Archive for Wrzesień 2009

Za co kochamy Corinne Maier

2009-09-28

„Pragnienie dziecka dodaje skrzydeł ludziom o marnych perspektywach. Urastające do rangi świętości dziecko staje się dla wielu głupców lub naiwniaków brakującym ogniwem w łańcuchu między człowieczeństwem a nieskończonością.”

Ale to nie jest rdzeń ksiązki. Corinne Meier prościutkim acz zabawnym językiem rozprawia się z mitami nawpychanymi nam do głów przez marketing producentów pieluszek, kredek, iPodów i tak dalej. Robi to w sposób doskonale przystosowany do dzisiejszych czasów: książeczka może sobie stać w kiblu a przeczytanie każdego rozdziału zajmuje dokładnie tyle czasu ile tracimy siedząc na tronie o poranku. Tylko w przeciwieństwie do pustych przebiegów na sedesie w tym przypadku coś zostaje w głowie. Wspomnienie uśmiechu ale i odrobina prawdy o życiu; prawdy, której w mass-mediach nie uświadczysz.

Corinne Meier, „Żadnych bachorów. 40 powodów, by nie mieć dzieci.”, Gruner+Jahr Polska 2008

Almodovar stał się Lupą

2009-09-27

Jakimś cudem nie zwróciłem wcześniej uwagi na fakt, że ostatni film Almodovara miał premierę wiele miesięcy temu i nie wywołał żadnych szczególnych reakcji. Tymczasem już to powinno uruchomić mi w głowie dzwonek alarmowy, że ten film jest po prostu zły. Nie uruchomił. Był.

Almodovar stał się hiszpańskim rozwlekłym Krystianem Lupą. Kiedyś, gdy zaćpany Pedro był biedny, chudszy i nie zabierał się za produkcję, tworzył filmy szybkie, sugestywne, z jakąś myślą. No i oszczędzał – zapewne z powodu kosztów – taśmę. Dzięki temu powstały tak rewelacyjne dzieła jak campowy „Labirynt namiętności”, szokujący brylancik w postaci „Prawa pożądania” czy bosko kiczowata „Kika”. A potem Almodovar się zestarzał, spasł, przejął w swoje ręce praktycznie cały proces produkcyjny łącznie (niestety) z montażem i zaczęły się gnioty.

Od początku XXI wieku Almodovar kręci same słabe filmidła. Zaczął beznadziejnie niespotykanie nudną „Porozmawiaj z nią”, w której fabuły wystarczyłoby na jakiś kwadransik. Leży i śpi. Brzydal siedzi i się gapi. No rewolucja po prostu, przekładana rewelacją.
Kolejne filmy były podobne, choć rzecz jasna pojawiały się pomniejsze wzloty i upadki. Dla mnie osobiście najprzykrzejszą wpadką było „Złe wychowanie”, bo udało mu się spieprzyć i zarżnąć cudowny temat. Geje widzą to dopiero przy drugim oglądaniu, bo temat jest dla nich na tyle ważny i nośny, że podczas pierwszego siedzą jak urzeczeni.

„Przerwane objęcia” są jeszcze nudniejsze niż „Porozmawiaj z nią”, co brzmi wręcz nieprawdopodobnie. A jednak. Penelopa chodzi i maluje oczy. Pauzy, pauzy, pauzy…
Gdy pod koniec pojawia się scena w kawiarni, to najpierw przez jakieś pół minuty mamy film instruktażowy, prezentujący na czym polega obsługa kelnerska. Stawia chłopak te butelki, stawia te szklanki, stawia buteleczki, kładzie coś tam jeszcze i wszystko to trwa jak już wspomniałem co najmniej 30 sekund.
I cały ten film jest dokładnie taki; gdy budziłem się czasem z letargu, miałem ochotę wstać i wrzasnąć: CZY W TEJ HISZPANII MONTAŻYSTOM UKRADLI WSZYSTKIE NOŻYCZKI?

Otóż zapewne nie było żadnego montażysty. Le grande artiste siedział sam i okazywał głębokie przywiązanie do każdej sekundy pauzy. A było tych sekund siedem i pół tysiąca. Po wywaleniu wszystkich zbędnych dłużyzn zostałaby może z godzina, ale… to wcale nie wyszłoby temu filmowi na dobre. Problem w tym, że fabuła jest banalna, bez żadnego zaskoczenia czy haczyka. Trzeba to było opatulić w te długaśne ujęcia, bo pewnie TVE płaciła za każdą minutę. Alternatywą było danie sobie spokoju z pomysłem.

Almodovar stał się Lupą, który również rozwlekłość i skłonność do zanudzania owija w ideę „wielkich dzieł scenicznych” trwających po 6-8 godzin. I są one dokładnie tak samo nie do oglądania. Lupę kochamy na odległość, nie marnując czasu na oglądanie jego produkcji, podobnie jest już z Almodovarem. Zachwycajmy się nim na odległość, ale nasza noga niech progu kina nie przestępuje.

A jeśli chcielibyśmy zobaczyć w miarę nowego niezłego Almodovara, to idziemy na „Viki Cristina Barcelona”. 🙂

Pedro Almodovar, Los abrazos rotos, El Deseo 2009, 127 min

Sutanna nie daje immunitetu

2009-09-23

Z ogromną radością przeczytałem dzisiejszą wiadomość o wygranej Alicji Tysiąc z księdzem Gancarczykiem, archidiecezją katowicką KK i „Gościem Niedzielnym”. Okazuje się, że wolność słowa ma jednak cywilizowaną granicę, którą jest – surprise surprise – wolność drugiego człowieka.

Gdy wiele miesięcy temu przeczytałem to ohydne zdanie na temat półślepej, wyniszczonej chorobą kobiety, którą katolicki klecha podsumował:
„Żyjemy w świecie, w którym mama otrzymuje nagrodę za to, że bardzo chciała zabić swoje dziecko, ale jej nie pozwolono.”, opatrując ten obrzydliwy wykwit chorego rozumu zdjęciem Alicji Tysiąc (do którego publikacji nie miał rzecz jasna praw, ale jaki klecha katolicki w tym kraju przejmuje się prawem?)
pomyślałem, że na ten kraj naprawdę trzeba zrzucić bombę atomową. A tymczasem…

Jestem zaskoczony pełnym uznaniem powództwa Alicji Tysiąc przeciw temu ohydowi w sukience. A przy okazji wiem, że musimy zapamiętać jeszcze jedno nazwisko: mecenasa Marcina Górskiego. Jego wiedza i doświadczenie każdemu z nas może się przydać, gdy trafimy na łamy gazet ze swoim zdjęciem, nazwiskiem i tytułem „Zwyrodnialec”.
(dr Marcin Górski jest partnerem w kancelarii Tataj Górski Adwokaci)

Link: Alicja Tysiąc wygrała proces z „Gościem Niedzielnym”

Tylko co ja bym sobie kupił za 30 tysięcy? Waciki?

Hipokryta Olechowski

2009-09-22

No, tego jeszcze nie grali. Ktoś z SD przekonał paru piskorczyków, że trzeba pójść w cioty, skoro sondaże wskazują na poziom poparcia bliski błędowi statystycznemu. Cioty są głupie, co udowadnia historia ich poparcia dla PiS, PO czy Cimoszewicza, więc łatwo można je orżnąć. Ale trzeba tak pójść w cioty, żeby nie zrazić homofobów ani też nie zobowiązać się do niczego sensownego lub – nie daj Darwinie – konkretnego. No i żeby nikt nie wywlókł, że Olechowski podczas kampanii prezydenckiej wyraźnie zapowiedział, że zawetuje ustawę o związkach partnerskich.

Zatem ci oślizgli hipokryci wynalezli w zakamarkach mózgów kolejny rewolucyjny pomysł: plan wprowadzenia tzw. przysposobienia osoby. Miałoby to być jakieś prawne dziwadło pozwalające „przysposobionym” na odwiedzaniu się w szpitalu.
Oczywiście nic z tego nie wyjdzie, bo niby czemu miałoby wyjść. W koncu to tylko z lekka ześmierdła kiełbaska podrzucona ciotkom.

A gdyby przeszło? Wówczas przez następne 50 lat nie byłoby w Polsce cywilizowanej ustawy o związkach partnerskich. Każda próba ich wprowadzenia kończyłaby się odpowiedzią: przecież macie przysposobienie.

Niech sobie Olechowski przyspasabia Piskorskiego na własną rękę. O tych mętnych postaciach polskiego chlewu politycznego już pisałem wcześniej, nie chce mi się powtarzać zatem zapraszam do archiwum: Andrzej Olechowski a geje.

OLED czy LCD

2009-09-22

W przerwie pomiędzy kłótniami z Urzędem Celnym zrobiłem sobie małą prasówkę i dotarłem do artykułu poświęconego technologiom ekranowym. Ponieważ planuję zakup telewizora z MPEG-4 w przyszłym roku, postanowiłem poszukać informacji nie tylko o znanej mi już kiepskiej technologii LCD ale i o tej nowince – organicznych ekranach OLED.

I doszedłem do wniosku, że nie zaczekam na niższe ceny OLED. Wychowałem się na horrorach klasy C – typu Stephena Kinga – i w związku z tym pozostały mi z dzieciństwa dwie traumy. Po pierwsze nie czytuję ani nie oglądam już ani thrillerów ani horrorów. I po drugie: wolę, żeby mój telewizor jednak był NIEŻYWY.

Tym sposobem kompletnie nonsensowne uprzedzenia do żywych ekranów OLED wpływają na potencjalny rozwój tego rynku. Bo jeden telewizor OLED kupiony w 2010 jest wart dla rozwoju technologii tyle ile tysiąc telewizorów w 2012. Ale to nie ze mną te numery. Mój telewizor ma być trupem a nie organicznym nie wiadomo czym co to kiedyś wstanie i zaproponuje mi kawę. 🙂

PS. Z tych samych powodów nie kupię Sony Ericssona Xperia X2, aparatu fotograficznego Nikon Coolpix S70 ani empetrójki Zune HD. Howgh.

Byłbym zapomniał

2009-09-21

Wszyscy na tak

Wstyd przyznać…

2009-09-17

…ale jakoś nie docierało do mojej świadomości istnienie czegoś w rodzaju internetowej kontynuacji „Inaczej”. Słyszałem plotę, że Polgej zamierza się zwinąć, nie wiem na ile prawdziwą, ale tym bardziej należy sie pospieszyć. Na początek polecę trzy teksty:

Ostatnie stadium – reportaż poświęcony 28-letniemu gejowi alkoholikowi leczącemu się w szpitalu psychiatrycznym (szkoda, że nie pogłębiony i jakiś taki pozostawiający niedosyt)

Wulgarny znaczy zwyczajny – urocza zabawa lingwistyczno-krytyczna poświęcona wulgaryzmom w życiu gejów i nie tylko.

Izaak – opowieść idealna dla wszystkich, którzy chcą sobie pokiwać głową nad hipokryzją księży katolickich. Długie.

Oczywiście jest też dział z opowiadaniami erotycznymi oraz całe mnóstwo innych smaczków pamiętanych z „Inaczej”. Uwaga: pożeracz czasu!

Dystrybutorzy w kropce

2009-09-16

Colin Firth

Zacieram ręce spodziewając się ciekawych obserwacji z przerzucania tego gorącego kartofla z rąk do rąk Gutków, tefałenów i innych. W końcu skoro wykreowało się Colina Firtha na wielką gwiazdę po świetnej „Mamma Mii” czy urokliwej i very british „Wojnie domowej” to jak tu przemilczeć jego wielki sukces artystyczny na 66. Festiwalu Filmowym w Wenecji?
W końcu nagroda za najlepszą rolę męską to nie w kij dmuchał.

No i ten cholerny Christopher Isherwood, legenda anglosaskiej literatury, na podstawie którego powieści powstał scenariusz.

I świecąca spojrzeniem Julianne Moore, bożyszcze urodzone w Hameryce, ale na wskroś europejskie w stylu i klasie.

I Tom Ford, który na codzień ubiera ćwierć cycków z Hollywood.

No ale kuźwa to o pedałach jest!

PS. Jak Raczek tego nie przeforsuje i nie kupi, zacznę pluć na ten jego coming-outowy image publicznie i obrzydliwie.

Tom Ford „A Single Man”, Artina Films / Depth of Field / Fade to Black Productions 2009

Dziennik Gazeta Prawna

2009-09-15

Trzymam kciuki. Jedyna szansa na porządny dziennik o profilu gospodarczym bez politycznego jadu.

Cymesik

2009-09-07

W związku z tym, że mąż podebrał mi „Margot”, musiałem chwilowo wrócić do Silverberga. I proszę, od razu trafiłem na cymesik. Chłopcy jadą drogą 66 (amerykański archetyp życia w drodze, nuuuda) po jakiejś nowomeksykańskiej równinie.

„Byłem tu kiedyś latem, głównie w Santa Fe, miałem osiemnaście lat; sypiałem z fajnie opalonym czterdziestoletnim handlarzem wytworów indiańskiego rzemiosła o wychłostanej wiatrami twarzy. Członek Międzynarodówki Pedałów, Hominternu, he, he.”

Jakby zatem ktoś chciał zakładać organizację gejowską konkurencyjną wobec KPH, Lambdy czy ILGi, nazwa jak znalazł: prosta, uniwersalna, łatwa w przedyktowaniu przez telefon, uniwersalnie w Europie zrozumiała. I z tradycją sięgającą jeszcze mrocznych lat 40. i 50. ubiegłego wieku. Tak jak Niemcom udało się zmienić znaczenie „schwula” z obraźliwego na obojętne, tak i teraz możemy zrobić to samo. Viva la Homintern. 🙂

A poza tym uważam, że „Rzeczpospolita” powinna zbankrutować.