Archive for the ‘Filmy’ Category

Mapplethorpe

2016-06-30

Chodzenie na filmy o dawno nieżyjących ludziach to rozrywka tyleż specyficzna co kiepska. Tym razem nie było inaczej. Na sali kilkadziesiąt starych kobiet i kilkunastu starych mężczyzn. Był też jeden hipster i to wraz z nim zaniżałem średnią wieku. :-/ W trakcie oglądania, szczególnie w drugiej połowie, atmosfera stała się przyciężkawa. Odwróciłem się i zlustrowałem widownię. Uświadomiłem sobie, że siedzą na niej kobiety po przejściach i faceci, którym udało się nie wymrzeć na AIDS. Przyszliśmy wszyscy zobaczyć film o wielkim artyście, który nie miał tyle szczęścia. „It’s like in the 60s, but less hope”. W zasadzie „no hope”.

A sam film? Nie dowiedziałem się z niego niczego, czego nie wiedziałbym wcześniej. Ale jako że jest to postać zupełnie już zapomniana – HBO należą się pokłony za sfinansowanie tej produkcji.

Reklamy

Nie za panterę

2010-12-17

Media twardo pakują Blake’a Edwardsa do szuflady z serią komedii „Różowa Pantera”. Tymczasem to wcale nie za to go kochaliśmy, bo z całym szacunkiem była to seria zrobiona „dla chleba”.

Jeśli już koniecznie musi być taka prawdziwa komediowa komedia, to niewątpliwie najlepszym jego filmem był „Switch”, który co jakiś czas sobie przypominam. Fanem Edwarda będę jednak przede wszystkim za „Victor/Victorię”, jeden z najlepszych i najzabawniejszych musicali powstałych po okresie „musical era” w Hollywoodzie.

Osobiście nie bardzo lubię „Śniadanie u Tiffany’ego”, ale jestem tu w dobrym towarzystwie… samego Edwardsa, który kilkakrotnie wspominał publicznie, że nie podobał mu się przymus zmienienia fabuły z gejowskiej na heterycką. Ale z drugiej strony – za co byśmy wtedy pamiętali Audrey Hepburn? Co tysiące ludzi wieszałoby na ścianach zamiast słynnego postera z długą fifką?

1922-2010
Blake Edwards

GO!

2010-07-23

Tym uroczym cytatem z Mirandy Priestly zaznaczam dwa filmy na które iść trzeba. Pierwszy wejdzie na ekrany dopiero na przełomie lipca i sierpnia, ale na Ferzana Ozpetka to można i latami czekać a nie tylko tygodniami:

A drugi mam nadzieję już widzieliście, ja miałem dziurę kinową w związku z urlopem w Lądą:

Coco Chanel

2010-05-22

Zamiast załatwiać poważne sprawy spędziłem noc przy filmie „Coco Chanel” (może bym i sprawdził oryginalny tytuł, ale wyjątkowo mi się nie chce). Nudziarstwo i strata czasu niestety. No i kolejny dowód na to, że Audrey Tautou jest kompletnym zerem aktorskim, drewnianą kukłą z czarnymi oczami i tyle.

Do zobaczenia

2010-05-10

PS. A dzisiaj – w ramach walki z depresją – 12-letni Glenfiddich i przesłuchania do Britain’s Got Talent. 🙂

Klub Szalonych Dziewic

2010-03-19

Gdy po raz pierwszy wpadł mi w oko ten infantylny tytuł, miałem same najgorsze przeczucia. Nie poprawiały ich informacje, że serial jest oparty o uznany format z Beneluxu – w końcu TVN umiał zarżnąć w pierwsze dziesięć minut tak genialnego samograja jak „Ugly Betty”.

Obejrzałem cztery odcinki (oczywiście nie jestem idiotą żeby polować na jakieś tam dni i godziny – wszystko leży w VOD Onetu) i rozczarowanie nieco zmalało. Serial jest idealną papką relaksacyjną. Problemy bohaterek wpadają nam do głowy i natychmiast z niej wypadają. Zrobiłem sobie zabawę: wskaż po krótkim czasie co wydarzyło się w poszczególnych odcinkach. Rzecz jasna nie pamiętam niczego poza Jakubem Wesołowskim biegającym po ulicy w bokserkach (odcinek drugi). Żeby jeszcze miał trochę bardziej owłosione nogi, miałbym mocny powód do zachęcania do tego filmu. Potem jednak TVN poszedł w papkę i przestał go rozbierać – w związku z tym, będąc piętnaście minut po obejrzeniu czwartego odcinka kompletnie nie pamiętam co się w nim wydarzyło. Jedna z bohaterek pojechała na jakieś zadupie i przeżywa. That’s all.

To nie będzie hit, bo jest za nudny. Rozbisurmaniony mnóstwem legendarnych już amerykańskich seriali nie jestem w stanie ścierpieć przaśności, płytkości i totalnie drewnianych aktorek z Buchowiec na czele. O Darwinie, ona wygląda jak po botoksie będąc przed trzydziestką!
Postaci są skrojone źle i niczym się nie charakteryzują. Po czterech odcinkach nie dość, że nie rozróżniam, która z tych bab jest która, o imionach już nie wspominając, to na dokładkę widząc je na ekranie nie potrafię skojarzyć jaki niby ma być ten jej postaciowy główny problem.

A zatem: można sobie w czasie robienia obiadu puścić w tle ten serialik, ale nic więcej. Polować na to cudo nie warto.

„Klub Szalonych Dziewic”, TVN 2010

Nine

2010-02-09

To jest baaardzo zaległa notka, ale ja po prostu bardzo nie lubię tracić czasu na pisanie o złych filmach złych reżyserów.
Rob Marshall jest reżyserem złym (co jeszcze ujdzie, wielu jest) a na dokładkę nudnym (a to jest już niewybaczalne). Nigdy nie dołączyłem do chóru piewców „Chicago” i nadal nie zamierzam – jedyną rzecza wyróżniającą filmy Marshalla od reszty chłamu są filtry na kamerze, podbijające pastelowe nasycenie kolorów, co ma udawać styl lat 30. lub 60. Może nawet by mi się to spodobało, gdyby nie fakt, że już widziałem znacznie lepsze wykorzystanie tego efektu wizualnego. W serialu „Mad Men” kablówki AMC.

„Nine” jest opowieścią o reżyserze, który stracił swoją pomysłowość i umie już tylko robić dobre wrażenie. No jak Marshall po prostu. Jeżeli ktoś koniecznie chce się pomęczyć, proszę bardzo. Dla mnie jednak jest to film o Teresie dla Raczka. O Teresie, bo ona przechodzi kryzys wieku średniego równie źle i z równym brakiem klasy jak filmowy Guido Contini. Dla Raczka, bo tylko on umie docenić ułudę tych nieszczęsnych pasteli. I nie zrzygać się od miałkiej historii w tle. W końcu „Avatar” mu się podobał. 😉

Jedyną aktorką, która ratuje to filmidło przed kompletnym zapomnieniem, jest Marion Cotillard. To jest ten typ baby, która w chwili pojawienia się na ekranie natychmiast przykuwa uwagę i co lepsze – utrzymuje ją. Nic poza nią już sie wtedy nie liczy. A i jej piosenka jest najlepsza w całym filmie. Tyle tylko, że Cotillard wystąpiła w wielu lepszych filmach i naprawdę nie trzeba męczyć się na badziewiu od Marshalla, żeby ją obejrzeć.

Największe rozczarowania: płaska Sophia Loren i zupełnie nijaka Judi Dench. To dopiero trzeba się narobić, żeby spieprzyć taką aktorkę jak ona!

Moim zdaniem: szkoda czasu.

Nine - Marion Cotillard

Bob Marshall „Nine”, Weinstein Company 2009

Klęska Flash Forward

2009-11-26

No proszę, nie minęły jeszcze nawet trzy tygodnie od mojego wpisu na temat najnowszego badziewia sieci ABC a już mój czarny profetyzm zadziałał. Zamiast wykreowania nowego „Lost” ABC wpakowało kupę kasy w nudziarstwo, którego nawet Amerykanie nie chcą oglądać. Telespece błyskawicznie zorientowali się, że to cudo nie dość że jest do dupy to jeszcze przynosi straty.

Pożegnajcie się zatem z Flash Forward zanim zdążyliście na dobre się przywitać. Bedzie więcej kasy na „Desperate Housewives” i czwarty sezon „Ugly Betty” – jak tu się nie cieszyć? 🙂

PS. I dobrze im tak. ABC należało się za zamknięcie uroczego i przezabawnego „Dirty Sexy Money”!

Nocny słuchacz

2009-11-22

Rzadko mi się zdarza recenzować naraz zarówno książkę jak i film, ale tym razem ułatwiło mi to zadanie. Po lekturze powieści Maupina byłem usatysfakcjonowany gdzieś tak na 80%. Obejrzenie koszmarnie złego, nudnego i bezsensownego filmidła z Robinem Williamsem (to ten spec od ról nauczycieli i przewodników życiowych) automatycznie poprawiło ocenę książki.

Nocny słuchaczW powieści Armisteada Maupina znajdujemy dwa rdzenie. Pierwszy to fabuła – prosta, przewidywalna, nieco manieryczna, w gruncie rzeczy mało interesująca. Ot, słynny radiowiec zaczyna nocne rozmowy z 14-latkiem, który przez całe dzieciństwo był sprzedawany przez swoich rodziców pedofilom obojga płci, filmowany, zaś filmy te sprzedawano. Chłopak napisał o tym książkę. Opis brzmi drastycznie, w rzeczywistości jednak wątek jest nudny jak moje kalesony i trzeba sporej dozy silnej woli, żeby nie zacząć przerzucać kartek dalej.

Drugi rdzeń jest majstersztykiem. Opisuje bowiem linearnie historię wielkiej miłości (i równie wielkiego jej upadku) czterdziestoletniego Gabriela Noone’a do dwudziestoletniego Jessa. Patrzymy na kolejne osiem lat ich życia. Typowość układu starszy-młodszy rozbijają dwie rzeczy. Po pierwsze młodszy Jess jest nosicielem HIV i w pewnym momencie o mało co nie wyniósł się z tego świata. To dość drastycznie zmieniło jego nastawienie do życia, związku i swojej przyszłości. Gabriel Noone był jego jedyną podporą – bez względu na to, czy weźmiemy pod uwagę (bezpieczny) seks, zarabianie na życie czy też podawanie basenu podczas stadium prawie terminalnego.
Po drugie, Gabriel Noone w swoim związku z Jessem znajdywał preteksty, inspiracje i pomysły do swoich kolejnych radiowych opowieści; wysysał z niego intensywne emocje i przerabiał artystycznie. Słuchowiska przyniosły mu sławę, pieniądze i poważanie. Nie ma tu zatem jednoznacznego przepływu wyłącznie pozytywnych zdarzeń czy emocji – obaj przez ten czas wyciągali ze swojego związku coś, czego potrzebowali. A potem nagle pękło i pięćdziesięcioletni Noone probuje zrozumieć, dlaczego tak się stało.

Książka Armisteada Maupina to nie tylko opis ale i dogłębna wiwisekcja umysłu starzejącego się geja. Dowiemy się z niej, w jaki sposób zmieniają się priorytety, na czym polega niebezpieczeństwo poczucia bycia zbędnym, w jaki sposób zmienia się postrzeganie świata (a właściwie dwóch światów – hetero- i homoseksualnego). Mamy poczucie, że uczestniczymy w powstawaniu ogólnej idei na czym ma polegać sens życia po pięćdziesiątce. Ze strony Jessa zaś widzimy szybką naukę czym jest życie, na czym polegać może związek z kimś znacznie starszym od siebie; jakie są jego zalety, wady i ograniczenia.

I w tym wymiarze powieść Maupina jest wybitna. W polskiej literaturze praktycznie nie ma odpowiednika, jeśli pominiemy bełkotliwe „Milczenie” Stryjkowskiego.

A film? Otóż film skupił się na opisywanej na początku fabule, której treść można streścić w kilku zdaniach. Nie podam zakończenia, bo o ile już po kwadransie oglądania filmu znamy finał, to zepsułbym przyjemność czytania powieści. W niej bowiem, gdy wątek 14-latka staje się uzupełniający, nie przeszkadza zanadto. W scenariuszu staje się totalnym gniotem ze słabym aktorstwem (Williams gra dwiema minami, włócząc się w kufajce i czapce z kąta w kąt; dobra jest w zasadzie tylko Toni Collette, która autentycznie straszy i przeraża), zerem fabuły, brakiem jakiegokolwiek zaskoczenia i drewnianym Jessem (Bobby Cannavale), który w filmach może służyć wyłącznie jako element ozdobny, dekoracja, coś w rodzaju paprotki w kącie. Film jest autentycznie beznadziejny i co gorsza psuje do cna przyjemność i chęć przeczytania powieści Maupina. Dlatego werdykt brzmi:

1. „Nocnego słuchacza” z Robinem Williamsem absolutnie nie wolno oglądać
2. …jak już musisz, bo czujesz, że twoje życie od tego zależy: NIE PRZED przeczytaniem książki…
3. …która jest rzeczą wartościową i wartą poznania.

Armistead Maupin ”Nocny słuchacz”, Wydawnictwo Literackie 2009

Patrick Stettner „Nocny słuchacz„, Hart Sharp Entertainment / Miramax Films

Flash Forward

2009-11-06

Teresa już tak od tygodnia płakała mi w rękaw, że jej życie jest nonsensowne, nudne, bez sensu i w ogóle do dupy, ponieważ cierpi na brak filmów sajens-fikszen. To co grają w kinach woła o pomstę do nieba, trzeba było zatem zajrzeć do moich przepastnych archiwów.
Zajrzałem. I nic nie znalazłem.

Powracając do przyszłości doszedłem do wniosku, że nie ma chyba gorszego serialu SF niż Heroes, odpadli zatem w przedbiegach. O, jakże się myliłem… Heroes mają przynajmniej tego ćwierćinteligentnego Japończyka, który rozbija konwencję przewidywalnego i w gruncie rzeczy nudnego scenariusza. We „Flash Forward” nawet tego nie ma.

Dajcie sobie spokój z nabijaniem kabzy AXN-owi na tę głupią pseudoankietę czy mają to puszczać z lektorem czy napisami. Najlepsze jest chyba trzecie wyjście: nie puszczać wcale. I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć na dzisiaj.