Archive for Maj 2010

Sleezy afternoon

2010-05-31

Nie wiem, jak to się dzieje, ale regułą staje się już to, że najlepsze popołudnia i wieczory w Londynie to ja mam w przeddzień wyjazdu.

Bo cóż może być lepszego od urokliwego widoku Miszala śpiącego na sofie w The Retro Bar po Red Bullu? Albo Tego Ze Wsi w cudownej koszulce w chabrową krateczkę?

(Nad akcją z boskim dwudziestoparoletnim sycylijczykiem, żywym pomnikiem Cosa Nostry w najlepszym wydaniu, który w różnych językach – poza angielskim – próbował mnie poderwać, spuszczę zasłonę milczenia.)

Chyba tylko szybka randka ze SleezyScreenName, która po raz kolejny udowodniła mi, że najfajniejsi Polacy to ci, których od lat nad Wisłą nie bywało. Któremu to Sleezy’emu, że przypomnę mniej gramotnym, oświadczyłem się na ślepo w Sylwestra 2009 r. na blogu Padłocyckiej. Ja to jednak mam wyczucie. 🙂

A teraz wracam do pakowania walizek…

Reklamy

Berlin

2010-05-30

a) Jedyny plus, że blisko;
b) i wreszcie jakiś pretekst do obejrzenia stolicy FF, S/M i tym podobnych urokliwości.

Ewelina

2010-05-28

Nie ma chyba bardziej wkurzającej rzeczy niż doczłapanie się do stacji a potem przeczytanie wywołującej osłupienie informacji, że Oxford Circus przechodzi renowację. Znaczy się, jazdy nie będzie. Wściekły i zmęczony popędziłem na Tottenham Court Road (bo do Central Line z pobliskiej Bond Street to mnie i końmi nie zaciągną) żeby wsiąść w cokolwiek, co mnie dowiezie do Victoria Line.

I w połowie drogi ktoś mnie łapie za przestylizowaną koszulkę. Odwracam się i osłupiałem: Ewelina, dawna współwłaścicielka FouFou. Okazało się, że po odejściu z knajpy robiła różne rzeczy a teraz – już od wielu miesięcy – dołączyła do grona znajomych emigrantów. Pogadaliśmy z 10 minut (kij w oko ciuchciom metra) i okazało się, że po pierwsze pracuje w 4-gwiazdkowym hotelu, po drugie absolutnie nie zamierza wracać i po trzecie – że cudny Pawełek nadal nie rzucił Adeli, za to postanowili przetestować związek między Londynem a Dublinem. No powodzenia…

Nawet próbowaliśmy się jakoś zgrać terminami na piwo, ale jak wiadomo, z Londonerem to nie takie proste. Ale wreszcie mam jej aktualny numer i pewnie jakiejś randki nie odpuszczę.

Znowu mam mnóstwo ciuchów do kupienia w UniQlo, jak ja nie cierpię tej firmy! Niby wszystko klasyczne, proste i te sprawy a i tak wydaję tam za każdym razem co najmniej stówę…

Patrząc na listę…

2010-05-26

…piosenek, które weszły do finału mam tylko jeden komentarz:

(nie dotyczy jedynie Islandii, której cudowna reprezentantka byłaby w stanie samym tyłkiem zatkać wulkan Ejchujawampolatam)

I półfinał już dziś!

2010-05-25

Głosujemy na Kristinę i jej piosenkę „Horehronie”.

Napisałem to powyższe na początku i z pogrubieniem bo już tak leniwi jesteście, że czytujecie tylko pierwsze i ostatnie zdanie każdej notki, o!

Start pierwszego półfinału Eurowizji 2010: dzisiaj o 21.00 w TVPiS No 1. Ludziom mieszkającym w Polsce nie wolno głosować na Marcina Mrozińskiego, zatem trzeba wybrać coś innego. Mój drugi uwielbiany za skrajną manieryczność song – Didrika z Norwegii – będzie dopiero na sobotnim finale, zatem problem się rozwiązuje automatycznie.

Poniżej najpierw coś dla wszystkich, potem coś dla fanów a na końcu spoiler , którego nie powinieneś oglądać, jeśli nie chcesz sobie zepsuć przyjemności oglądania ostatecznej wersji półfinałowej.

Miłego słuchania i zakochiwania się w tym urokliwym fragmencie Słowacji.

Dla fanów, ona naprawdę umie śpiewać także na żywo:

I spoiler, druga próba na scenie w Oslo. Tylko dla 200-procentowych fanów, którzy i tak znają już tę piosenkę na wylot i od tyłu. Dźwięk kompletnie odmienny od tego, co usłyszymy z telewizorów. Próby są dla choreografów oraz reżysera obrazu, którzy planują układy, zjazdy, najazdy, zbliżenia, oddalenia itd. Normalnym ludziom takie spojrzenie od kuchni może zepsuć przyjemność oglądania efektu tej pracy. 😉

Coco Chanel

2010-05-22

Zamiast załatwiać poważne sprawy spędziłem noc przy filmie „Coco Chanel” (może bym i sprawdził oryginalny tytuł, ale wyjątkowo mi się nie chce). Nudziarstwo i strata czasu niestety. No i kolejny dowód na to, że Audrey Tautou jest kompletnym zerem aktorskim, drewnianą kukłą z czarnymi oczami i tyle.

Książki

2010-05-19

Właśnie doszedłem do wniosku, że pararozwodowe rozstania – jak na przykład aktualna emigracja męża – mają swoje zalety. Znalazłem czas na całe mnóstwo kompletnie nikomu niepotrzebnych spraw, które czekały czasem i po pół roku. Na przykład książki.

Zdecydowałem się ostatecznie wydzielić z mojego księgozbioru literaturę gejowską. Wszystkie powędrowały do drugiej sypialni. Zrobiłem też wreszcie porządny katalog książek gay themed i wyszło na to, że mam tego całą górę. Naprawdę nie przypuszczałem, że w języku polskim wyszło aż tyle pedalskich powieścideł, wierszyków i innych gatunków literackich i paraliterackich.

Na książki nigdy nie żałowałem pieniędzy. Mogę sobie odmówić ciuchów czy nawet – o zgrozo! – butów, ale na zadrukowany papier jestem w stanie wydać fortunę. Tak jak na przykład na dwa białe kruki, stojące teraz dumnie na półeczce numer 1.

Pierwszy to „Teatr” Jeana Geneta. Jest to zbiór wszystkich dramatów scenicznych napisanych przez tego największego „estetę brudu”. Wyszło to to w 1970 r. w zabawnym nawet na dzisiejsze czasy nakładzie 3.000 egzemplarzy. Naprawdę nie wiem, ile sztuk zostało w obiegu, ale podejrzewam, że nie więcej niż tysiąc. Pojawia się na przykład na Allegro mniej więcej raz na 2-3 miesiące i kosztuje… tylko 140-160 zł.

Drugi biały kruk to moja największa duma. Upolowałem bowiem jakimś niemożebnym cudem prawie nikomu nieznaną książeczkę Jana Parandowskiego „Antinous w aksamitnym berecie”, wydaną we Lwowie w 1921 r. Pamiętam, że złożyłem ofertę w licytacji na… półtora tysiąca złotych. To chyba dość jednoznacznie wskazuje na moje niezrównoważenie psychiczne w temacie książek. 🙂 Jakimś cudem kupiłem ją za nędzne – jak na taką pozycję – grosze. Sześć czy siedem stów bodajże.

Parandowski miał totalną fiksację na punkcie Oscara Wilde’a już w czasie lwowskich studiów. Później wydał pod koniec PRL-u książeczkę o nim; domyślam się, że opartą właśnie na „Antinousie”. Zatem osobiście miałbym do legendy mitologii starożytnej podejrzenia, że chyba nie tylko żona go interesowała. 🙂

Anyway, książeczki ułożone i skatalogowane. Nie pożyczam rzecz jasna, lektura na miejscu jak najbardziej dopuszczalna (wyłącznie w krótkich spodenkach z prezentacją owłosionych nóg – jak zwykle).

Powódź

2010-05-19

Cytat z londyńskiej wsi:

„Powódź w Polsce to kara boska za profanację Wawelu kaczyńskim.”

Nic dodać, nic ująć. Po prostu kolejny dowód na istnienie boga. 🙂

A touch of 80s / early 90s

2010-05-17

Mamy już ciuchy z lat 80., muzykę lat 80., już nawet nowi wykonawcy próbują sięgnąć do tamtych czasów.

Tymczasem zupełnie nie wiedzieć czemu ominąłem brytyjskiego reprezentanta na Eurowizję. Ot, ładny chłopaczyna. Ale – o Darwinie – kto za tym stoi!

Otóż stoją za nim ludzie, którzy stworzyli na przełomie lat 80. i 90. praktycznie cały popowy rynek muzyczny w Europie. Bananarama. Big Fun. Debbie Harry. Rick Astley. Jason Donovan. I wreszcie – last but not least – Kylie Minogue.

Chodzi mi rzecz jasna o cesarzy muzyki, producentów Stock-Aitken-Waterman, zwanych w skrócie SAW. Ich system działania był prosty jak świński ogonek. Wszystkie piosenki były identyczne, ten sam beat w tle, podobne słowa (żaby sie je łatwo zapamiętywało), idealna dla radia długość (zwrotka-refren-zwrotka-refren-refren). Start pierwszego refernu zawsze w okolicach sześćdziesiątej sekundy. Ładna buzia na okładkę. Kolejny milion funtów na koncie i song na Top 10 Billboardu. Et voila.

Po jebutnym sukcesie Matt Aitken odszedł z triumwiratu na wcześniejszą emeryturę (około trzydziestki), bo stwierdził, że zarobił już dość, żeby miło i spokojnie przeżyć resztę swoich lat.

Mike Stock i Pete Waterman także odsunęli się w cień. A teraz powracają w osobie Josha Duboviego z piosenką „That Sounds Good To Me”. Gdy usłyszałem to przed chwilą, umarłem. Całe moje liceum stanęło mi przed oczyma. Gdy będę w Londynie, pewnie gdzieś na Soho, spędzał wieczór eurowizyjny, będę się za Joshem wydzierał jak za Mrozińskim. Oczywiście nie wygra, bo to za słaby głos i za słaba piosenka, ale polecam go waszej uwadze obok norweskiego Didrika. Miłych wspomnień.

Tajemnica Teresy

2010-05-17

Teresa Padłocycka ma niezwykły wpływ na całe łódzkie środowisko. Jak nie pisze notek, życie towarzyskie zamiera. Brak informacji płynących od samej zainteresowanej zawsze przekłada się na ploty, ploteczki i plotuchy.

Teraz na topie jest zastanawianie się, co właściwie Teresa robi, że z wiekiem nie tyje tylko przysycha. Postanowiłem przeciąć wszystkie spekulacje. Oto największa tajemnica Teresy: skład jej lodówki.

Teraz wszystko będzie już jasne!

Lodówka Teresy Padłocyckiej