Archive for the ‘Lajfstajl’ Category

Michał Witkowski FIOLETOWE ŚWIATŁO

2016-12-10

Najnowsza, niedostępna w oficjalnym obiegu książka Michała Witkowskiego udowadnia, że polscy wydawcy wciąż nie rozumieją, jaka literatura sprzedałaby się przed świętami. Odrzucona przez wydawcę jako „mało nowatorska” jest w rzeczywistości najlepszą pozycją autora „Lubiewa” od czasu „Drwala”.

fioletowe

Michał Witkowski jest mistrzem krótszej formy i portretowania przedziwnych postaci, które snują się po ulicach polskich miast i miasteczek. Ma niezwykły dar obserwacji i twórczego przetwarzania faktów w fikcję. W połączeniu z nietuzinkowym poczuciem humoru, ocierającym się miejscami o wulgarność, umie stworzyć mieszankę wybuchową i jedyną w swoim rodzaju.

Witkowski sprawia wrażenie – biorąc pod uwagę jego publiczne wypowiedzi i sugestie – że miał już kompletnie po dziurki w nosie szufladki „autor Lubiewa”. Jego późniejsze próby odejścia od konwencji debiutanckiej powieści nie należały niestety do najlepszych. Owszem, znawcy literatury nadal uważają, że to „Barbara Radziwiłłówna” jest jego najlepszym dziełem. Ja jednak do znawców się nie zaliczam (nikt mi nigdy za recenzje nie płacił – chlip chlip) i mimo iż doceniam wysoki poziom zabawy językiem, uważam „Barbarę” i następującą po niej „Margot” za utwory niestrawne. Podobnie zresztą jak „Wojnę polsko-ruską” Masłowskiej, która zestarzała się już po roku od wydania i jest nie do czytania. Nieśmiały romans z formą zbliżoną do „Lubiewa” w postaci „Drwala” sprzedał się na szczęście znakomicie. Po jeszcze jednej próbie napisania czegoś innego, czyli pseudokryminalnego „Zbrodniarza i dziewczyny”, Witkowski na szczęście wrócił do tego, co umie robić najlepiej.

Już „Funf und cfancyś” pokazał, że nie stracił tego niezwykłego nerwu w tworzeniu zbioru-opowiadań-nie-będących-zbiorami-opowiadań. Poszedł za ciosem i napisał powieść, którą dzisiaj znamy właśnie jako „Fioletowe światło”. I jest to strzał w dziesiątkę.

Powróciła ta narracja, za którą czytelnicy pokochali „Lubiewo”. Nie jest to jednak autoplagiat. Autor znacznie zręczniej i skuteczniej buduje postać Waldka Jesionki, choć tworzy ją w większym stopniu opowieściami o spotykanych przez niego pobocznych bohaterach a nie samym chłopaku spod Suwałk. W tych właśnie miejscach znajdziemy absolutne perełki talentu. Opowieść o nieszczęśliwych kobietach z jedynego bloku mieszkalnego w miasteczku zapada w pamięć najbardziej. Na początku zapamiętujemy tylko jedną czy dwie przezabawne dykteryjki. Gdy od lektury minie jednak trochę czasu, nagle okazuje się, że w głowie siedzi nam wspomnienie przerażającego nastroju głębokiej, nieszczęśliwej samotności. Takiej, na którą nic nie można poradzić, z którą nie da się walczyć inaczej niż idiotycznymi rytuałami, która pozostawia w odmętach beznadziei na zawsze.

„Fioletowe światło” jest jednak przede wszystkim książką o polskim show-businessie, który w narracji Witkowskiego staje się czymś w rodzaju ZOO z bestiami, psychopatami i dobrze wżenionymi idiotkami. Nietrudno zauważyć, że jego prawie dwuletni epizod z obijaniem się po ściankach na wybiegach „mejnstrimu” dużo mu w tym pomógł. Choć sam nie zdradził tego ani jednym słowem, jest to groteskowa i ironiczna powieść z kluczem. Często zakamuflowanym pomieszaniem dwóch lub trzech postaci znanych z bulwarówek w jednym bohaterze udającym fikcyjnego.

W „Fioletowym świetle” znajdziemy co chwilę kolejny powód do wybuchnięcia śmiechem. Ostatni raz tak się śmiałem, gdy jednej z kuleżanek wypadła z szuflady sztuczna szczęka. Really. Poziom dowcipów jest zróżnicowany – od finezyjnego po zwulgaryzowany do szpiku kości (za to kochamy Witkowskiego, nieprawdaż?).

Wydawnictwo (zakładam, że chodzi o „Znak”) odrzuciło „Fioletowe światło”. Ponoć postać głównego bohatera zbyt przypomina jednego z pobocznych uczestników wcześniejszej książki. I tym prostym sposobem powieść można dostać tylko u niego samego, kontaktując się z nim na Facebooku.

Do czego serdecznie namawiam, bo lepszego prezentu choinkowego po prostu w tym roku nie znajdziecie.

Michał Witkowski „Fioletowe światło”, 2016

PS. Znacznie więcej i częściej dzieje się na mojej stronie na Facebooku. Jakoś łatwiej wychodzi mi teraz pisanie krótkich notek czy share’owanie ciekawych treści niż pisanie długich notek tutaj. Się zaprasza.

Reklamy

Mapplethorpe

2016-06-30

Chodzenie na filmy o dawno nieżyjących ludziach to rozrywka tyleż specyficzna co kiepska. Tym razem nie było inaczej. Na sali kilkadziesiąt starych kobiet i kilkunastu starych mężczyzn. Był też jeden hipster i to wraz z nim zaniżałem średnią wieku. :-/ W trakcie oglądania, szczególnie w drugiej połowie, atmosfera stała się przyciężkawa. Odwróciłem się i zlustrowałem widownię. Uświadomiłem sobie, że siedzą na niej kobiety po przejściach i faceci, którym udało się nie wymrzeć na AIDS. Przyszliśmy wszyscy zobaczyć film o wielkim artyście, który nie miał tyle szczęścia. „It’s like in the 60s, but less hope”. W zasadzie „no hope”.

A sam film? Nie dowiedziałem się z niego niczego, czego nie wiedziałbym wcześniej. Ale jako że jest to postać zupełnie już zapomniana – HBO należą się pokłony za sfinansowanie tej produkcji.

Święto faszyzmu

2014-11-12

– Chodźmy gdzieś, przecież święto faszyzmu jest tylko raz do roku!

– E tam. Ale gęsinę bym zjadł.

Na gęsinę niestety się nie załapaliśmy (ileż razy mam narzekać, że nie cierpię OFFa?), za to załapaliśmy się na stadne oblewanie… właściwie nie bardzo wiem czego. Ale udało nam się nie pokłócić, nie upić a spędzić w szóstkę urokliwe knajpiane popołudnie z dala od polskiego katofaszyzmu.

Po raz n-ty przeprowadziliśmy też dyskusję o braku sensownego miejsca LGBT w tygodniu. Jakoś Łódź nie ma do tego szczęścia. A gdy słyszę „karaoke”, mam ochotę wymiotować. Niestety coś, co było przyjemne dwa razy w tygodniu jest nie do zniesienia w koło Macieju. Tektura jest zwykłym hipsterskim plejsem, więc się do takiej roli nie nadaje. To co nam zostało? Nic niestety. Włóczymy się po jakichś coraz dziwniejszych knajpach osiadłych w coraz odleglejszych miejscach. Ale jak to mawiał Eguś: póki dużo wódki i mało soku, póty w sercu nadzieja.

Czego i wam życzę. 🙂

Fabryka Równości 2

2014-11-09

Przyjechał znajomy ex-łodzianin z Londynu. Za każdym razem słysząc tego rodzaju wieść wzdycham ciężko, bo mniej więcej wiem, co będzie się działo. „Chodźmy gdzieś do ludzi” – powie – „Może spotkam kogoś znajomego”. No więc nie, nie spotkasz. Wszyscy mieszkają teraz w Warszawie, Berlinie i Londynie, ostatnio coraz częściej w Amsterdamie. W Łodzi można teraz spotkać tylko powiat łódzki wschodni i Brzeziny na okrasę. A jak masz trochę szczęścia i trafisz na Light Festival, będziesz przeciskał się przez tłum zombiaków o których istnieniu w tym mieście nawet nie wiedziałeś i nie chciałeś wiedzieć. Brrr.

No ale przyjechał i pyta i cały scenariusz leci jak zwykle. Tymczasem wpadłem na pomysł, że może jednak wejdziemy do tej Tektury, którą ostatecznie odpuściliśmy sobie dzień wcześniej. Tam przynajmniej nie ma karaoke a może nawet nie będzie techno.

I to był bardzo dobry pomysł. Na chwilę, na tę jedną noc, knajpa w Art Inkubatorze zmieniła się w coś przypominającego cywilizację zachodnią. I ludzie, i muzyka i nawet drinki (dobre, choć nigdy w życiu nie zatrudniłbym tej z lekka przerażającej obsługi). Taki, wiecie, bal na Titaniku. Rewelacyjny wieczór, którego uczestnicy doskonale wiedzą, że to wszystko nie jest realne, że to tylko blichtr i nasze zdolności aktorskie. Ale daliśmy sobie wzajemnie tyle zapomnienia, ile się dało w tę ciemną, zimną, łódzką noc.

A potem poszliśmy do Narragansetu i Titanic zatonął.

Pridemag – jaka piękna katastrofa

2014-11-03

Zaprawdę powiadam wam – o niczym wspanialszym nie marzę niż o magazynie gejowskim z przyzwoitej półki w naszym smutnym kraju. Gdy usłyszałem o PRIDE, aż uszy mi się zatrzęsły. No ale niestety, obawiam się, że będzie to piękna katastrofa.

Problem zaczyna się już od „gwiazdy numeru”. Przykro mi to mówić, ale na samo nazwisko Poniedziałka robi mi się słabo. Jest to – obok niejakiego Szczygielskiego – jedna z tych postaci celebryckich, których nieistnienie przeszłoby kompletnie niezauważone. Przynajmniej w moim życiu. Fyfiatu nie zdzierżyłem, no nie dało się po prostu… Poza tym jest tam sporo ciekawych rzeczy, które mają jednak jedną wspólną cechę: są tak samo mało użyteczne jak materiały K-MAGa. Aczkolwiek paranoidalnie drogie, nawet jak na K-MAGa premium. Śmiem twierdzić, że większość kupujących pierwszy numer zamiast następnych postawi jednak na połówkę dobrej wódki. Choć może zblazowana warszafka, do której magazyn jest ewidentnie kierowany, zainstaluje jakąś kroplówkę?

Za to – surprise, surprise – prowadzą całkiem zabawny a miejscami wręcz rewelacyjny portal internetowy, który na szczęście nie ma wiele wspólnego z wydaniem papierowym. Niecierpliwie przebieram nogami do kolejnych tekstów Ponurego. Lubiłem też When You’re Gay In Warsaw, całkiem udatną podróbę pomysłu, który przyszedł prosto z Niemiec, ale – podobnie jak wcześniej na „tamblerze” – chyba coś się w umysłach zatkało albo to młode pokolenie jakieś takie mało kreatywne się okazało. Jest też trochę ciekawych newsów, które zapewne można by poczytać i gdzie indziej, ale właściwie po co, skoro tu sa upakowane pod jednym adresem.

Zatem: pierwszy numer PRIDE jednak nie, ale dam szansę raz jeszcze i kupię drugi. Za to jego wersję internetową, PRIDEMAG.PL jak najbardziej tak. I polecam gorąco.

Kylie w Narraganset

2014-10-31

Tak mnie jakoś fascynuje: czy na tzw. after party w Narraganset po koncercie Kylie Minogue to w ogóle ktoś był? Bo ze zdjęć moich znajomych wynika, że cała warszafka i lądą natychmiast uciekły przed straszliwą ciemną nocą Miasta Ł. do chromowanych hoteli. Tych odciętych klimatyzacją nawet od łódzkiego powietrza, nie wspominając już o całej reszcie.

Helołin

2014-10-29

– No zróbmy coś, przecież taka noc jest jedyna w swoim rodzaju. Nic nie trzeba pudrować, szminkować, wklepywać… zakładasz najbrzydsze szmaty, wychodzisz w świat i ot tak, straszysz.

– Samemu to mi się nie chce.

– To zadzwoń po Teresę, ona nie musi się nawet przebierać.

(kurtyna)

Yes, I am back.

Dlaczego Fu Klub padnie?

2012-11-10

Jako wasz nadworny profeta postanowiłem krótko spisać dla potomności pięć powodów dla których Fu Klub padnie (lub przekształci się w klub dla heteryków i padnie nieco później).

1. Bo wyfiokowane koleżanki w przejrzystych peniuarach nie będa wychodzić na trzaskający mróz na papierosa. Idea „po taniości” nie sprawdzi się w zimie, kiedy to klub został „nowo otwarty”. Nie mozna w lokalu 300-metrowym sępić miejsca na chociaż jedną palarnię w cieple.

2. Bo mrożkowym absurdem jest wyrzucanie przez ochroniarza z lokalu (a dokładniej: ogródka lokalu) klienta, który postanowił NIE umrzeć na zapalenie płuc i założył kurtkę, szalik i czapkę przed wyjściem na lodowatego papierosa. Abstrahując, że pracownicy klubów muszą rozpoznawać osoby i postaci, których NIGDY nie wolno wyrzucić.

3. Bo barman jest nieszczególnie miły i równie nieszczególnie uprzejmy. Bywa, ale to jeden z najważniejszych elementów każdego lokalu, który pozostaje w pamięci.

4. Bo nie można sprzedawać w lokalu tej klasy butelki wódki za 70 zł. Ustawienie się na kapitalistycznym rynku na takim poziomie cenowym oznacza, że w zasadzie wszędzie można spędzić wieczór taniej lub lepiej (co kto lubi, do wyboru).

5. Bo absurdem biznesowym jest wprowadzenie opłat za wstęp i to na dokładkę dyskryminujących: 5 zł dla kobiet, 10 zł dla mężczyzn. Dokładnie tak samo popełnił samobójstwo Ganimedes, który po pierwszym remoncie parę lat temu mógł stać się idealnym miejscem na before-parties przed wyjściem do Narragansetu. Niestety, podobnie jak dzisiaj Fu Klub, nie chciał być „biforkowy” tylko zatrzymać klienta na cała noc. To się nie może w Łodzi udać, bo nigdy się nie udało. Duuuużo bankructw tego dowodzi i Blu nie jest jedynym przykładem.

Trochę szkoda, bo crowd był całkiem w porządku, muzyka nie raniła nadmiernie uszu (z kilkoma tylko wyjątkami), sofy całkiem wygodne a i miejsce przywołujące rzewne wspomnienia po latach 90. Można by jeszcze zajrzeć kontrolnie za jakiś miesiąc, ale nie wiem, czy ktoś da się namówić. Szczególnie po moich piątkowych występach towarzyskich, które zdecydowanie jechały po bandzie. 🙂

Ile? :-)

2012-04-11

Jak myślicie:

1. Ile on kosztuje?

2. Ile kosztowałoby zrobienie się na takiego? 🙂

Starość w Narraganset

2011-10-09

Miecia zastosowała wszelkie dostępne sposoby, z szantażem emocjonalnym i naciskiem fizycznym (specjalnie wpadła o dwudziestej w celach przekonywawczych) na czele. Wszystko po to, żeby wyciągnąć mnie do Narragansetu.

O tym, że będzie źle, wiedziałem już chwilę po przejściu przez drzwi. Nie jestem w stanie wytrzymać takiego naporu kobiet, których było chyba więcej niż facetów, jak na klub gejowski przystało.
Udało mi się kupić jakimś cudem drinka, ale niestety nie udało mi się go wypić. To znaczy udało mniej więcej połowę, pozostałą w trzech czy czterech odsłonach powylewały mi wzmiankowane wyżej kobiety z Brzezin i Łęczycy. Ocena optyczna, może być mylna. 😉
Na kolejnego czekałem jakieś 20 minut. Dzieci za barem biegały jak koty z chorymi pęcherzami, ale jakoś mało skutecznie. Na scenie krzyczała jakaś kolejna kobieta. Wreszcie stwierdziłem, że mam dość i trzeba się stamtąd ewakuować. Ślęczenie pół nocy przy barze zakrawa na absurd. 🙂

W taksówce myślałem przez chwilę, że może po prostu „wyrosłem” już z sobotniego wychodzenia w świat. Postanowiłem to zatem sprawdzić w praktyce i zmieniłem zamówienie u kierowcy – pojechałem w miasto zamiast do domu. Urokliwa rozmowa w kolejce do barku w Warzywach i Owocach od razu poprawiła mi humor. Cytując klasyka „i cóż, że hetero”. Później przeniosłem się do Łodzi Kaliskiej, po drodze zahaczając o jakieś miejsce, którego nazwy nie pamiętam. Tam spotkałem kilku znajomych, dawno zresztą niewidzianych i do chałupy wróciłem w świetnym humorze o brzasku.

Teraz, na lekkim kacu, przyszło mi na myśl jeszcze jedno wytłumaczenie. Skoro wśród ludzi jest mi dobrze, kluby londyńskie uwielbiam, w krakowskim Ciotonie szaleję do rana – to może po prostu nie odpowiada mi towarzystwo ELW & ESI? Może sam fakt obecności gejów wokół nie jest już dla mnie wystarczająco interesujący i potrzebuję jakiegoś surplusa?

Albo, niczym jedna z postaci z „Pret-a-porter”, po prostu potrzebuję stołu i krzesła. Et voila.