nie tylko na dwa sobotnie piwa ale i na kanapkę codziennie do przyszłego tygodnia – budzi mój ogromny szacunek. To jest ekonomia typowo łódzkiej biedy ale spójrzcie o ile lepiej wyglądają i bawią się bezkasowi geje od bezkasowych heteryków z Limanki.
Nie wolno ich odrzucać, nie wolno obrażać dwukrotnym otwarciem. I trzeba wpuszczać. W końcu dresiarza rozpoznajemy nie tylko po sportowych butach, prawda? Można było ograniczyć odbijanie się od bramki do tych, którzy obok plastikowych najków zakładają też dresy adidasa.

Co zatem, drogi czytelniku, możesz teraz zrobić? No cóż, masz dwie opcje.

Po pierwsze możesz wydać 800.000 zł (Teresa, Metka: o ile pamiętam wspominaliście coś kiedyś o inwestycji w klub dla pedałów?) i Blu Queen sobie po prostu kupić. Trzeba przyznać, że fakt wystawienia Blu Queen na Allegro zaskoczył mnie i rozbawił. No ale to w końcu największy supermarket w Polsce, więc to wcale nie jest głupie. 🙂

Po drugie: możesz natychmiast, póki masz jeszcze możliwość, pójść do Blu Queen w najbliższą sobotę.
Zobaczyć miejsce, na którego odtworzenie przez długi czas nie będzie w Łodzi szans.
Posłuchać prawdziwej klubowej muzyki prosto z cywilizacji a nie kijowego umpa-umpa i zdychającej z naćpania Whitney Houston.
Napić się drinków, w których pięćdziesiątka jest pięćdziesiątką a nie opisaną drobnymi literami czterdziestką.
Zatańczyć w światłach, które znajdziesz najbliżej 800 km od Łodzi.

Być przez chwilę w centrum Europy.

A poza tym uważam, że „Rzeczpospolita” powinna zbankrutować.

Słowa hańby

2009-06-17

małrzeństwo
chorda
chałastra

Jeszcze nigdy nie udało mi się błędnie napisać „gżegżółki”; jestem również jedną z nielicznych osób, które wciąż rozróżniają znaczenie przymiotników pisanych z „nie” razem i osobno (uwierzcie mi na słowo, że „nie skończony” artykuł to nie to samo co „nieskończony” tekst).

Tymczasem te trzy słowa ze wstępu to moja osobista ścieżka hańby. Lata mijają, łeb siwieje a ja wciąż i wciąż nie umiem ich za każdym razem poprawnie napisać. Oświadczam zatem, że błędy te są moją indywidualną cechą, jedną z tych, za które mnie kochacie. Obok błyskotliwej inteligencji, głębokiej życiowej mądrości i niespotykanej – jedynej w swoim rodzaju! – skromności.

O ile „małżeństwo” tłumaczę sobie interwencją mojego Id, które w związku z orientacją walczy jak może z wszechogarniającym heteromatriksem, to kompletnie nie rozumiem „chałastry”. Hordę pisuję poprawnie gdzieś tak w 60% przypadków, „chałastrą” zaś dręczę czytelników regularnie.

Trudno, będę dręczył nadal.

A poza tym uważam, że „Rzeczpospolita” powinna zbankrutować.

Umarłam i zdechłam

2009-06-16

Jeżeli uważacie, że to szczyt wszystkiego albo pechowy przypadek – nic bardziej błędnego. Oto fragment podobnej europejskiej w stylu i klasie imprezy; tyle, że o dwa lata wcześniejszej:

A wiecie, że tam mają dzielnicę o nazwie „Zaścianki”? Serio!

PPS. Byłbym zapomniał: gejowskiego logo postanowili nie zmieniać. 🙂

Wschodzący Białystok

Bankructwo Dziennika

2009-06-15

Jak wiadomo, nic tak nie cieszy Polaka jak nieszczęście innego Polaka. Jak zapewne część z was już zauważyła, niewiele się w tym różnię od reszty nadwiślan. Nie zdziwi więc też nikogo, że informacja o bankructwie szmaty firmowanej nie wiedzieć czemu przez Axela była niczym miód na moje zbolałe serce.

Dziennik dodatkowo otarł się o kryminał, kiedy to w sposób obrzydliwy szantażował blogerkę Katarynę, stawiając jej ultimatum: albo zaczniesz dla nas pisać, albo zrobimy ci totalny outing zarówno na łamach „Dziennika” jak i „Faktu”. Co, biorąc pod uwagę jej zawód w realu, równa się skazaniu na wyrzucenie z pracy i wystawieniu wilczego biletu.

Co mi pozostanie? On-line’owe wydanie Timesa? No ale ileż można?!

Thx

2009-06-08

Tym dziesięciu osobom, które poszły na wybory – serdecznie dziekuję. Tym czterem, które zagłosowały na Magdę – tym bardziej.

To jednak duży luksus psychiczny znaleźć się w górnych dwóch procentach inteligencji, nawet jeśli chodzi o inteligencję na poziomie nadwiślańskim.

Przez kolejny rok będę miał też moralne prawo do wyzywania Polactwa od idiotów, kretynów i czym tam jeszcze słownik slangu zainspiruje. To miłe. 🙂

Kompromitacja TVP, która w wieczór wyborczy zaprezentowała exit polls z 5 miast w kraju (bez Łodzi rzecz jasna, zgodnie z sanacyjnym podejściem do tego miasta, mówiącym, że o Łodzi nie mówimy wcale), które więcej zafałszowywały niż wyjaśniały. I nawet faszyzujące doktorantki zwane nie wiedzieć czemu „profesorami” nie bardzo wiedziały jak tego telewizorni neonaziola nie wytknąć.

No to się napiłyśmy i poszłyśmy spać a rano jak zwykle do kieratu.

Wspominałem już?

2009-06-04

W niedzielę głosuję na Środę

Mówiąc kartą wyborczą, w jakiej Europie chcesz żyć, nigdy nie marnujesz głosu.

Możesz wybrać Europę faszystowską i zaściankową. Your choice.
Możesz wybrać Europę pełną hipokryzji. Your choice.
Możesz postawić na Europę postępu, bezpieczeństwa, bogactwa i tolerancji. It’s your choice too.

Ale jedynym zmarnowanym głosem jest ten nie oddany. I tylko ten.

Depresyjna Łódź

2009-06-04

Ponieważ mój małżonek po trzech dniach pobytu w Łodzi popadł w totalną depresję, postanowiłem upiec dwie pieczenie na jednym ogniu i za jednym zamachem rozwiązać dwa problemy. Po pierwsze poprawić mu humor a po drugie – pozbyć się go z domu. Nie, absolutnie, nie chodzi o żaden rower. 🙂 Dostał ślicznego pen-drive’a w kolorze zielonym o tonacji Barbie i Kena, czyli to:

Pen-drive

…a że na laptopie, jedynym komputerze w tymczasowym mieszkaniu, dodana do pen-drive’a gratisowa gra nie ma prawa zadziałać, będzie od tej pory kończył dzień i wieczór z powrotem w remontowanym mieszkaniu. Tam na stacjonarnym przynajmniej ruszy.

Tylko nie spodziewałem się, że pojedzie tam w środku nocy w środku tygodnia a nie nastepnego dnia po pracy…

Best regards

(-) simsowy słomiany wdowiec

Fyfiad

2009-06-03

Magdalena ŚrodaPoważne traktowanie równości jest moim podstawowym postulatem. My umiemy pięknie walczyć o wolność, natomiast równość traktujemy po macoszemu.

Homofobia wielu hierarchów Kościoła jest dużo silniejsza niż ta zapisana w katechizmie, w którym czyny homoseksualne są „nieuporządkowane moralnie” a więc mają niższą kwalifikację niż lekki grzech. Tymczasem w samym Kościele – jak można mniemać – jest wielu homoseksualistów, którzy bynajmniej w celibacie nie żyją.

Cejrowski to barbarzyńca, ale jest na takich duże przyzwolenie. Pod względem tolerancji jesteśmy dość barbarzyńskim krajem. Sądzę zresztą, że pan Cejrowski ma mnóstwo kompleksów i leczy je agresją, mową nienawiści.

Homoseksualizm nie jest niczym nadzwyczajnym, to żadna inność. Innymi są raczej ci, którzy mają problem ze zrozumieniem tego. Parady są ważne, bo dla każdej wykluczanej grupy ważna jest widoczność w sferze publicznej.

Parlament staje się coraz mniej reprezentatywny dla całości społeczeństwa. Składa się głównie z białych, katolickich, rozhisteryzowanych mężczyzn.

Pełny tekst wywiadu