Archive for Czerwiec 2010

Złe dni

2010-06-29

W gruncie rzeczy kobiety mają łatwiej: rzucają tekst z tytułu i już mogą odwalać co chcą. Co absolutnie nie oznacza, że chciałbym się z nimi zamienić miejscami.

Mam wyjątkowo złe dni. Po pierwsze kompletnie bez sensu przyjechałem w sobotę po południu do Łodzi – trzeba było zostać i obejrzeć coś jeszcze, skoro mój ex stał się tak dobrym przewodnikiem (o piątkowym wieczorze może jeszcze coś napiszę). Niestety, już po dwóch kwadransach w Art Cafe wiedziałem, że będzie koszmarnie i potem z podziwu godnym masochizmem odhaczałem w myślach kolejne punkty. Gdyby nie problem z niedogadaniem SMS-owym, zniknąłbym już po godzinie. I byłaby to najlepsza rzecz, jaką mógłbym zrobić w weekend.

Po drugie, niedziela była niewiele lepsza, doprawiona tylko nadmiernym kacem. Aż mi się nie chce wymyślać wysublimowanych zdań na jej temat – było, minęło, oby się nie powtórzyło.

Po trzecie, problemy z Wiedźmą powoli zbliżają się do momentu, gdy moja psychiczna wytrzymałość padnie. Mam mimo to nieodparte wrażenie, że jest znacznie silniejsza ode mnie i wbrew pozorom – odważniejsza.

W pozycji wertykalnej trzyma mnie już tylko udany zabieg matki i… wtorkowa randka. Jeśli nie wyjdzie, zamknę się w domu na trzy dni i posprzątam – niech coś dobrego z tego przynajmniej wyniknie.

Cała prawda o religii

2010-06-28

Stare ale jare:

El Presidente

2010-06-25

Warszawskie kluby mają to do siebie, że z jednej strony udają wypierd mamuta a z drugiej – nie mają pojęcia jak organizować imprezy, które nie byłyby fascynująco wsiowe. Taki też jest El Presidente, do którego dotarłem w celu obejrzenia prac Yoli Kudeli, którą uwielbiam miłością nieskończoną. Ale byłoby miło, gdyby organizując event z niedorzeczną licytacją właściciele zapłacili najpierw rachunek za światło. Oglądanie obrazów w półmroku rozjaśnianym kilkoma żarówkami podłączonymi – jak zrozumiałem – do samochodowych akumulatorów, naprawdę mija się z celem.

Abstrahuję już od faktu, że tzw. warszawska elyta nie ma należy chyba do najbogatszej, skoro jedynym przedmiotem, który ktoś wylicytował na rzecz – a jakże – biednych dzieci skądś tam, była książka za 140 zł. Zareklamowana zreszta cudownie przez autora w „rozmowie” z jakimś chłopcem, gwiazdeczką TV Puls, który o licytacjach nie miał zielonego pojęcia, ale przynajmniej był ładny:
Autor: Ile napisano książek o czarownikach?
Chłopiec: mnóstwo.
Autor: a ile o krasnoludach i elfach?
Chłopiec: całe biblioteki.
(… – szkoda czasu)
Autor: a o kosmitach?
Chłopiec: do czego prowadzi to przesłuchanie?
Autor: A ile postało książek o pintifluszkach i prostoruszkach? (cytat przekształcony, przecież nie będę takich bzdur zapamiętywał)
Ja z dołu, bo już nie wytrzymałem: Wygląda na to, że o jedną za dużo.

Potem próbowano sprzedać urokliwe przeżycie w postaci jazdy samochodem z jakimś panem, którego nazwiska nie pamiętam i jakiś manieryczny obrazek (nie Yoli) popełniony przez kogoś, kogo nazwiska również nie pamiętam i nie zamierzam pamiętać.

Wychodząc zapowiedziałem Wiedźmie, że do końca życia się nie wypłaci za te 100 minut kompletnie zmarnowanego przeze mnie życia.

A potem ex stanął na wysokości zadania i WRESZCIE, PO 7 LATACH zorganizował nam najlepszą w moim życiu wycieczkę po Warszawie. I nic to, że zimno, że siąpił deszcz. To absolutnie w niczym nie musi przeszkadzać. Krakowskie Przedmieście po remoncie i z dwoma (wysokimi) przewodnikami, mającymi hopla na punkcie historii i architektury miejskiej okazało się czymś niezapomnianym. Urokliwa mżawka dodawała tylko ulicom magicznego spleenu a fantastyczne Przekąski i Zakąski stały się od tego momentu moją idee fixe, którą gdzieś kiedyś zrealizuję.
Długi bar, dowolny napitek w cenie 4 zł, dowolne (pyszne!) żarełko po osiem, niesamowita atmosfera tworzona przez stado ludzi, którzy wpadali na dwie czy trzy lufki wódki z zagrychą no i rzecz jasna nasz fantastyczny kącik, w którym nikt nie patrzył na to, kto co zamówił przed chwilą, czego skutkiem była bateria kieliszków sięgajaca w pewnym momencie 30 sztuk. Zostawiliśmy tam jakieś niedorzeczne pieniądze, o których tryndowe kluby Warszafki mogłyby tylko pomarzyć.

Randka z papierosem na zewnątrz z cudnym heterykiem spowodowała, że wreszcie rozumiem, dlaczego Sylwia od lat rwie tylko w tym targecie. Na wszelki wypadek zapytałem Wiedźmę, czy on rzeczywiście był śliczny czy to te pięć lufek zadziałało. „Naprawdę był przystojny” – uspokoiła mnie Wiedźma, upuszczając w pijackim widzie i komórkę, i torebkę i – o zgrozo – papierosa.
Whatever.

Wyszliśmy w absolutnie idealnym, najlepszym momencie, gdy na każdym metrze wolnej przestrzeni pary w składzie różnorakim zaczęły ze sobą tańczyć, śpiewać i szaleć. Od lat wiemy bowiem, że z najlepszych imprez należy wychodzić wyłącznie w szczytowym ich momencie; tylko wtedy wspomnienia są perfekcyjne i niezapomniane.

Po raz pierwszy w historii z moich ust padło zdanie „Warszawa da się lubić” bez zabarwienia ironią czy złośliwością.

Kolejny spacer pod kolumnę Zygmunta, potężna dawka informacji o mostach i prawobrzeżnej Warszawie i spokojny finał w kiczowatym do bólu Queer. Byłoby jeszcze fajniej, gdyby happy night z Wyborową istniał nie tylko na reklamie, bo „wyborowej nie dowieźli”. To hasło przystojnego barmana było przysłowiową kropką nad „i”, po której spokojnie wsiedliśmy w taksówkę i pojechaliśmy dorżnąć się w domu jakimś Ballantinesem.

A M., współlokator exa, starzeje się cudownie i wciąż sobie pluję w nieistniejąca brodę, że nie wyrwałem go w tym jednym jedynym momencie, kiedy miałem na to parę lat temu spore szanse.

A dzisiaj randka z Aktorzycą i, rzecz jasna, PRAGA!

(a prezentacja poszła się paść, no jaka niespodzianka)

PS. Na koniec łyżka dziegciu, po którym mogę tylko napisać: Bączkowski musi odejść.

Koniec wyborów

2010-06-22

Wreszcie znalazłem czas, żeby usiąść z kartką papieru oraz długopisem i policzyć procenciki. Jak by nie dodawać widzę, że wybory już się skończyły i kraj nadwiślański będzie cieszył się kolejnymi pięcioma latami ciamkającego kurdupla.

Co zresztą znacznie ułatwiło mi planowanie najbliższych, mocno wyczerpujących, tygodni. Bo to i Wawa kilka razy, i Londyn, który siłą rzeczy będę musiał jednak skrócić, i sporo dziwnej pracy do wykonania no i za wszelką cenę muszę poupychać w tych nędznych 24 godzinach na dobę czas na randki. Chwilowo z jednym potencjalnym kandydatem, że tak rozczaruję niedoszłych chętnych.

Nie mam pojęcia, kiedy skończę „Bierki”, ale udaje mi się zwykle przy porannym siedzeniu w sraczu zaliczyć po 2-3 strony tego wybitnego dzieła literatury polskiej, zatem przewiduję recenzję w okolicach września. Gdzieś po drodze muszę też dokładnie przeczytać Art Pride, w którym miłą niespodzianką jest poświęcenie jednej strony Izanagiemu, którego obrazek wisi sobie w moim przedpokoju obok Yoli Kudeli.

Skończyło się kilkudniowe tournee SleezyScreenName’a po Łodzi (właśnie w tym momencie powinien wsiadać do pociągu, jeśli nie pojechał na Radogoszcz zamiast Kaliską). Chłopię urocze aczkolwiek nieprzystające do standardów – nie dość, że z nim się „nie rucha”, tylko „trzeba chodzić” (legendarny już mejl w poczcie wewnętrznej Fellow) to na dokładkę element wstępny musi potrwać jakieś dwa miesiące. Co przy jego ADHD – objawiającym się lataniem jak kot z pęcherzem od San Francisco przez Londyn do Melbourne – staje się poważnym wyzwaniem logistycznym, jeśli potencjalny kandydat nie byłby stewardem w British Airways. 🙂
No ale trzeba przyznać a i wszystkie koleżanki z pedalskich klubów to potwierdzają – facet jest zajebisty. Możecie mi zazdrościć tych jego porannych i wieczornych wycieczek w bokserkach po całym domu. I po raz drugi w życiu widziałem faceta, który do pokoju wchodził bokiem, bo normalnie przez bary i biceps by się w drzwiach nie zmieścił.

Bytność SSN uświadomiła mi, że muszę wymyślić jakiś sposób na składowanie rzeczy Lucy, bo przecież ich nie wyrzucę a do pokoju gościnnego praktycznie nie da się wejść. Wywożenie ich do Londynu po odrobinie mija się z celem, bo skończyłoby się w okolicach końca drugiej kadencji żary kaczyńskiej. Any ideas?

W międzyczasie muszę zaksięgować miesiąc (ch*j z majem, najwięcej problemów czasowych będzie z czerwcem), skończyć dwie prezentacje obiecane miesiąc temu i nie umrzeć w tym czasie z przepracowania.

Zdecydowanie wolałem lajfstajl klasy próżniaczej niż inteligencji pracującej.

Nareszcie

2010-06-19

Po latach całych nareszcie pijacka noc w FouFou przyniosła jakiś sensowny efekt: umówiłem się na randkę. Ale rozumiecie, na taką prawdziwą randkę: w dzień, bez alkoholu, jeszcze tylko wybór jakiegoś sensownego miejsca i zrealizuję heteronormatywny sen, za co najprawdopodobniej Metka mnie oskalpuje. 🙂

A jednak Napieralski

2010-06-18

Szybka sonda wykazała, że wśród moich znajomych wygrywa Napieralski. Zdaje się, że słabną moje siły przekonywawcze.

Alkohol ratuje zdrowie

2010-06-18

Nie ma chyba przyjemniejszej wiadomości tuż przed weekendem od takiej, która pozwala nam z czystym sumieniem się urżnąć!

Picie alkoholu chroni przed chorobami stawów

Grzelak kontra Polska

2010-06-15

No proszę, jak to miło czasem otworzyć Onet czy Wirtualną a potem pogrzebać w czeluściach serwera Europejskiego Trybunału Praw Człowieka. Polandia właśnie przegrała sprawę wytoczoną przez Grzelaków. W wyroku uznano, że brak zapewnienia lekcji etyki w szkołach dla osób niewierzących łamie wolność wyznania i przekonań. Jeżeli ktoś z was ma ochotę przegrzebać się przez cały wyrok, oto plik Worda:

Grzelak v. Poland

PS. Pod notką wyborczą Metka dołożył wielki komentarz. Co prawda po wywaleniu wszystkich części niemerytorycznych (na przykład tych o moim kretynizmie politycznym) niewiele zostaje, ale coś jednak zostaje. Poczytajcie sobie. 🙂

Wybory

2010-06-14

Parę osób już mnie zapytało, jakim cudem nie napisałem jeszcze nic o wyborach prezydenckich. W końcu zawsze coś się na takie tematy pojawiało. A ja po prostu nie bardzo wiem, co mam zrobić.

Nie jestem w stanie znieść Napieralskiego w żadnej postaci. Jest to persona, która nigdy nie dostanie mojego głosu, choćby się waliło i paliło. Szmajdzińskiemu może bym i pomógł, ale temu cwaniaczkowi – nie. I w tym momencie sami już rozumiecie, że „Houston, mamy problem”.

Plankton polityczny zwykle mnie interesował, ale już nie tym razem.

Przeczytałem wywiad z Kingą Dunin na Innej Stronie, wskutek czego jestem już całkowicie przekonany, że coś jej poszło nie tak z klepkami w głowie. Są dwie rzeczy w życiu społecznym, których nigdy nie akceptowałem i już na starość nie zaakceptuję: absencji wyborczej oraz świadomego oddawania nieważnego głosu. Do czego Dunin namawia. Tyle, że ja byłem kilkakrotnie członkiem komisji wyborczej i doskonale wiem, co się z takimi głosami dzieje. Lądują na kupce pod kartonikiem „ŚMIECI”, razem z „listami do redakcji”, wierszykami, rysuneczkami i innym gównem. Nikt tego nawet nie czyta, bo w środku nocy wszyscy myślą o jak najszybszym zakończeniu pracy a nie zgłębianiu wypocin bez właściwego krzyżyka w kratce. Szkoda czasu na łażenie do lokalu wyborczego w kwestii takich niedorzecznych „sygnałów obywatelskich”.

Kiedyś Henryka Bochniarz powiedziała świetną rzecz: „nigdy nie jest głosem zmarnowanym pokazanie, w jakiej Polsce chcemy żyć”. Ale wśród kandydatów w obecnych wyborach nie ma nikogo, kto oferowałby Polskę w jakiej chciałbym żyć.

Patrząc na to, co się wokół dzieje widzę wyraźnie, że istnieją tylko dwie opcje. Albo Komorowski wygra w pierwszej turze, albo po drugiej będziemy mieli prezydenta kaczyńskiego. Cały elektorat lewicowy i radiomaryjny, łącznie będzie to jakieś 12-14% głosów, przeniesie się na pisofaszystę. Bo to jest to samo proautorytarne lewactwo, tylko jedno rozmodlone a reszta mniej. Głupie zaś – w całości.

I dlatego, jeżeli nie będzie jakiejś kolejnej bomby, zagłosuję na Komorowskiego. Prawdopodobnie się nie uda i trzeba będzie dalej wprowadzać w życie plan emigracji na początku przyszłego roku. Trudno.

A must see

2010-06-11

Czytam ci ja sobie te negatywne recenzje o Ars Homo Erotica, czytam i naprawde nie wiem, jak by to skomentować bez wulgaryzmów. No to może zacznę tak:

Polskie muzea są z definicji puste, nudne i bez sensu. Wszystko co dobre, znajdziemy w Moskwie, Berlinie, Londynie czy Paryżu. Głównym obiektem kultu jest w tym kraju „Dama z gronostajem”, która wygląda ze swoją łapą jak efekt ciężkiej kuracji czernobylskiej. Najlepsze dzieła polskich artystów również znajdziemy częściej w Neue Nationalgalerie czy Pompidou a nie tutaj. My tu mamy skanseny, obrazki Malczewskiego i Dorotę Nieznalską walczącą o prawo chujów do bycia krzyżowanymi. No i odgrzebujemy tę nieszczęsną Kobro przy każdej możliwej okazji, do znudzenia.

A wy tu oczekujecie, że nagle MN powali was na kolana i z tych resztek pozostałych po dwóch wojnach, PRL-u i cięciach budżetowych coraz większych z roku na rok w wolnej Polandii – zrobią wam legendarną wystawę, która wstrząśnie Europą. No więc nie zrobią, bo po kulturę to się jeździ do cywilizacji a nie Kazachstanu.

Ars Homo Erotica jest pomnikiem biedy polskich muzeów, ale mimo wszystko warto zobaczyć eksponaty, których nie wygrzebywano z podziemi od X lat. Dla samej zasady zapoznania się z tym, czego dotychczas nie pokazywano z powodów różnych, często homofobiczno-katolskich, czasem ze względu na niekoniecznie najwyższą klasę dzieł. Ale ktoś kiedyś te rzeczy dla MN kupił lub mu podarował a oni tego na śmietnik nie wyrzucili. Za każdym stoi mniejsza czy większa historia. Pewnie, że każdy by wolał na wejściu Pollocka zachlapanego spermą. Ale po to to trzeba by pojechać do MoMy a nie Wawy.

Gdy chcę zobaczyć dobry musical – jadę na West End a nie do Romy. Gdy chce zobaczyć powalające nas kolana aktorstwo, jadę na Judi Dench a nie powtarzalną Jandę. Gdy chcę zobaczyć gówno artysty, jadę do Tate Modern. Gdy chcę sobie pokwękać „słaby ten Rubens, słaby”, jadę do National Gallery. Gdy marzę o obrazkach da Vinciego czy impresjonistów – jadę do Luwru czy Musée d’Orsay. Jeśli będę chciał rzucić okiem na rewolucyjną sztukę gejowską, pojadę do Amsterdamu.
To tam a nie tutaj znajdziemy kwintesencję europejskiej kultury.

Tutaj znajdziemy tylko jej ścinki. Ale jak na taki kraj – to i tak ogromny krok wbrew głównym nurtom. Jak chcecie sobie naprawdę ponarzekać, przyjedźcie do Łodzi na jedyną w swoim rodzaju stałą wystawę „Łódź katolicka”. To sobie dopiero poużywacie artystycznie i intelektualnie.

A na razie – marsz na Aleje Jerozolimskie i proszę nie zrzędzić.

Ars Homo Erotica

„Ars Homo Erotica”, Muzeum Narodowe w Warszawie, 11.06 – 05.09.2010