Posts Tagged ‘Londyn’

Londyn zszedł na psy

2010-12-02

W ramach planów noworocznych na początku stycznia dopisałem do kalendarzyka zakupowy urlop w Londynie, nic szczególnego ani zaskakującego. Zwykle przed tego typu wyprawą próbuję zorientować się, ile kart kredytowych należy ze sobą zabrać, żeby mieć co do gęby włożyć i za co wrócić. Wygląda na to, że odpowiedź brzmi „zero”.

UniQlo wyjątkowo nieudane, no dosłownie jak nie ta marka.
Next na wszelkie sposoby wtyka kratki i krateczki, koniecznie czarne, szare, brązowe i szarobure.
O Bershce nawet nie wspominam.
Ale ostatecznie załamała mnie zimowa kolekcja River Island, mojej od lat ukochanej marki. Po prostu nic nie da się z tego wybrać. Przeciętność, szaroburość, taka dziwna „niewidzialność” to podstawowe wrażenia po przejrzeniu katalogów. Może to skutek uboczny nieśmiałego wejścia na polski rynek?

Z setek ciuchów da się spojrzeć (to nie znaczy, że kupić) tylko na dwie rzeczy:

Honor ratują zegarki, chociaż ten na łańcuszku pojawił się w sprzedaży już latem:

Podsumowując: jestem o krok od rezygnacji z wyjazdu, bo do Londynu po prostu nie ma po co w tym sezonie jechać… Ej, Angole, nie idźcie tą drogą!

Nigdy więcej Ryanaira

2010-07-27

Dzisiaj miałem rozmowę z Lucy, której jakieś kolejne cycki chcą wpaść do Londynu. Na marginesie głupich rozmów postanowiłem sprawdzić, różnicę pomiędzy lotem do Londynu Ryanairem i British Airways. No i wyszło dosyć zaskakująco, że British Airways nie tylko jest lepszy ale i tańszy.

Spróbowałem zarezerwować bilet na następującą trasę: Londyn – Warszawa/Łódź – Londyn przy wylocie 20 sierpnia i powrocie 24 sierpnia. Po wyklikaniu wszystkich dodatkowych opłat, prowizyjek, kosztu płatności kartą Visa (sic!) itp. wyszło następująco:

Ryanair: 170,5 funta + 23 funty za pociąg Stansted Express, bo na to podmiejskie lotnisko trzeba jakoś szybko dojechać. Czyli 193,5 funta. Równowartość 972 zł.
Wady wszyscy znamy: obłędne limity bagażu (15 kg), kawa za 18 zł i te sprawy.

British Airways: 156 funtów na Heathrow, do którego spokojnie dojeżdżamy metrem (Piccadilly Line) za 4 funty. Razem: 160 funtów, czyli 800 zł. Plus – zaszalejmy – 80 zł za dojazd pierwszą klasą pociągiem do Wawki. Nadal zostaje nam na taksówki z dworców do domu.
Zalety znamy: darmowe picie, jakaś kanapka, machnięcie ręką nawet na walizę 24 kilo. Plus „Miles & more” czy jak to tam się w tej linii zwie, dzięki którym dziesiąty lot wychodzi gratis.

Ergo: nigdy więcej Ryanaira. Zrozumiałem już, jakim luksusem jest NIE zastanawianie się, czy nie wziąłem o pół kilo skarpetek za dużo. No to zamówiłem kartę stałego klienta British Airways i zamierzam z niej regularnie korzystać.
God save Her Majesty’s airline. And O’Leary sucks.

Sleezy afternoon

2010-05-31

Nie wiem, jak to się dzieje, ale regułą staje się już to, że najlepsze popołudnia i wieczory w Londynie to ja mam w przeddzień wyjazdu.

Bo cóż może być lepszego od urokliwego widoku Miszala śpiącego na sofie w The Retro Bar po Red Bullu? Albo Tego Ze Wsi w cudownej koszulce w chabrową krateczkę?

(Nad akcją z boskim dwudziestoparoletnim sycylijczykiem, żywym pomnikiem Cosa Nostry w najlepszym wydaniu, który w różnych językach – poza angielskim – próbował mnie poderwać, spuszczę zasłonę milczenia.)

Chyba tylko szybka randka ze SleezyScreenName, która po raz kolejny udowodniła mi, że najfajniejsi Polacy to ci, których od lat nad Wisłą nie bywało. Któremu to Sleezy’emu, że przypomnę mniej gramotnym, oświadczyłem się na ślepo w Sylwestra 2009 r. na blogu Padłocyckiej. Ja to jednak mam wyczucie. 🙂

A teraz wracam do pakowania walizek…

Ewelina

2010-05-28

Nie ma chyba bardziej wkurzającej rzeczy niż doczłapanie się do stacji a potem przeczytanie wywołującej osłupienie informacji, że Oxford Circus przechodzi renowację. Znaczy się, jazdy nie będzie. Wściekły i zmęczony popędziłem na Tottenham Court Road (bo do Central Line z pobliskiej Bond Street to mnie i końmi nie zaciągną) żeby wsiąść w cokolwiek, co mnie dowiezie do Victoria Line.

I w połowie drogi ktoś mnie łapie za przestylizowaną koszulkę. Odwracam się i osłupiałem: Ewelina, dawna współwłaścicielka FouFou. Okazało się, że po odejściu z knajpy robiła różne rzeczy a teraz – już od wielu miesięcy – dołączyła do grona znajomych emigrantów. Pogadaliśmy z 10 minut (kij w oko ciuchciom metra) i okazało się, że po pierwsze pracuje w 4-gwiazdkowym hotelu, po drugie absolutnie nie zamierza wracać i po trzecie – że cudny Pawełek nadal nie rzucił Adeli, za to postanowili przetestować związek między Londynem a Dublinem. No powodzenia…

Nawet próbowaliśmy się jakoś zgrać terminami na piwo, ale jak wiadomo, z Londonerem to nie takie proste. Ale wreszcie mam jej aktualny numer i pewnie jakiejś randki nie odpuszczę.

Znowu mam mnóstwo ciuchów do kupienia w UniQlo, jak ja nie cierpię tej firmy! Niby wszystko klasyczne, proste i te sprawy a i tak wydaję tam za każdym razem co najmniej stówę…

Zawsze działało

2010-05-08

Każdy ma jakieś własne sposoby na radzenie sobie z depresyjnymi nastrojami. Ja, szczerze mówiąc, po dekadach całych, skutecznego leku nie znam. Wczoraj próbowałem w jakikolwiek sposób go zmienić. Ale znam i wyznaję główną zasadę: jak widzisz otchłań, uciekaj z domu.

No to uciekłem. Zgwałciłem telefonicznie Padłocycką, która umierała na jakichś Złotych Nitkach (i jak się okazało, była najlepiej ubraną damą w całym bulgoczącym się tam towarzystwie), żeby gdzieś ze mną polazła. Wraz z Wenge przywlekliśmy się do Art Caffe, gdzie na chwilę humor poprawiła mi obecność zwycięzcy Hairy Legs Contest (na chwilę, bo był z mężem i moje końskie zaloty wywoływały momentami ogólne zażenowanie).

Potem poszliśmy do hetero burdelu, zwanego nie wiem czemu finezyjnie „Bedroomem”, gdzie jakieś ABSy żądały ode mnie zdjęcia kurtki. No żesz kurwa. Za tę kurtkę, będącą częścią perfekcyjnej do ostatniego cala stylizacji, zapłaciłem więcej niż on zarabia w kwartał. A ten mi tu mówi, że mam sobie psuć outfit. Za stara i za bogata jestem, żeby sobie na to pozwolić. No to obróciliśmy się z Teresą na pięcie i poszliśmy w pizdu.

W Narra jak w Narra, gdyby nie obecność uroczego jak zwykle Radixa i Jada z Lądą w ramach wisienki na torcie, nie byłoby nawet z czego sklecić jednego zdania. Klub dla pedałów i tylko dwóch potencjalnych mężów, no skandal po prostu, co ja tu w tym mieście robię?

FouFou zawsze działało i było dobrym wyjściem w sytuacjach depresyjnych, ale nawet tam nie udało mi się zwalczyć nastroju. No dobrze, rzecz jasna lepiej jest płakać w wannie wypełnionej szampanem (lub przy barze z pełną szklanką whisky, uzupełnianą w momentach niespodziewanych pustek) niż gdzie indziej. Ale mimo wszystko – didn’t work.

Wróciłem pijany w trupa do chałupy, wymijając po drodze pracownice hipermarketów, biegnące harować za grosze o piątej rano, i usiadłem przy kompie. A potem było już z minuty na minutę tylko gorzej.

Chiara.
Susan w mp3.
Trzy klipy Susan i również trzy Paula.
Didrik.

I rozkleiłem się zupełnie. Nawet teraz, gdy nieco już wytrzeźwiałem, czuję się przygnieciony jakąś ogromną skałą, sprawiającą wrażenie nieusuwalnej.

Grudzień w LondynieNigdy nie lubiłem związków na odległość, choć w jednym z uporem godnym lepszej sprawy tkwiłem cztery lata, ale obecna sytuacja jest znacznie gorsza. W końcu 120 kilometrów to nie to samo co tysiąc mil. Uświadomiłem sobie, że moje miejsce nie jest w najdroższej dzielnicy najtańszego miasta tylko tam. Nawet jeśli na niewiele mniej depresyjnej uliczce. Bo tam jest On, a przecież wiadomo już z Nienackiego, że ibi thesaurus tuus, ubi cor tuum.

I nawet nie mogę nikogo poprosić o pomoc czy wsparcie, bo na chwilę obecną po prostu NIC nie da się zrobić. Mogę tylko skazić złym nastrojem wszystkich i wszystko wokół.

Have a nice weekend.

Na granicy śmieszności?

2010-04-28

Gdy ktoś mnie pyta, dlaczego katuję się – nienormalną z punktu widzenia normalnego człowieka – dietą, odpowiadam tak: po zbliżającym się porzuceniu przez męża muszę podobać się chłopakom z mojego targetu a poza tym od dwóch lat chadzam w czarnych koszulach w pionowe prążki i mam tego po dziurki w nosie. No i do Londynu jadę, a wór nowych ciuchów to przecież u mnie norma.

W związku z tym wstępnie określiłem już moje zainteresowania ciuchowe. Zaczniemy może od stóp, bo jak wiadomo 36 par butów to absolutnie za mało i nie mam co na siebie włożyć.

Do zestawu w moim mniemaniu brakuje mi po pierwsze wysokich białych i po drugie – zawsze chciałem mieć gladiatorki, tak drastycznie wyśmiewane przez Mirandę Priestly w „Diable”. No więc będą takie, lub bardzo podobne do takich:

A dlaczego te białe mają być bez kolorowych wstawek? Bo ja już – w przeciwieństwie do Teresy Padłocyckiej – zrozumiałem, że na pewne rzeczy jestem za stary.
Będą jeszcze czarne trampki z białymi podeszwami, ale to już niekoniecznie z Lądą.

Idąc w górę następne w kolejności będą spodnie. Moim głównym problemem będzie rozmiar: czy mam kupować spodnie na swoją obecną figurę, czy też wziąć pod uwagę kolejne 3-4 kilo, które zrzucę w ciągu miesiąca? Prawdopodobnie problem sam mi się rozwiąże, bo jak znam życie nie będę w stanie upolować pełnej rozmiarówki. 🙂

W temacie spodni to ja jestem wciąż klasyczny i przewidywalny, w końcu wiek zobowiązuje:

Krótkie spodenki jeansowe to dla mnie fetysz nie z tej ziemi. Ponieważ jednak mam ich od groma (i to również te sprzed mojego okresu świetności w zbliżaniu się do formy idealnej), z bólem serca postanowiłem wybrać coś, czego jeszcze nie mam.
Od chwili gdy zobaczyłem w Vogue Homme outfit Valentino (krótkie spodenki z materiału, marynarka i dawaj na rowerek), marzyłem o upolowaniu garniturowych spodenek. No i mam nadzieję, że tym razem się uda:

Co do drugich, to wciąż nie mam przekonania. Pewnie je wezmę, jeśli uda mi się upolować wymarzone sandały-gladiatorki, bo przecież coś muszę do nich założyć:

Idziemy w górę i tym sposobem przechodzimy do najciekawszych szmat. Na początek koszulka i t-shirt, które zdecydowanie spowodowałyby pozytywną odpowiedź na pytanie zadane w tytule tej notki.

No nie, za kogo ty mnie masz? Rzecz jasna nie będę robił konkurencji Teresie i różowości pozostawię jej na wyłączność. Ale to urocze kwiatowe paskudztwo rozwaliło mnie zupełnie. Bo powiedzmy sobie szczerze: jeżeli nie będę nosił takiej koszulki teraz to kiedy niby miałbym jeszcze w tym wcieleniu ją założyć? Ostatni dzwonek!

Londyn żyje kardiganami od lat (albo i wieków). jak dotąd nigdy jednak nie trafiłem na żaden, który by mi się choć trochę spodobał. A w tym roku proszę, jak znalazł, nie dość że kardigan to jeszcze udająca kardigan urocza kurteczka. Nie odpuszczę sobie, jeśli karty kredytowe nie odmówią posłuszeństwa.

Boskie nie?

No i nareszcie creme de la creme, czyli outfit idealny powiązany z kilkoma dodatkowymi t-shirtami. Pewnie spędzę w przymierzalni godzinę, dobierając do spodenek dodatkowe koszulki. Wyjściowy outfit składa się z czterech rzeczy:

Niestety obawiam się, że w kapelusiku będę wyglądał niewymownie głupio. Ale co zrobić, skoro bez tej „kropki nad i” całość byłaby polsko-ponuracka? najwyżej nauczę się od nowa nosić soczewki kontaktowe i wielkie czarne okulary przeciwsłoneczne.

Jako że jedna koszulka to zdecydowanie za mało, wstępnie wybrałem jeszcze cztery. Będę spocony jak pies po kąpieli gdy wreszcie skończę przymierzanie.

Rzecz jasna najlepsza jest ta z drzewkiem, ale moje ogromne obawy wzbudza dziwny kołnierzyk. Trzymajcie kciuki, żeby nie okazał się za głęboki. Marynarska jest już praktycznie przesądzona, z kolei ta z kwiatkiem na sercu jest bardzo podobna do paru koszulek, które już mam. Jeśli wypadnie, to tylko z tego powodu.

Jeśli chodzi o mnie to to by było na tyle, ale zanim strzykniecie jadem w komentarzach przeczytajcie najpierw następną notkę. Co prawda uważam, że jestem na tyle wspaniały, iż nie ma nikogo ważniejszego ode mnie, ale tym razem postanowiłem zejść na chwilę do ludu i przejrzeć te pomysły ze stolicy świata, które do mnie by nie pasowały. Przede wszystkim ze względu na wiek, niestety…

Co będziecie nosić za rok?

2010-04-28

Mam swego rodzaju rozdwojenie jaźni próbując ustalić kolejność notek, które zamierzam zamieścić. Doszedłem ostatecznie do wniosku, że nikt w zasadzie nie korzysta z archiwum, zatem ostatecznie tę notkę, która ma być czytana w drugiej kolejności, piszę jako pierwszą.

A zatem: co będziecie nosić w 2011 roku? W stolicy świata nosi się to teraz; obserwując jednak szybkość docierania nowych mód i módek do grajdoła Dwóch Papieży wyliczyłem, że zajmuje to zwykle rok. Czasem półtora.

Ale zaczniemy od najgorszej informacji: otóż jak wiadomo Polska była (poza Niemcami) jedynym krajem, który lansował, lansuje i będzie lansować skarpetki (najlepiej brązowe) do sandałów. To fakt znany od dziesięcioleci. Teraz będzie jako jedyny kraj w UE lansować noszenie sportowych butów Nike, Adidas, Puma itd. Bo w cywilizacji pokazanie się na ulicy w czymś takim to szczyt obciachu. No, chyba, że to oryginały z początku lat 80. ubiegłego wieku.
W cywilizacji bowiem nosimy wyłącznie wysokie bootsy (nie umiem tego przetłumaczyć, polska język trudna język) oraz milion rodzajów trampek. I tyle, nic więcej.

Zacznijmy najpierw od najseksowniejszej części męskiego ciała czyli nóg. Otóż po pierwsze, po dwuletnim katowaniu się spodniami typu rurki nareszcie przychodzi czas odpoczynku. Teraz będziecie nosić coś tak ohydnego jak „dzwony” z lat 70., tylko jeszcze trochę gorsze. Te koszmarne gacie nazywają się „marchewkami”. Spójrz, to zrozumiesz genezę nazwy:

Słowem, obrzydliwość skejtowskich gaci, w których chłopcy wyglądają jakby się zesrali, mało że powróciła, to jeszcze powróciła w gorszym wymiarze.

Marchewki wbrew pozorom nie muszą być wyłącznie długie. Mogą być też do kolan. Włosy stanęły mi dęba na głowie, gdy się zorientowałem, że poniższe gatki są z… nylonu. Znaczy się z tego samego materiału, za którym zabijały się cycki w czasie II Wojny Światowej. One jednak robiły z tego pończochy, teraz mamy tu rozpuszczone i odlane sto par pończoch w jednych spodenkach:

Swoją drogą to niesamowite, wyglądają zupełnie jak jeansowe, prawda?

W ogóle nylon można mieć w każdym odlewie. Na przykład w takiej wersji, na ładnie owłosionych nogach, mogą być całkiem całkiem:

W temacie nóg dobra (i bawełniana) wiadomość dla Importowanego Prawnika i Arro, którzy w tych strajpach zakochali się w ubiegłym roku bez pamięci. Show goes on.

Co do góry: absolutnym hitem będą t-shirty z kapturami. Pojawiły się niedawno, jakoś tak nieśmiało, ale teraz będzie to wręcz tajfun. Takie koszulki występują w dziesiątkach odmian kolorystycznych, z nadrukami i bez, z paskami i bez, z kapturkiem większym i mniejszym. Problem w tym, że wyglądają dobrze tylko na chłopakach szczupłych, mięśniaki i tłuszczaki wyglądają w czymś takim okropnie, niczym balerony (to przez te wszechobecne sznureczki):

Już po spodniach-marchewkach od razu widać, że najpotworniejszy pomysł przemysłu modowego, tzw. estetyka brzydoty, nadal będzie trwać. A na górę zakładamy paseczki…

———————————————
W ramach małego podsumowania również ploteczka towarzyska. Gdyby ego_pl nosił zegarki (ale jako obciachmen sprawdza godzinę na komórce), nosiłby zegarek taki jak po lewej stronie.
Po prawej widzimy rzecz jasna outfit Teresy Padłocyckiej, bo tylko ona umie tak wspaniale połączyć Himalaje złego gustu z (jedynym w swoim rodzaju) mniemaniem o tym, że lustro kłamie i jednocześnie wężem boa w kieszeni. Kardiganik za dziesięć funtów – wprost wymarzona okazja dla niej!

Niestety nie znalazłem niczego, w czym będzie chodził Metka Boska. W stolicy świata obowiązuje bowiem szczupłość a nie beczułki okutane Hilfigerem. Zatem skończy się to zapewne znowu tymi koszmarnymi szaroburymi bluzami i koszulami w pogrubiającą krateczkę. Co w gruncie rzeczy samo w sobie nie jest niczym złym – miło jest mieć jakieś stałe fundamenty życia towarzyskiego, nieprawdaż?

Gay Pride London 2009

2009-07-13

Nie jestem profesjonalnym fotografem, ale uznałem, że mimo to warto pokazać pochowanym po szafach i w kiblach polskim homikom, że są takie kraje, w których gej nie musi się bać i martwić, że żyje.
Że są kraje, w których gej jest ważnym elementem społeczeństwa, docenianym podatnikiem i chronionym przez państwo obywatelem.
Moim zdaniem NIGDY w Polsce do tego nie dojdzie. Gdyby jakiś dwudziestolatek spytał mnie, co ma robić, odpowiedziałbym, że zdobyć wykształcenie i uniwersalny zawód i spieprzać na Zachód. Aby nie marnował życia tak jak ja i nie płacił podatków na złamasów z PO czy innych nazioli.

Trzy początkowe zdjęcia wymagają komentarza.

Pierwsze jest pokłosiem potężnej politycznej awantury, jaka przewaliła się przez Wyspy. Otóż jeden z parlamentarzystów labourzystowskich wprost, otwarcie i bez ogródek oskarżył konserwatystów Camerona o hipokryzję. Przytoczył przypadki czystej homofobii i nienawiści wylewającej się z pysków konserwy od Thatcher i zestawił to z fałszywymi i kłamliwymi oficjalnymi stwierdzeniami samego Camerona. Jednym z mocnych argumentów udowadniających, że konserwatyści są homofobami, jest współpraca Camerona z polskimi faszystami w europarlamencie. Afera zatacza coraz szersze kręgi, bo w tle PR-owych zabiegów Camerona próbującego całą awanturę odkręcić pojawiają się głosy konserwatywnych PM-ów potwierdzających, że oskarżenia te są… jak najbardziej prawdziwe. Cameron próbuje ratować image przeprosinami za antygejowską ustawę Thatcher, ale bez wielkiego sukcesu.

Drugie zdjęcie to tradycyjnie szokująca w Polsce ale normalna w cywilizowanym kraju flaga gejowska powiewająca na kościele. Już dwa lata temu zaskoczyła mnie po raz pierwszy – teraz już wiem, że jest to norma a nie przypadek.

Trzecie zdjęcie to taka mała ploteczka dla znajomych, którzy powinni szybko odgadnąć, czyją polish hot butt przedstawia. 🙂

Potem jest seria fotek z samej parady, moim zdaniem mniej ważna. Ważniejsza jest bowiem druga część, gdzie znajdziecie fotki z miasta po paradzie. To niezwykle budujące i miłe doświadczenie widzieć, że gejów może zebrać się w jednym miejscu aż tylu i że każdy w gruncie rzeczy jest inny (Trafalgar Square, Soho Square, ulice Soho).

Zastanawiałem się, czy mam jakąś możliwość uchronienia się od ukradzenia tych zdjęć i uznałem, że nie. Poza tym nie wiem, czy miałoby to sens. Zatem wszystkie fotki określam jako Public Domain z prikazem, że w razie wykorzystywania nie należy usuwać umieszczonego na zdjęciach adresu mojego bloga. Nie pomniejszone obrazki można obejrzeć tutaj.

Życzę Wam miłego oglądania i równie miłych marzeń o normalnym życiu w normalnym kraju.

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

————————————————————

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

Gay Pride London 2009

(Tak, to mój fetysz :-P)

A poza tym uważam, że „Rzeczpospolita” powinna zbankrutować.

Lady Gaga

2009-07-06

Jakoś nie do końca doceniliście mój zaprogramowany serial obrazkowych notek. 🙂
Wszystko udało się zrealizować poza – już standardowo – niedzielnym Black Capem na który wybieram się czwarty czy piąty rok z rzędu i wciąż nie wychodzi. Black Cap miało przedstawiać czarno-białe zdjęcie drag queen z lat 70. (z tegoż przybytku rzecz jasna).

La cage aux folles (reprezentowane fotograficznie przez przebranego na gościnnych występach Grahama Nortona) okazał się przeuroczym musicalem z dobrym aktorstwem, boskimi kostiumami i kupą śmiechu. Nie od rzeczy dostał tytuł najlepszego musicalu na West Endzie w 2009 r. Wiele uroku dodały dobre miejsca, oglądanie go z dwudziestego rzędu mijałoby się z celem.
Swan LakeTeraz z planów pozostały nam jeszcze Les Miserables, Priscilla i ewentualnie Avenue Q, które mnie jednak osobiście jakoś nie podnieca. Czyli mamy repertuar na co najmniej dwa kolejne wyjazdy, potem będzie się trzeba ratować przebłyskami geniuszu w Sadler’s Wells.
W końcu gdzie indziej można zobaczyć Adama Coopera (tego z pierwszej, nagrodzonej przez wszystkich świętych, wersji „Swan Lake”) czy też następną produkcję Matthewa Bourne’a „Dorian Gray”? Pamiętam, że nawet zmieniłem kiedyś termin wyjazdu tylko po to, żeby zobaczyć bourne’owe jeziorko bez łabędzic na żywo i z odległości pięciu metrów (warto było!).

Gay Icons w National Portrait Gallery lekko rozczarowujące; okazało się bowiem, że całą wystawę można znaleźć w… albumie-katalogu. A nawet nieco rozszerzoną. Zatem kupiliśmy i jest do przejrzenia na Julianowie.

Co do Gay Pride to w wolnej chwili zrobię jakąś wystawkę zdjęć, bo co tu gadać, skoro trzeba oglądać. 🙂
Natomiast co do prajdowej nocy to rzecz jasna nie mieliśmy wyjścia. Legenda zobowiązuje, nie robimy tego dla przyjemności lecz dla naszych wyznawców: zatem poszliśmy do Heaven na mini-koncert Lady Gagi.
Było to najbardziej tryndowe venue w tę londyńską noc, momentami kolejka sięgała prawie Trafalgar Square (jakiś kilometr od wejścia na Villiers). Jak na „podupadający i kończący się klub, do którego nikt już nie chodzi” (ploteczka od eksa Krychy) całkiem nieźle. Daj Darwinie każdemu klubowi takie bankrutowanie.

Weszliśmy i natychmiast uciekliśmy do górnej salki z mocną klimą – było to jedyne miejsce, w którym atmosfera nie przypominała sauny. Niestety Heaven po połączeniu z dawną G-A-Y Astorią nie daje rady zapewnić wentylacji i klimatyzacji. Jeśli tego nie zmienią (dam im te pół roku, a co), trzeba będzie szukać innego miejsca na weekendowe wypady. Bo żeby w takiej atmosferze to ja przepraszam, ale za stara i za bogata jestem.

Lady Gaga okazała się dokładnie tym, czym można było przewidzieć. Gibała się na tej scence zasłaniając niepotrzebnie boskich tancerzy, chrypiała nieco do mikrofonu, udowadniając totalny brak głosu i talentu. Typowa gwiazdka jednego sezonu. No ale teraz dzieci potrzebują jakichś szybkich, jednorazowych Gay Icons, no to mają. Szacunek wzbudza jej zdrowe podejście do interesu, bo sama na prawo i lewo mówi w wywiadach, że ona to ani szczególnie genialna ani wyjątkowa wcale nie jest i po prostu miała kupę szczęścia. W zasadzie – nic dodać, nic ująć. Ale póki jeszcze może chodzić w lateksach, niech chodzi, co mi tam…

Lady Gaga

A poza tym uważam, że „Rzeczpospolita” powinna zbankrutować.

A new train

2008-11-14

Odprowadzałem męża na dworzec i okazało się, że będzie jechał bydgoską torpedą. A pomyśleć, że w cywilizacji takie ładne ciuchcie wymyslili!