Archive for Maj 2008

Różnice cywilizacyjne

2008-05-27

Gdy przylecieliśmy do Londynu, kupiłem jak zwykle Timesa. Na pierwszej stronie informacja o umożliwieniu skorzystania z metody in-vitro także osobom nie związanym prawnie, co zapewne ucieszyło sporą część lesbijek, choć gejom nic szczególnego nie przynosi. Ale zakładam, że jeżeli ktoś chce skorzystać z takiej metody zajścia w ciążę (z ominięciem znanego jeszcze z Queer as Folk sposobu polegającego na bieganiu po mieście z kubeczkiem świeżej spermy), to niech im NHS da zdrowie. Refundacje tego typu zabiegów w niczym nikomu nie szkodzą a innym mogą pomóc.

Innym razem: o pracownicy jednego z urzędów cywilnych, która jako katol w kolorze black m.in. odmówiła prowadzenia uroczystości podpisywania umów partnerskich gejom. Oskarża ona przed sądem swojego byłego pracodawcę o dyskryminację ze względów religijnych i domaga się odszkodowania oraz przywrócenia do pracy. Nie wspomniałem, że została za homofobię z miejsca wywalona na bruk? Oj, przepraszam, ale w Londynie jest to oczywiste. Urząd zamierza bronić się wywlekając wszystkie brudy oskarżającej, która jak się okazało przez rok obrażała swoich kolegów z pracy – gejów i lesbijkę – łamiąc regularnie wewnętrzne regulaminy i brytyjskie prawo.
Bo tak naprawdę wywalono ją za całokształt a nie jedną sprawę z odmową poświadczania papierków.

A gdzie tu bagno medialne? Bo w poniedziałek wylądowałem tutaj i dowiedziałem się, że:
– przeforsowano ostatecznie likwidację tajemnicy bankowej;
– Wałęsa jest agentem (i co to kogo obchodzi?);
– nastoletni Polacy z Warki spuścili wpie*dol Żydowi, który nasłuchał się bzdur o BRAKU polskiego antysemityzmu i – bałwan jeden – przyjechał sobie pozwiedzać w jarmułce i z pejsami.

No to powiedzcie mi teraz, gdzie Rzym a gdzie Krym w temacie zainteresowań medialnych obu narodów oraz poziomów cywilizacyjnych rzeczonych nacji.

Jeszcze a propos Warki. Rozbawiła mnie wypowiedź proboszcza Dobkowskiego, który stwierdził, że „to było ordynarne chamstwo, ale moim zdaniem to nie wynika z antysemityzmu”.
Proszę siadać.

Reklamy

List pasterski

2008-05-19

Na wypadek, gdybyście musieli poczekać na moją następną notkę nieco dłużej, zapodam w zastępstwie linka.

Zamówiłem sobie polską dziwkę, żeby wam brudasy opisać z doświadczenia jak to jest. Nie podam konkretnych namiarów na burdel, z którego zamawiałem, ale trzeba być jełopem konkretnym, żeby nie być w stanie odszukać jakichkolwiek namiarów na burdele polskie w Londynie.
(…)

Wytarła cycki, spakowała się i stojąc juz przed drzwiami powiedziała:
– Dlaczego je*ią nas sami okropni ciapaci albo brudni polscy budowlańcy? Dlaczego jak już się trafi jakiś facet z klasą, fajnym, czystym i ogolonym fiutem to chce tylko loda?

Londyn, Emigranci – Funta kłaków jesteście warci

Miłej lektury. 🙂

Prawie Londyn

2008-05-15

I nagle, niespodziewanie, okazało się, że nasz wyjazd do Londynu to już za parę dni. A ja zupełnie nieprzygotowany. Brak dokładnej listy co, gdzie, kiedy (poza biletami na „Phantom of the Opera” i „Havana Rakatan” w Peacock) nie przeszkadzałby mi zupełnie, gdybym jechał sam. Ale jak pokazać Londyn mężowi i to w taki sposób, żeby się w nim zakochał? Że trzeba dać mu szansę powiedzenia „Eeeee tam, słabe te dwa Rubensy” w National Gallery – wiem. Że trzeba mu pokazać gówno artysty w Tate Modern – wiem. W ramach zetknięcia ze sztuką współczesną najbardziej pociąga mnie jednak Cans Festival a właściwie to, co po nim zostało na Leake Street. Poniżej dołączyłem trochę zdjęć (dwa ostatnie, poziome, można powiększyć kliknięciem).

Oczywiście odwiedzimy też kilka pubów, zamierzam nie opuścić ani jednego wieczoru na Soho, zaliczyć rzecz jasna sobotnie Heaven (ja to może nawet bym się zchamił w G-A-Y Astoria, ale to chyba nie byłby dobry pomysł dla męża). Zresztą zobaczymy w QX co warto odwiedzić.

Ale ja nie mam co na siebie włożyć. Demonom niech będą dzięki za Oxford Street.

Clubbing a rebours

2008-05-14

W ostatnią sobotę przeżyłem coś, co można nazwać prawie clubbingiem, choć słowo to dotychczas oznaczało dla mnie coś innego. Jeżeli jednak uznamy, że można tak określić najprostszą formę włóczenia się po knajpach, to był to clubbing. 🙂
Zresztą nie mogło to być klasyczne dokonanie, skoro poszedłem ja, Teresa i Gotycki. Trzy stare, bogate cioty wypuszczone z ciężkiej sztuki („Osaczeni” w Jaraczu) z pochlapanymi błotem ciuchami: toż to już brzmi nie najlepiej. Tym bardziej, że jedyny przedstawiciel wieku pre-starczego, czyli mój mąż, pojechał z bólami brzucha do domu.

Pospektaklowe humory (sztuka była z serii „żyletką po mózgu”, tym razem o psychicznych problemach rosyjskich żołnierzy, którzy wrócili z Czeczenii) poprawiliśmy sobie w Peronie 6, gdzie Teresa udawała po raz kolejny koneserkę piw pszenicznych, ja zamówiłem kolejkę specjalną złożoną z Guinessa i Urbocka, Gotycki zaś jako jedyny zachował się prawie normalnie, testując jakiś dziwny browar nie wiadomo skąd.

W drodze do centrum próbowaliśmy zajrzeć do Jazzgi. Na podwórku stadko młodych ludzi, których obecność tam nas chwilowo zdziwiła. Przy wejściu okazało się jednak, że w klubie będzie koncert. Punk electro. Na samo zestawienie tych dwóch słów wszystkie pozostałe włosy stanęły nam dęba; doszliśmy do wniosku, że na kwietniku rozsiadła się – paradoksalnie – najlepsza i najmądrzejsza część klienteli. Poszliśmy precz.

Gdzieś po drodze, ale naprawdę nie pamiętam gdzie, była „Rezydencja”. Coś mi się kojarzy, że w okolicach dawnej „Fabryki”, ale głowy nie dam. Nie do końca pamiętam wygląd tego lokalu, ale szukaliśmy czegoś innego, zatem nawet nie próbowaliśmy forsować oporu tłustawego selekcjonera. Ale jakoś mam ochotę tam wrócić, więc kto wie.

Gdzieś po drodze dotarliśmy do Lizard Kinga, w którym rzecz jasna była jakaś straszna gromada ludzi i zero czegokolwiek do siedzenia. I wtedy – chyba po raz pierwszy w życiu – postanowiłem wykorzystać swoją starość, lekko powalone ciuchy i portfel celem osiągnięcia korzyści. Znaczy się podszedłem do kelnerki i zapytałem: „Trzech głodnych i spragnionych chciałoby coś zjeśc i wypić, jest pani w stanie coś na to poradzić?”. Dziewczyna otaksowała mnie od stóp do głów, rzuciła okiem na towarzyszy, po czym… zaprowadziła do najlepszgo stolika na podwyższeniu (loży?), z którego zdjęła kartkę „Rezerwacja” i wręczyła menu…
A zatem: starość i siwe włosy w bródce mają swoje zalety. Nawiasem mówiąc: w Lizard Kingu polecam deskę serów i wędlin do piwka i unikanie lokalu w czasie występów na żywo (uszy!!!).

Wieczorek oczywiście skończyliśmy w Łodzi Kaliskiej, no bo gdzieżby indziej starsi panowie trzej mogli robić le grande finale?

Ucieszyłem się, że w każdym wieku da się clubbingować, jeżeli tylko uznamy, że słowo to nie oznacza konieczności spędzenia 10 godzin w huku electro i house’u. Mam ochotę nawiedzić jeszcze parę miejsc przy innej może okazji: Kontrasty, Pewex (z ciekawości, czy przy muzie mojego dzieciństwa da się wytrzymać dłużej niż kwadrans), Czekoladę (mam nadzieję, że nie przesadzili w pretensjonalności),
Zapewne nie dotrę nigdy do Improwizacji, no bo co by mi się musiało stać, żebym miał ochotę na nocne spacery po Stefanowskiego? Boję się też KoKoo, bo kompletnie nie mam pojęcia, czymże to miejsce być zamierza. Domyślam się za to, czym jest Honey Bunny, więc jakoś mnie tam nie ciągnie – w końcu Utopia może być tylko jedna a nie ma niczego gorszego niż podróby. To już lepiej spędzić wieczór w czymś bezpretensjonalnym, bezmarkowym, może nawet lekko biednym – za to specyficznym i nie udającym niczego, czym nie jest. Biblioteka się kłania na przykład.

Jakby ktoś miał jeszcze jakieś propozycje, proszszszszszsz.

Irena Sendlerowa

2008-05-13

Polactwo uwielbia wycierać sobie twarze wielkimi ludźmi. Teraz ją kochają a oto, co myśleli o niej wówczas, gdy żyła:

—————————————
Irena Sendlerowa, która ryzykowała życie własne i swoich bliskich, pomagając żydowskim dzieciom w czasie okupacji, doświadczyła z tego powodu rozmaitych przykrości po wojnie.
W 1967 r. córka Ireny zdaje egzamin na polonistykę na Uniwersytecie Warszawskim. Jest na liście przyjętych. Nagle znika z listy. Irena interweniuje u zastępczyni dziekana. Ta przyjmuje Irenę serdecznie:
– To jakieś nieporozumienie – mówi ciepło.
Trzy dni później rozmawia z Ireną już na stojąco:
– Sprawa bardzo skomplikowana.
Irena mdleje pod jej gabinetem.
– Na Pawiaku nie byłam tak załamana jak po tej rozmowie – wspomina dziś. W domu Janka [córka] pyta z wyrzutem:
– Mamo, jakie ty grzechy masz na sumieniu, że mnie skreślili? – skończyła studia zaocznie.

– Całe życie ciągnęły się za mną szepty: „to Żydówka, sprzyja Żydom” – mówi Irena Sendlerowa. – Miałam etykietkę „żydowskiej matki”.
—————————————

Nie, to nie był przypadek jedyny. Marcel Reich-Ranicki, późniejsza wielka postać niemieckiego życia kulturalnego, tak wspomina ostatnie chwile pobytu w domu pary Warszawiaków, którzy ukrywali go podczas II Wojny Światowej przed Niemcami i… Polakami:

—————————————
Zamierzaliśmy już ruszać, gdy odezwał się Bolek: „Mam tu trochę wódki, wypijmy po kieliszku”. Czułem, że chciałby nam jeszcze coś powiedzieć. Mówił poważnie i powoli: „Bardzo was proszę, nie mówcie nikomu, że byliście u nas. Ja znam ten naród. Nigdy by nam nie wybaczyli, że uratowaliśmy dwoje Żydów”. Genia milczała. Długo wahałem się, czy mam tu przytoczyć ową przerażającą wypowiedź. My, Tosia i ja, nigdy jej nie zapomnieliśmy. Ale też nigdy nie zapomnieliśmy, że życie zawdzięczamy dwojgu Polakom, Bolkowi i Geni.
(Marcel Reich-Ranicki „Moje życie”, Muza 2000)
—————————————

Mam ochotę kogoś opluć.

LG Prada, Samsung Armani…

2008-05-09

Garfield - new cellular phone

Sterroryzowało mnie Google. Codziennie na tego bloga wchodzi po kilka osób szukających informacji o wymienionych w tytule markach. Złamałem się po prawie miesiącu i postanowiłem dopisać posłowie do mojego tekstu o booooooskich aczkolwiek kompletnie nonsensownych telefonach:

1. Zarówno LG Prada jak i Samsung Armani mają słabe baterie: producenci kłamią jak Ziobro, w rzeczywistości przy standardowym używaniu trzeba je ładować co drugi dzień.

2. Jak rozwaliłeś ekran dotykowy, możesz zapomnieć o naprawie. Jest ona możliwa, ale będzie kosztować więcej, niż zakup nowego aparatu na eBayu czy innym Allegro. Następnym razem kup Nokię za 50 złotych i nią się napier*alaj pod dyskoteką. 🙂

3. Ani LG Prady ani Samsung Armaniego nie mają GPS i nie ma możliwości zainstalowania żadnej aplikacji tego typu: odbiornik GPS to nie sam software, ale również moduł elektroniczny – a te aparaty po prostu go nie mają i już. Nie wszystko z dużym ekranem ma głupie zabawki; nawet jeśli to coś samo w sobie jest głupią zabawką. 🙂

4. Trzeba być idiotą, żeby kupować Armaniego w Erze, która liczy sobie za niego 2.800 złotych podczas gdy nie zablokowany, półkowy telefon można kupić w sklepach internetowych (w Polandii) za 1.350 zł, na Allegro za 1.100 a w Londynie za równowartość poniżej tysiąca złotych.
O osobach myślących nad podpisaniem cyrografu za 300 zł miesięcznie w zamian za obniżkę ceny aparatu do 400 zł wspaniałomyślnie wypowiadać się dzisiaj nie będę; język mój obelżywy zachowam na inne okazje.

5. USB driver do Samsunga P520 (czyli Armaniego) można znaleźć na stronie producenta, tamże jest również wielojęzyczna instrukcja obsługi.

Howgh.

Nachalna propaganda homoseksualizmu

2008-05-07

Abiekt wrzucił info o dość starym programie TVN Style. Pomijając tytuł, który zdecydowanie można uznać za naciągnięty do ostatka, obejrzałem ten produkt z dużą przyjemnością.

Tak profesjonalnej i maksymalnie zamerykanizowanej propagandy gejowskiej nie widziałem już dawno. W programie tym zastosowano wszystkie możliwe chwyty scenariuszowe, operatorskie i narracyjne jakie można sobie wyobrazić. Jest posągowy, wiekowy autorytet w postaci Stefanii Grodzieńskiej. Jest trendowa do granic możliwości i uwielbiana przez kobiety również za swoją tuszę i niedoskonałość Dorota Wellman – jako autorytet typu „znanego i lubianego”. Jest oczywiście również perfekcyjnie dopasowana ścieżka dźwiękowa, w odpowiednich momentach manipulująca uczuciami i nastrojem widza. Perfecto!

„Samo mięcho” jest już nieco zużyte i nie do końca nowatorskie, czyli jak zwykle Tomasz i Marcin. Jednak ze względu na postać Raczka uważam, że jest to w polskich warunkach najlepszy możliwy program do obejrzenia przez matki i ojców młodych gejów. Niczego innego oglądać nie muszą: jest tu i o pedalstwie, i o miłości ale i o głównej obawie rodziców: że mój 20-letni syn gej zostanie uwiedziony przez starego pedała, takiego w okolicach 35 lat.

No daj Boże wszystkim takie uwiedzenie.

Klikamy tutaj: Taka miłość się nie zdarza

Że kibice to naziści

2008-05-06

Z lekkim obrzydzeniem i zdziwieniem obejrzałem materiał z BBC na temat polskich neonazistów w futbolu.
Z obrzydzeniem, bo chociaż mam świadomość genetycznego rasizmu Polaków, to jednak widywanie jego objawów pozbawia mnie apetytu na śniadanie.
Ze zdziwieniem, ponieważ głównym elementem zarówno tego filmu jak i dyskusji w studio BBC po jego prezentacji jest zaskoczenie uczestników.
Nie wiem, jak bardzo ślepym trzeba być, żeby nie wiedzieć, co wyprawia się w kraju nad Wisłą.

Po obejrzeniu tego filmu w zasadzie nie mam żadnych zarzutów: miał przedstawić sytuację prawdziwą i ona, choć wycinkowa, JEST prawdziwa. Muszę też przyznać, że może szokować, że odsetek neonazistów wśród polskich kibiców wynosi 20%. To jest faktycznie koszmarnie duża liczba dla cywilizowanych krajów.

Ale umówmy się, co w tym zaskakującego dla żyjących w Polsce? Codziennie odruchowo omijamy wielkie połacie miast, w których żyjemy, żeby ocalić swój portfel, zdrowie i życie.

BBC Inside Sport – Poland football Racism special report 07.
by fredFiftyFour

Nawiasem mówiąc zabawny jest sposób w jaki dotarłem do tego filmu. Otóż szukałem informacji o sztuce teatralnej „Pakamera czyli Polacy” Leopolda Tyrmanda. Opublikowano ten tekst tylko raz – w Dialogu z 1961 r. – i potem niestety przepadł. Po odkryciu, że żadne pieniądze nie pozwolą mi zdobyć tego tekstu, który po prostu wsiąkł a starych numerów pisma nikt przecież nie dodrukuje – kliknąłem na któryś przypadkowy link w celach rozrywkowo-wypoczynkowych. I tak trafiłem na notkę na jakimś blogu z filmikiem, który widać powyżej.

Niezbadane są wyroki Googli.

Cisza nad Drag Queen

2008-05-04

Zupełnym przypadkiem wpadła mi w ręce książka „Drag Queen”. Zadziwiła zaś kompletna cisza wokół niej. Nie znalazłem o niej ani słowa na Innej Stronie w dziale książkowym (co już jest dużym zaskoczeniem, jako że jest to jeden z najpełniejszych katalogów literatury gejowskiej wydanej po polsku). Inne portale gejowskie również milczą. Nie znalazłem też ani jednej recenzji (choć przyznam, że nieszczególnie przykładałem się do poszukiwań).

Co to właściwie jest? Fabularyzowany dziennik Josha Kilmera-Purcella, który stał się sporą sensacją w Hameryce a w Nowym Jorku sam autor postacią kultową (pisze dla OUT Magazine). Aqua, której pełny pseudonim brzmi Aquadyzjak, jest (a właściwie była) jedną z drag queen w Nowym Jorku. Ma oczywiście coś, co ją wyróżnia – na sztucznych piersiach nosi plastikowe pojemniki, w których pływają złote rybki. Zresztą co ja się będę męczył z opisami, oto zdjęcie Aquy:

Aqua

Aqua, podobnie jak Josh, są postaciami jak najbardziej prawdziwymi, choć nie oznacza to rzecz jasna, że opisywane w książce zdarzenia są równie prawdziwe. Z drobiazgów zawartych między wierszami oraz z życiorysu Purcella wywnioskowałem, że rzecz dzieje się pod koniec XX wieku – najprawdopodobniej w okolicach 1997-1998 roku. Niestety nigdzie nie znajdziemy dokładnej informacji na ten temat.

Początkowo widzimy świat Aquy od kulis. Przyglądamy się, w jaki sposób znika facet a pojawia się kobieta. Dzieki świetnemu, prostemu językowi powieści nie musimy się nad niczym nadmiernie zastanawiać – wchodzimy w ten świat miękko i bezproblemowo. Plastyczność opisu mąk piekielnych związanych z zawiązywaniem gorsetu zmniejszającego obwód pasa o 15 centymetrów trochę nami wstrząsa, ale dzieki temu rozumiemy już, dlaczego Aqua po prostu MUSI być pijana i wlewać w siebie wódkę szklankami.

Aqua poznaje chłopaka – boskiego, cudownego i bogatego. Oczywiście jest męską prostytutką, no bo niby kim miałby być w nowojorskim światku. Niestety powoli wpada w uzależnienie od narkotyków – co również jest rzeczą mało zaskakującą. Książka opowiada o ich prawie rocznym romansie, wciąga mocno i skutecznie.

Tuż po kupieniu obawiałem się, że będzie to maszynowa książeczka napisana i wydana tylko po to, żeby polecieć na fali zainteresowania gejowską subkulturą. Nic z tych rzeczy: „Drag Queen” to opowieść z nerwem i z talentem. Na dokładkę skrzy się humorem, również w miejscach bardziej tragicznych niż śmiesznych. Jako przykład wybrałem dwa fragmenciki, w pierwszym Aqua ujawnia sekret swoich cycków, w drugim zaś opisuje początek swojej znajomości z Jackiem.

————————————————-
Drag QueenMoje stroje są bardzo skąpe: stringi, plastikowe minispódniczki, winylowe buty, obcisły gorset i top z wyciętymi dwoma otworami w miejscu, gdzie powinny znajdować się piersi. W te otwory włożone są dwa przezroczyste pojemniki. Kupiłem całe ich tuziny lata temu w sklepie z rękodziełem. Ludzie mniej pomysłowi ode mnie napełniliby je świątecznymi słodyczami, by złożone razem, tworzyły coś w rodzaju tandetnej i wielkiej bombki choinkowej. Ja je nieco przerobiłem, dodałem płaskie, lustrzane tylne ścianki i niewielkie otworki zatykane gumowymi korkami. Napełniam je co wieczór wodą, czasami lekko zabarwioną, by uczcić jakieś święto (na przykład dzisiaj jedna jest czerwona a druga niebieska, bo dzisiaj jest 4 lipca). Przez otworki wpuszczam złote rybki. Następnie przymocowuję pojemniki do ubrania i podświetlam je maleńkimi latarkami. Światło odbija się od lustrzanej powierzchni tylnych ścianek, co sprawia, że cycki świecą, a rybki połyskliwie błyszczą.

————————————————-
Jestem pewien, że portier tego luksusowego apartamentowca na Upper East Side nigdy wcześniej nie widział dwumetrowej drag queen z rybkami w cyckach, stukającej obcasami w marmurową posadzkę. Lubię Jacka jeszcze bardziej za to, że się nie przejmuje. Nawet zawołał hola do starszego portiera, który w odpowiedzi wydusił z siebie hola senor, nie spuszczając ze mnie wzroku.
Patrząc, jak Jack szuka przed drzwiami mieszkania klucza, oczyma wyobraźni widzę kolejny obraz z nim w roli głównej.

Jako chłopak znanego lekarza, spodziewam się nowych wyzwań. Moim nowym hobby stanie się działalność charytatywna. Może coś w ONZ, coś, co mojej filantropii nada międzynarodową rangę. Wyobrażam sobie podróże po pięciogwiazdkowych hotelach w krajach Trzeciego Świata, kiedy już uda mi się namówić doktora Jacka (muszę koniecznie dowiedzieć się, jak brzmi jego nazwisko) do porzucenia na rok praktyki i zasilenia szeegów Lekarzy Bez Granic. Tam szybko zaprzyjaźnię się z takimi sławnymi aktywistkami jak Susan Sarandon, Bette Midler czy Jane Fonda, które będą nas odwiedzały w naszym penthousie, by zjeść lunch i przedyskutować problem zdobywania funduszy.

Układam właśnie w głowie najwytworniejsze menu, gdy Jack wreszcie otwiera drzwi, a ja widzę zwiniętego w kłebek łysiejącego faceta w średnim wieku, leżącego na golasa na podłodze przedpokoju.

– Ty głupia, tłusta świnio! – Jack wrzeszczy na niego, wymierzając jednocześnie kopniaka w brzuch. – Kazałem ci przecież siedzieć w salonie, zasrany dupku!
Mężczyzna ma nadgarstki i kolana razem związane z tyłu skórzanymi rzemieniami. Jack chwyta jedną ręką za nadgarstki, drugą za kolana i odrzuca go pod ścianę, robiąc mi przejście.
– Wybacz Aidan! Przepraszam! Jestem głupim, opasłym chłopczykiem z maleńkim fiutkiem! – krzyczy mężczyzna, gdy Jack wlecze go po podłodze. Jego lepka od potu skóra wydaje piskliwy dźwięk, kiedy trze o błyszczącą drewnianą podłogę, zupełnie jak nowa tenisówka o podłogę sali gimnastycznej.
– Jestem taki niedobry – skomli mężczyzna.
– Przestań być taką cipą – wrzeszczy Jack – i przywitaj się z Aquą.
– Witaj – mówi tłuścioch, zerkając na mnie.
– Kto ci, kurwa, pozwolił patrzeć na nią, pieprzony dupku?!
– Cześć – pozdrawiam mężczyznę, zastanawiając się jednocześnie, czy to koszerne być tak przyjacielskim i czy Jack zacznie za chwilę wrzeszczeć na mnie.
– Jak będziesz grzeczną małą cipką, to pani Aqua wróci i pozwoli ci wylizać swoje buty – obiecuje Jack.
Chwyta mnie za ramię i prowadzi do salonu. Grubas szlocha cicho, gdy się oddalamy.
– Przepraszam – mówi Jack. – Nie powinien był opuszczać swojego kąta.
Próbuję pojąć, dlaczego sądzi, że byłbym mniej zszokowany widokiem skrępowanego, nagiego faceta, leżącego w salonie zamiast w przedpokoju.
– Hmmm – nie wiem, jak zacząć. – Kto to jest?
– Nazywam go Houdini. Jest prezesem jakiejś potężnej firmy w Londynie, ma żonę, dzieci i dziewczynę na boku. Przyjeżdża do mnie na jeden weekend w miesiącu. Pojawia się w piątek po południu, związuję go i resztę weekendu spędza na szamotaninie.
– Dużo ci płaci?
– Dwa tysiące dolarów za dzień. Ale zwykle daję mu tysiąc rabatu. To dobry interes.

Josh Kilmer-Purcell, ”Drag Queen” (I Am Not Myself These Days), Capricorn 2007