Archive for Marzec 2008

To wolny świat, nie?

2008-03-30

Z dużego spotkania towarzyskiego ostała się nieplanowana randka z Marcysią, którą uwielbiam bezapelacyjnie od wieków i tak już chyba zostanie. Nastrój Kinematografu coraz bardziej mi odpowiada, choć krzesełka są niestety koszmarne.
Będzie wstępów, ad rem.

Paranoidalny egocentryzm polactwa spowodował, że z uporem godnym lepszej sprawy wmawia się osłupiałej publice, że najnowszy film Kena Loacha jest o polskich emigrantach. Dżizas. Owszem, polscy emigranci jak najbardziej pojawiają się zarówno w wątku głównym jak i pobocznych, ale to NIE jest film o polskich emigrantach, bo kto by coś takiego chciał oglądać?
„It’s a Free World”, którego kretyńskiego polskiego tytułu już nie pamiętam i zamierzam nie pamiętać po wsze czasy, jest opowieścią o zderzeniu dwóch światów, o których istnieniu Brytole co prawda wiedzą, ale się nad tym nie zastanawiają. Świetny wątek uciekinierów z Iranu jest fabularnym cymesikiem: prosta, nie zmanierowana historia ludzi uciekających przed islamskim faszyzmem i wpadających w gruncie rzeczy w równie wielkie, choć inne bagno.

„It’s A Free World” powstał po to, by zmusić Brytyjczyków do zauważenia, że ich codzienne życie opiera się w dużej części na wykorzystywaniu pracy nielegalnych imigrantów. Choć dokumentalizm obrazu nieco mnie denerwował, Loachowi udało się uniknąć taniej propagandy marksistowskiej. Temat byłby idealny: biedny lud pracujący uciskany itede. Szczęśliwie jednak takie proste rozwiązania nie wpadają do głowy dobrym reżyserom, tu nieszczęsliwi są w gruncie rzeczy wszyscy – i co uciskający i ci uciskani.

Kierston Wareing ze swoim odrażającym plebejskim akcentem jest świetna. Tak antypatycznej baby dawno już na ekranie nie widziałem – szacunek.
Mocnym akcentem jest Lesław Żurek, który jak widzę robi się powoli specjalistą od ról „polactwa” – bo to i „Oda do radości”, i ten seryjny koszmarek kryminalny, teraz Ken Loach. Dobór aktora idealny, bo Żurka łatwo wystylizować na typowego polskiego emigranta: te paskudne t-shirty, ohydne workowate gacie, zła (ale czysta!) fryzura i typowo nadwiślański sznyt face’owy. Zresztą sami popatrzcie (można kliknąć):

Leslaw Zurek

No powiedzcie czy to nie chodzący ideał prezencji Polaka.

To nie jest film przyjemny dla nadwiślan, ponieważ są w nim przedstawieni dokładnie takimi, jakimi w rzeczywistości są. Możecie sobie zatem wyobrazić jak złe pozostaje wrażenie po jego obejrzeniu. Emigranci Loacha to dokładnie ci Polacy, przed którymi Krystyna, Piotruś czy ja uciekamy w drugi koniec wagonu metra gdy tylko ich rozpoznamy po koszulce z Reserved czy butach z CCC. Tym bardziej nie rozumiem pozytywnego szumu wokół tego filmu w Tuskostanie. Toż to powinny być raczej czwórki pasterskie moherów rzucających krucyfiksami w obrazoburcę narodu świętych uciśnionych.

„It’s a Free World” nie jest filmem rozrywkowym i nie należy na niego chodzić z nastawieniem takim jak na chłam z Cinema-Shitty. W gruncie rzeczy grono jego odbiorców jest mikre. Jest to jednak kawał dobrego, niezwykle aktualnego kina dla nieco bardziej wyrobionego lub po prostu ciekawego świata widza. Warto.

Ken Loach, „It’s A Free World”, 2007

Reklamy

LG, Prada czy Armani? To jasne: modu.

2008-03-29

Gdy Apple zapowiedział wypuszczenie na rynek iPhone’a, światek gadżeciarzy podzielił się na dwie części. Jedna na dzień dobry ustawiła iPhone’owi pomnik na wysokim piedestale i własną piersią broniła go do upadłego – choć nikt nie miał jeszcze tego cuda w ręku. Druga część z kolei z góry oświadczyła, że będzie to drogie w chuj gówno nastawione na górę zysku i jak najszybsze zepsucie się.
Niestety ci drudzy mieli rację: iPhone okazał się ciężką, niedopracowaną cegłą (już nawet trudno policzyć ile update’ów oprogramowania Apple opublikował) ze słabiutką baterią (ach, ta radość codziennego dokarmiania), która na dokładkę wyraźnie pochodziła z chińskiej wyprzedaży, wytrzymując zaledwie 500 sesji ładowań. Apple zawsze umiało dbać o swój interes, zatem bateryjkę tę do iPhone’a… przyspawało. W związku z tym nie da się normalnie, w cywilizowany sposób jej wymienić – musisz wysłać swoje cudo do Hameryki a po dwóch miesiącach odebrać swój magiczny telefon (?) z powrotem – z nową baterą, czy też raczej nową obudową.
Jak sobie wyobrażę przeciętnego dzisiejszego gadżeciarza, który miałby przetrwać dwa miesiące bez telefonu komórkowego, pusty śmiech mnie ogarnia. Z kolei złośliwy chichot wywołałaby u mnie mina tegoż gadżeciarza, gdyby przeczytał przesłany na mejla list od producenta: że dziękują za zaufanie i proszą o wpłatę 100 dolarów za nową baterię. Bo tak się dziwnie złożyło, że bateria w iPhone’ach nie podlega gwarancji i bezpłatnej wymianie nawet w pierwszym roku…

Ale oddajmy sprawiedliwość: nieudany iPhone stał się jednak kamieniem milowym telefonii komórkowej z powodu zmienionego sposobu myślenia o interfejsie. Wszyscy producenci dokładali dla swoich klientów-analfabetów (czyli szybko rosnącej większości) kolorowe ikonki. Dopiero iPhone postawił jednak na ikonkowatość do kwadratu i na dokładkę wspartą nowinką techniczną w postaci ekranu dotykowego. Takiego trochę lewego i nie do końca stuprocentowego, ale jednak.

I tym sposobem otworzyła się puszka Pandory. Bo smartphone’y wtargnęły do życia gadżeciarzy z godnym lepszej sprawy impetem, czego najlepszym dowodem telefonik LG sygnowany przez Pradę. I było to świetne: ładniejsze sto razy od iPhone’a, lżejsze, z bardziej dopracowanym oprogramowaniem (co nie znaczy, że dobrym) i dostępnym każdemu z gotówką a nie tylko tym, którzy zgodziliby się na drogi kontrakt z AT&T.

Dzisiaj zarówno iPhone jak i Prada są passe, bo w świecie technologicznym zabawki tego typu starzeją się błyskawicznie. Pradę dobiło zresztą kanibalistycznie samo LG, które wypuściło na rynek model KU990, czyli po prostu ulepszoną wersję aparatu – bez logo i… no właśnie. Koreańczycy stanęli na wysokości zadania i zepsuli wygląd tego aparatu od A do Z – zupełnie jakby planowali start w konkursie na opracowanie najbrzydszego designu wśród smartphone’ów. Zresztą popatrzcie sami:

LG KU990

Jeremy Clarkson pisał, że samochodu nie kupujemy ze względu na to, że się nie psuje, że ma dobre recenzje, że nie zeżre go rdza i mało pali – lecz tylko dlatego, że jest ładny i nam się podoba. Mniej więcej to samo przeżycie czeka klientów LG. No bo kto normalny wybrałby KU990 (ten po lewej), mając do wyboru Pradę? Dwumegowym aparatem w końcu też można zrobić zdjęcie, prawda? No i co z tego że soft wolniejszy?

Wciąż wszystko to byłoby pustym gdybaniem, jako że aparaty te ważą jak porządna porcja kotleta w barze szybkiej obsługi – 150 gramów. Brzmi nie najgorzej, dopóki nie zdefasonujesz sobie taką cegłą kieszeni od swoich spranych i trzymających się na ostatnich nitkach Dieslach. Słowem: mało to wygodne, ciężkie, w gruncie rzeczy niepotrzebne.

I wtedy przyszedł Samsung. I stała się światłość.

Jestem w zasadzie odporny na gadżety. W szczytowej euforii iPodów wybrałem brzydszego, za to tańszego i nie posiadającego głupich blokad i kretyńskich formatów muzycznych Zena. Gdy zepsuł mi się głośnik w telefonie (po półtora roku i kilkunastu upadkach), kupiłem drugi egzemplarz tego samego stareńkiego Panasonica VS6, bo uznałem, że nie potrzebuję zbędnego gadżetu, skoro to ma być przedmiot służący – jak sama nazwa wskazuje – do telefonowania a nie ograniczona empetrójka.
A zatem: lubię pierdółki i drobną elektronikę, ale nie mam na jej punkcie hopla i powału. Doskonale sobie bez nich radzę. Zresztą jak trwoga to do SE T610 ciągle mnie ciągnie (bo ładnie się sprawuje jako modem do laptopa, mimo, że nieco wolny).

Wszystko się zmieniło, gdy zobaczyłem cudeńko koprodukcji Samsunga z Giorgio Armanim. Od tej pory nie mogę myśleć o niczym innym. Prawie o połowę lżejszy: waży tylko 85 gramów, piękny jak marzenie, z dopracowaną technologią ekranu dotykowego (pełnego!).

I w gruncie rzeczy tani jak barszcz, bo dostępny już w cenie około 1200 zł. Za swojego pierwszego Panasonica w Euro-RTV zapłaciłem 940 zł, zatem różnica żadna za to rozkosz… nie do porównania. Oto zwycięzca, stojący na najwyższym możliwym piedestale:

Samsung Armani P520

Jedyną szansą na uratowanie wrzeszczącej z przerażenia karty kredytowej (właśnie spływają obciążenia za nasz majowy wypad do Londynu) może być modu. Ale on będzie dostępny dopiero jesienią, nie wiem zatem, czy wytrzymam aż tak długo.

Choć z drugiej stronu modu to już nie telefon tylko dziwaczne All-In-One. Potrzebujesz telefonu? Masz do niego sześć designów. Potrzebujesz palmtopa? Przełóż modu do innej obudowy rozszerzającej jego możliwości. Może chcesz GPS? Żaden problem: też modu. Modu to technologiczne cacko ważące mniej niż twoje karty kredytowe: ok. 40 gramów. Jeśli chcesz zajrzeć w przyszłość, obejrzyj intro i prezentację modu.

Albo pozostań przy dyskretnej, delikatnej elegancji Armaniego.

PS. Mój mąż zarzuca mi brak konsekwencji: przed paroma dniami mówiłem mu, że wszystkie Samsungi to gówno. I to jest wciąż prawda. Armani nas zachwyca wcale nie dlatego, że Samsung nagle zaczął robić dobre telefony. Armani nas zachwyca dlatego, że jest zachwycający. Over.

Kilka zimowych dni

2008-03-26

Telefon i ploteczki. Mówi, że tak brudnej pościeli jak u tego żeglarza nie widział w życiu, że nie przypuszczał, że taka w ogóle może być i że najgorsza kurwa zawahałaby się chwilę przed wkroczeniem w takie bety. „A poza tym było wspaniale, cudownie, dziko!” dodał i w gruncie rzeczy ja mu wierzę. To nie poza ani smaczek, to przeżycie. 🙂

Znowu telefon, znowu ploteczki. Znajomy lekarz stwierdził, że uważa swe studia medyczne za życiową pomyłkę. O swym pobycie w Brzezinach mówi ze znudzeniem: barak z klepiskiem nazywa się tam szpitalem, ludzi nie leczy się, bo nie ma czym, cuchnie nędzą i upodleniem ale statystyki grają. Stwierdził, że woli już iść do więzienia niż wracać tam kończyć staż.

To w ogóle był pechowy dzień. Czeka się pół godziny na mrozie na tramwaj, wszystkie niepotrzebne numery pojawiają się po dwa razy, gdy człowiek rezygnuje, nadchodzi numer właściwy, do którego oczywiście nie zdąży się wskoczyć.
Tramwaj jest ciągle symbolem i retortą egzystencji. Jego naturą jest brud i zapuszczenie. Jego przeznaczeniem wyzwalanie z ludzi instynktu wzajemnej nienawiści. Najmiłościwszy przeistacza się w tramwaju w czystą biologię i zło. Niezwykle wyszukana nietolerancja bliźniego oraz niewyczerpany leksykon wyzwisk stanowią jego kulturę… W antycywilizacji nawet najmierniejsze ułatwienie czy udogodnienie może być dyskontowane pośród fanfar, staje się osiągnięciem na miarę historii. Błe.

W ramach porządków przeglądałem stare numery magazynów ilustrowanych sprzed wojny. Ze zdjęć uderza dawno zapomniana czystość miast. Ciekawe, jak brud fizyczny stał się w oczach mojego pokolenia symbolem tego kraju. Czyste ulice, czyste skwery, czyste kina, kawiarnie, parki zanieczyściły się jakby w oczach, z dnia na dzień. Jak to się dzieje, dlaczego place i teatry – wczoraj jeszcze schludne – dziś już są niechlujne, odrapane, zaplute? Skoro w to miasto ładuje się tyle pracy i pieniędzy, dlaczego wciąż tapla się w mazi zimowego błota, z rezygnacją i bez protestu?

Czytam to co piszę i mierzi mnie, jak dalece życie moje opanowane zostało przez politykę, epokę, ideologię. Gigantyczne zwycięstwo katofaszystów tak przesyciło cały świat, że nawet ja uległem ich gwałtowi: najlepszym dowodem ten blog, czyli obsesja polemiki. Mnie tutaj prawie nie ma, jest moje ujadanie przeciw. I to jakieś zaniżone.

W sobotę film.

Smutek gwiazd

2008-03-20

Czasem podczas oglądania wielkiej filmowej sceny nachodzi mnie jakiś trudny do określenia niepokój, cichy smutek, sekunda ciszy. W tych chwilach skupia się w zasadzie odpowiedź na pytanie o sens życia. 😉

Jedną z takich scen jest piosenka Amado Mio. Widzę Ritę Hayworth – wystylizowaną, piękną, wręcz nieludzką. I jednocześnie przypominam sobie koniec jej życia: opuszczoną, samotną, z mózgiem rozsypanym wskutek choroby Alzheimera. Ujawniała symptomy zrozumienia otoczenia tylko w chwilach, gdy słyszała swoje piosenki – takie jak Amado Mio, mniej burdelowe i znane, ale bardziej frywolne od „Put The Blame On Mame”.

Najsłynniejszą sceną Grety Gustafsson jest oczywiście finał „Królowej Krystyny”, ale tu wszystko jest proste jak świński ogonek: cała ta scena nadaje się idealnie do ilustracji kawałka życia każdego człowieka. W końcu wszyscy wcześniej czy później kogoś lub coś żegnają. Patrząc na Gretę przypominam sobie jej wielkie odejście po klęsce kasowej „Ninoczki”. I cichy żywot, z dala od świateł rampy, kamer i fleszy.

A wczoraj zobaczyłem kolejną wielką scenę, którą dołączam do tej króciutkiej listy niezapomnianych: „Tango Notturno”.
Rozpaczliwie walczącą o zachowanie kariery Polę Negri życie rzuciło do hitlerowskich Niemiec, ostatniego miejsca na świecie w latach 30., w którym była wielką i niezapomnianą gwiazdą. Możemy się zastanawiać, czy powinna występować w sześciu filmach UFy nakręconych pod czułą opieką Goebbelsa (w tym w „Mazurka”, ulubionym filmie Hitlera). Ale jakie prawo do krytyki takich zachowań ma przedstawiciel narodu, który z pełną świadomością poszedł – przypadkiem tylko nieudaną – drogą faszyzmu w XXI wieku?
Pola Negri wyjechała z Niemiec na chwilę przed rozpoczęciem II Wojny Światowej i po jednorazowym romansie z kamerą zaszyła się na ranczu praktycznie do końca życia. Z epoki kina dźwiękowego pozostało nam między innymi „Tango Notturno”, dopracowane i świetne.

Nie wiem, kto wpadł na ten pomysł, ale za stworzenie Kinematografu należą się brawa.

Małość Polaków

2008-03-15

Wątroba mi nawala. Dziś rano ćwiczyłem hantlami – zaprawa przed tenisowym sezonem dla panów po trzydziestce – i złapał mnie ból w krzyżu, aż usiadłem. Na razie trzeba zacząć znowu zioła.

– To nie ty ode mnie, lecz ja od ciebie odejdę. To nieuniknione.
– Nie. Ja odejdę od ciebie. Ty nie wiesz, jak się odchodzi od smarkaczy w moim wieku. Ty dbasz o pozory. Boisz się mnie skrzywdzić, chcesz być w porządku wobec samego siebie. Nawet nie chodzi ci o innych, o to, co ludzie mówią, tego się nie lękasz. Chcesz być nieskończenie klawy na własny użytek, taki co to sam sobie niczego nie może zarzucić.
– Mój czas wycieka, twój jeszcze nie. Ja już nie mogę sobie pozwolić na życie z miłosnych korepetycji, z lekcji o praniu bluzek i zachowaniu w kawiarniach i sklepach. Zdasz maturę, moja rola się skończy, pożegnamy się pięknie, każdy z czegoś zadowolony. Ja z twych niezapomnianych uroków, ty z mojej asysty we wprowadzaniu cię w życie w okresie, gdy łatwo się poślizgnąć i już nigdy nie podnieść.

Małość Polaków, i to tych najlepszych, o najwznioślejszych pretensjach ducha i umysłu, jest w ich łatwości ranienia się nawzajem, w permanentnej gotowości do wyrządzania sobie wzajemnych bezmyślnych, taniutkich, bezużytecznych, zbytecznych krzywd.
Uczyniono z Polski jakąś gamoniowatą świętość i nawet ci, co usilnie powtarzali, że pełno tu skurwysynów, brudu i tępoty, uroczyście zaznaczali, że Polska to co innego. Ale co? Polska wredność, polskie draństwo, polska małość to jedno, a Polska to drugie? Dziwna matematyka.

W Ameryce zazdrości się domu lub samochodu. We Francji zazdrości się młodszej i ładniejszej żony czy kochanki. W Polsce zazdrości się pary butów i pogodnego usposobienia.
Ci, co mi zazdroszczą, nie widzą mnie zdążającego po brudnych schodach przez cuchnący smażeniną i rozwrzeszczany bachorami korytarz ku mej karykaturalnej siedzibie, gdzie czeka na mnie brak rodziny, potłuczony czajnik do parzenia herbaty i podarty szlafrok jak z powieści rosyjskich pesymistów.

Głupienie na starość

2008-03-13

Dzisiaj spotkałem się z psiapsiółą, okazja ku temu najklasyczniejsza z klasycznych: w Gejlerii otworzyli dzisiaj Peek & Cloppenburga, od którego sweterków jestem uzależniony bardziej niż od tic-taców. Niczego szczególnego w tym sklepie nie było (nie jest to jakaś nowość i zaskoczenie), mnie jednak nieco zmierził brak grubych sweterków (roboczych dla mnie), które podobnie jak czarne polówki z poziomymi kolorowymi paskami są symbolem tej marki. Zatem wyszedłem wściekły i bogaty, czyli z pustymi rękami.

Uwielbiam sobie ponarzekać od czasu do czasu a psiapsióła nadaje się do tego idealnie. Zgłupiałem do szczętu po tym rzuceniu papierosów. Najlepszy dowód: za szczyt geniuszu literackiego uważam „Dziennik 1954” Tyrmanda.

Psiapsióła twierdzi, że nic złego się nie dzieje, że to naprawdę bardzo dobra książka. A ja swoje wiem. Nawet wiem, dlaczego tak mnie ubodła: to przez tę ekwilibrystykę trzydziestopięcioletniego wówczas Tyrmanda z szesnastoletnią Bogną, którą rżnął dniami i nocami w tym swoim pokoiku dwa i pół na trzy metry. Nie znalazłem jak dotychczas lepszego argumentu na potwierdzenie tezy, że 35-letnia ciota (znaczy się ja) niczym się nie różni swoimi odpałami, głupotami i odlotami od równie starego heterola. Podsumowując: bez względu na orientację obie wersje faceta są nie do zniesienia.
Wszystkim nastkom zainteresowanym panami po trzydziestce gorąco polecam „Dziennik 1954”, z którego o swoim ideale ze snów dowiecie się wszystkiego co trzeba a nawet trochę więcej.

Ale o Tyrmandzie jeszcze będzie, bo to za dobra rzecz, żeby się tak lekko z nią obejść.

Ksiądz pedofil

2008-03-12

No więc, nie czytałem tego artykułu z Dużego Formatu. I nie mam sił czytać.

Z mężem kiedyś rozmawialiśmy o problemie: jak to jest, że 60% księży w Polsce to geje a w cywilizowanych krajach góra 20%. Mąż stanął na stanowisku, że to z powodu wrodzonego, genetycznego lenistwa. A nie ma lepszej fuchy w tym kraju. Doszedłem do wniosku, że ma rację i temat zakończyliśmy.

W związku z powyższym w ogóle mnie idea pod tytułem „kolejny ksiądz gwałci chłopców” nie poruszyła i nie zainteresowała. W czasie poznańskiej awantury Paetz (który nawiasem mówiąc żyje sobie świetnie) palnął: „doszło do nadinterpretacji moich słów i zachowań”. Skomentowałem wówczas: jak widać w Polsce penis biskupa w tyłku chłopaka wymaga dalszych interpretacji.
Nic się nie zmieniło.

PS. Ktoś u pipa zostawił link do absolutnie niesamowitej stronki WWW – zaplułem ekran i od razu mi humor zaczął szczytować: nadinterpretacja

Perfekcyjna pani domu

2008-03-09

Nie dałem rady oprzeć się zmasowanemu atakowi obojga dzieci i męża na raz. Zostałem zmuszony do potwierdzenia, że „Perfect Housewife”, które złośliwie zjechałem w jednej z poprzednich notek, jest absolutnie użytecznym programem. Czego dowodzi składanie koszulek.

A zatem odszczekuję i zamieszczam dwa filmiki o składaniu t-shirtów w stylu propagowanym przez Altheę Turner. 🙂

Szczytowanie głupoty

2008-03-07

Jestem pełen podziwu dla plannerów, którzy układają programy telewizyjne. Zapewne nie po raz pierwszy zdarza się taka sytuacja, ale po raz pierwszy dzięki spokojnej chwili w pracy zdołałem to wychwycić.

Piątkowy wieczór można bowiem nazwać rekordowym szczytem głupoty i bezguścia. Na każdym kanale, jaki przychodzi na myśl, w piątkowy wieczór jest coś ekstremalnie głupiego.

Na TVN oczywiście „Mr & Mrs Smith”, którego bezbrzeżna głupota zaczyna się już od tytułu a to tylko kiepski początek.
Na jedynce polski serial kryminalny – zestawienie słów, które samo w sobie wywołuje ból zębów.
Dwójka postanowiła nas uraczyć „Gwiazdami tańczącymi na lodzie”, które to gwiazdy mają to do siebie, że nie znam ANI JEDNEGO nazwiska tychże gwiazd. No żesz kurwa, przecież regularnie kupuję Party, powienienem już wreszcie coś kojarzyć a tu nic – magma.

Polsat zaskakuje podwójnie – najpierw bardzo, bardzo złe „Aniołki Charliego”, kompletnie nieudana próba odrestaurowania kultowego serialu sprzed dwudziestu lat – w formie głupiego filmu, w którym nic się nie trzyma kupy (tu akurat odniesienie do oryginału prawidłowe). Późniejszy wieczór zaś – uwaga uwaga – poświęcamy na jeden z najgorszych filmów wszechczasów, absolutnie bezkonkurencyjnie idiotyczny i słodki „Showgirls”. Oglądałem to ze trzydzieści razy co najmniej, więc możecie mi wierzyć: czegoś tak głupiego, kiczowatego i nonsensownego nikt ani wcześniej ani później nie wymyślił. Do konkurencji stanął tylko ten sam reżyser, uroczy skądinąd pedał, który był łaskaw dwa lata później popełnić dzieło „Żołnierze kosmosu”, w którym starał się wyrównać rekord z „Showgirls”. Ale chłopcy byli za ładni i plan spalił na panewce – Starship Troopers może się ubiegać co najwyżej o srebrny medal.

Ideę spędzenia okropnego wieczoru zepsuło jednak „Ale Kino!”, które splamiło ten cudowny wieczór „Amerykańskim przyjacielem”. Wendersa można lubić lub nie (ja raczej negatywnie) ale nie można mu odmówić talentu. Szczęśliwie jednak nikt tego nie obejrzy, bo to przecież taka staroć, lata 70. i w ogóle bez sensu. Gwiazdy na lodzie lepsze. Można przy nich odpocząć po tym nawale nudnych wspominek po tym, jak mu tam, Holoubku. Takim pepiczku jednym, co to kiedyś w teatrach grywał.

Papaya Dance

2008-03-07

W zasadzie mój kontakt z muzyką lat 70. kończy się na regularnym wspominaniu przez Teresę jej występu telewizyjnego z zespołem 2+1, zatem proszę ode mnie nie oczekiwać, że będę pamiętał cokolwiek z tego, co niejaka Urszula Dudziak grała i śpiewała.
I słuchając muzyczki w tle setek clipów z YouTube’a chyba nie żałuję.

Rozbawiła mnie wersja poniżej. Nawet nie ze względu na zabawnego tatusia, którego szczerze powiedziawszy o heteroseksualizm trudno podejrzewać, ale sam fakt, że ten tatuś spędza czas z dzieciakiem. Pokażcie mi polskie dziecko, którego kontakt z tatusiem nie kończy się na przyczepieniu go do wózka w hipermarkecie…