Archive for Marzec 2009

Cztery

2009-03-30

CzteryRzadko decyduję się na recenzowanie spektakli teatralnych. O ile na gruncie literatury czy filmu czuję się dość pewnie – co wynika rzecz jasna nie tyle z mojego niezgłębionego talentu czy błyskotliwego intelektu ile z ogromu książek przeczytanych i filmów obejrzanych – to do pisania o spektaklach nie czuję się zbytnio uprawniony. Owszem, obejrzałem kilkadziesiąt czy kilkaset dzieł scenicznych, ale na recenzowanie jestem zdecydowanie za młody – o teatrze można bowiem pisać dobrze tylko w sytuacji, gdy widziało się wszystkie lub prawie wszystkie spektakle z ostatnich 30 czy 40 lat. Rzucanie się na recenzowanie współczesnego teatru bez możliwości sięgnięcia do lat 70. ubiegłego wieku mija się z celem. Dzisiejszy teatr prowadzi bowiem linearny dialog ze swoimi korzeniami.
Dlaczego zatem piszę o spektaklu „Cztery” w Studyjnym? Bo wkurzyła mnie ta młoda głupia siksa z Wybiórczej, która z zerowym przygotowaniem profesjonalnym zabrała się za krytykowanie czegoś, czego nie rozumie.

Patrycja Kruczkowska, bo o tejże wybitnej postaci myślę, wyszła z tego spektaklu wściekła. I wcale mnie to nie dziwi. W „Czterech” jedyna kobieta (nawiasem mówiąc całkiem niezła aktorsko) funkcjonuje bowiem jako spersonifikowany dowód, że:
a) kobiety są bez sensu;
b) kobiety są zbędne;
c) kobiety niczego nie wnoszą;
d) kobiety są głupie;
e) gdyby kobiet nie było, nic by się nie zmieniło.

Z takim opisem można się zgadzać lub nie, ale wolna wola reżysera w ten sposób ustawiła rolę Bożeny i wara komukolwiek od tego. Główny nurt rozwoju zarówno wszystkich postaci jak i fabuły nie uwzględnia kobiet, bo nie o nich to spektakl i nie o nich była książka Roberta Musila.

Polscy recenzenci cierpią na chorobę unifikacji. Oglądają faceta zabijającego faceta i dalej, hajda, maraton interpretacji ogólnych – że to personifikacja zdziczenia, że eufemistyczna ocena degrengolady moralnej, że niedobór wartości chrześcijańskich (kompletny bzdet, to akurat jest jak najbardziej chrześcijańskie), że ocena stosunków społecznych i tak dalej. Tymczasem ofiara zerżnęła po prostu dziewuchę mordercy i tenże morderca się wkurzył i poderżnął mu gardło. Koniec, kropka, proste jak świński ogonek.

„Niepokoje wychowanka Torlessa” oraz spektakl „Cztery” mówią o rozwoju psychiki nastolatków ze skłonnościami homoseksualnymi. Aż tyle i tylko tyle. Nie ma tu żadnych odniesień do świata zewnętrznego.
Beineberg ucieka przed swoją tożsamością w nonsensowny pseudo-związek z kobietą a skoro mu się to nie udaje, chowa się za hinduistycznym bełkotem i próbuje sobie ze swoją homoseksualnością poradzić w szafie. Dokładnie tak, jak większość dzisiejszych polskich dzieciaków-gejów, wychowanych w skrajnej hipokryzji, w nienawiści do wszystkiego co inne, w których buduje się katoendeckie chore wymysły o tym, jaki to ty jesteś zły i grzeszny. Beineberg ucieka przed sobą samym w hinduistyczne brednie, ale w pewnym momencie wrzód hipokryzji pęka i zaczyna realizować siebie. OK, rozumiem, że w sposób nieakceptowalny, ale jak najbardziej zrozumiały i logiczny. Jeżeli jedynym dla niego sposobem rozładowania homoseksualnego napięcia jest gwałt na Basinim i dręczenie kolegi z pokoju – to co w tym dziwnego? Przecież już Jean Genet opisywał w „Dzienniku złodzieja” dokładnie taki sam mechanizm negacji norm społecznych i kulturowych. Nihil novi. Następnego przykładu – polskiego księdza rżnącego nastolatka krucyfiksem – aż mi się nie chce rozwijać.

W tym bajzlu występuje kolejny gej z szafy, zakochany w Basinim Reiting. On również nie umie sobie poradzić ze swoim homoseksualizmem (cóż w tym dziwnego, skoro to postać z przełomu XIX i XX wieku?), na dokładkę obawia się, że jego uczucie staje się wyraźnie widoczne dla pobratymców z pokoju. W efekcie, aby uniknąć stygmatyzacji w ramach tej mikrospołeczności, przyłącza się w sposób pasywny do dręczenia swojego ukochanego. Płaci za to załamaniem psychicznym w finale.

Na wszystko to patrzy przeintelektualizowany młodzieniec Torless, który w mniejszym stopniu uświadamia sobie swój homoseksualizm za to w większym – transseksualizm. Od dziecka chciał być dziewczynką, ale wszyscy wokół mówili mu, że tak nie wolno, że musi być chłopcem. No to zostaje tym chłopcem, udaje się na emigrację wewnętrzną, która nie da mu szczęścia czy zrozumienia, ponieważ jego bagaż doświadczeń jest zbyt nikły. W pewnym momencie on jako jedyny buntuje się przeciwko dręczeniu Basiniego. W gruncie rzeczy to go jednak nie bardzo obchodzi, kwestie agresji samców alfa, którzy przypadkiem są pedałami, nie są dla niego zajmujące. On chce nosić sukienkę i tyle. A że Krzysztof Wach nie przesadził, nie poszedł w łatwiznę puszczania oczka do publiczności, to przecież tylko lepiej.
Wspomniana już siksa uznała scenę z Torlessem w sukience za kiepski żart. Otóż to nie jest żart, on w tej sukience czuł się nareszcie spełniony, był sobą, był szczęśliwy. A skoro nie umiała zrozumieć, na czym polega problem tej postaci, to świadczy tylko o jej głupocie i niczym więcej.

W polskim dyskursie, w którym staram się NIE uczestniczyć z powodów pryncypialnych („Polacy to naród beznadziejnych głupców, więc szkoda życia na dyskusje z nimi”), temat homoseksualizmu, transseksualizmu i innych problemów okołogenderowych wybuchł ze zdwojoną siłą. Właczasz telewizor – pedał. Właczasz radio – prezenter własnie się outuje. Otwierasz gazetę i czytasz wywiad z Marcinem Szczygielskim. Jest to również pęknięcie pewnego wrzodu – katoendecy znajdują się pod obstrzałem tak silnym, jakiego nigdy wcześniej nie przeżyli. Nie są w stanie bronić się logiką wywodów, ponieważ wszystkie fundamenty ich norm są nielogiczne i sprzeczne z naturą. Walczą zatem na oślep lub niczego z tego nie rozumieją.
Przeciętny Francuz zrywałby boki ze śmiechu po przeczytaniu tekstu siksy z Wybiórczej; tak samo jak zrywa boki, gdy czyta w dziale „Śmiesznostki” swojego „Le Figaro” bełkot polskich biskupów wszelkiej proweniencji.

Ja nawet rozumiem ten ogromny strach przed burzeniem fałszywych fundamentów społecznych. 95% każdego społeczeństwa to typowe ciasne umysły, muchówki żyjące sobie a Muzom, nieistotne i nudne. Gdy zapadają się ich fundamenty, nie umieją sobie poradzić z nową sytuacją.

I dlatego Patrycja Kruczkowska powinna zająć się tym, co ewentualnie może jej dobrze wyjść. Niech sobie chudnie publicznie na nowej diecie w ramach idiotycznego projektu „społecznego” Wybiórczej pod wybitnym tytułem „Polska na diecie”. Krzyżyk na drogę, ale od pisania o teatrze wara. Bo pisze o nim tak jak pisał o jedzeniu jej szefo Piotr Wesołowski, którego sztandarowa seria tekstów o łódzkich restauracjach z lat 90. opierała się na recenzowaniu ilości soli dodanej do frytek w poszczególnych McDonaldach.
Chapeau bas.

Szymon Kaczmarek, „Cztery”, Teatr Studyjny PWSFTviT w Łodzi

Cztery

PS. Chłopcy są tacy sobie, ale Raand zakochał się na zabój w wijącym mu się u stóp Maćku Peście (Reiting).

PPS. Uważasz, że notka jest za długa? Przeczytaj komentarz Teresy – zajmuje drugie tyle. 😉

Reklamy

Last.fm

2009-03-26

Mam wrażenie, że to by było na tyle w temacie sukcesu Last.fm w Polandii.

A ja już się nawet przyzwyczaiłem do tych upchanych po całej sieci widgetów dzieci chwalących się swoim złym gustem muzycznym. 🙂

Podbij Oligoo

2009-03-24

Rzuciłem okiem na nową zabawę z kupą kasy w tle, czyli na serwisy Oligoo i Podbij. O aukcjach zwykłych w zasadzie wiadomo już wszystko: jeżeli zdarzy się jakiś naprawdę atrakcyjny przedmiot, który koniecznie chcesz mieć, oceniasz ile jesteś w stanie za to zapłacić (na przykład 70% rynkowej ceny) po czym ustawiasz strzał w Snipie i gotowe. Jak przegrasz, to znaczy, że nie było warto; jak wygrasz, jesteś fuksiarz.

Oligoo i Podbij funkcjonują na nieco innej zasadzie. Tutaj cena przedmiotu nie gra bowiem roli, płacisz już licytując. Są to systemy, w których zarabia tylko i wyłącznie serwis, użytkownicy niepostrzeżenie płacą fortunę, z której początkowo nie zdają sobie sprawy.

Procedura wygląda następująco: rejestrujesz się, aktywujesz konto i dokupujesz tzw. punkty lub przebicia. Za każdy taki punkt płacisz 1,22 zł brutto, możesz kupić je w pakietach. 20 punktów wystarcza na dwudziestokrotne kliknięcie w mocno działający na emocje klawisz „Przebij”. Za każdym razem, gdy na niego klikniesz, z konta schodzi punkt. Po pięciu minutach hazardowej zabawy jesteś biedniejszy o 24,40 zł i rzecz jasna nic nie wygrałeś.

Czatujesz na kończące się „aukcje”. Do końca aukcji pozostało poniżej 30 sekund. Napalasz się na maksa, buzujesz, zamiast krwi w żyłach płynie ci już tylko mieszanka testosteronu i adrenaliny, organizm działa na najwyższych obrotach, wyłaczasz mózg i klikasz, klikasz, klikasz, wydajesz, wydajesz, wydajesz…

Bo każde kliknięcie przedłuża czas trwania aukcji o 15 sekund.

Takich jak ty jest kilkuset. Wydaje im się, że system można oszukać; nastawiają się na klikanie na trzy sekundy przed końcem. Potem na dwie. Wreszcie na jedną. Ręka spływa potem, palec wskazujący naprężony i tak mogą minąć nawet trzy godziny.

Oczywiście, że nie wygrasz. Każdy użytkownik ma bowiem również możliwość uruchomienia automatycznych podbijań, dokonywanych przez roboty. Jeżeli wydał na punkty dwieście czy trzysta złotych, zawsze ma większe szanse. Ale to wcale nie oznacza, że wygra – może się znaleźć kolejny zielony jeleń, który właśnie się zarejestrował. I wstrzelił się w moment, w którym robotowi skończyły się punkty…

Myślisz sobie: spróbuję w nocy. Ha ha ha. Serwis na noc jest wyłączany. 🙂

Bo zasadą działania tego systemu jest działanie takie jak kasyna, jedynym wygrywającym jest on. Przyjrzyjmy się aukcji, którą ze śmiechem obserwowałem przez ponad dwie godziny (od rana do wyjścia do pracy). Oto zrzucik:

Oligoo

Adrenalinka podskoczyła? Weź na wstrzymanie, ta „cena” wcale nie wygrała. Spójrz na nią jednak: wynosi 229,40 zł. To oznacza, że przebijano ją 2294 razy. Każde kliknięcie miało wartość 1,22 zł, zatem serwis zarobił na tym już 2798,68 zł. Kupili ten aparacik za góra półtora tysiąca. I nie, to wcale nie był koniec, ta aukcja trwała jeszcze i trwała.

Ministerstwo Finansów zabrało się na sprawdzanie, czy Oligoo i Podbij to serwisy hazardowe czy też nie. Hazard on-line jest w Polsce zakazany i w takiej sytuacji oba zostałyby zamknięte. Moim zdaniem jest to nie tylko czysty hazard, ale na dokładkę oszukańczy. Początkowo bowiem nie zdajesz sobie sprawy, na czym to wszystko polega – tymczasem wchodząc do kasyna jesteś przygotowany i poinformowany, czym to się je. Uważam systemy Oligoo i Podbij za kompletnie amoralne, ponieważ nie uprzedzają klientów – głównie młodych, szczególnie zaś początkujących – że dziennie sprzedają maksymalnie kilka przedmiotów. Bazują na tym, że młody człowiek ma w głowie aukcje na Allegro czy eBayu i jest przekonany, że takich sprzedaży były setki lub tysiące. W zasadzie nikt go w błąd nie wprowadził: dopowiedział sobie samodzielnie to, co chciał zobaczyć.

Oba te systemy hazardowe są majstersztykiem psychologii i marketingu. Wejdźcie kiedyś i rzućcie okiem na tych podniecających się dzieciaków, którzy tracą fortuny na przedmiot, który w rzeczywistości jest mirażem. Tylko nie kupujcie punktów czy przebić: zrobiła się netowa aferka, co minutę na każdym z tych serwisów rejestruje się po pięciuset użytkowników, którzy postanowili spróbować, czy im się uda podbić Oligoo.

Nie uda. Tobie też nie. 😉

Nie kupuj MS Office 2007

2009-03-21

Taki stary a taki głupi. Tyle razy mówiłem „NAJPIERW POMYŚL!” znajomym męczącym się z wirusami Microsoftu, zwanymi czasem „Wordem”, „Excelem” itd., a gdy przyszło co do czego, zachowałem się jak ostatni idiota.

Od 20 lat udawało mi się uniknąć niszczenia systemów operacyjnych Microsoftu jego programami „biurowymi”. To między innymi dzięki temu moje instalacje Windowsów (najpierw 98 – wersja 95 została przeze mnie skipped – potem XP po trzech latach od premiery) funkcjonowały bezproblemowo po 2-2,5 roku a nie jak u innych sześć miesięcy. Na początku unikanie było łatwe i przyjemne: najlepszą bazą danych był zawsze borlandowski dBase III+, którego standard przechowywania rekordów do dzisiaj jest wykorzystywany w różnych programach. Najlepszym arkuszem kalkulacyjnym był powalający na kolana Lotus 1-2-3; prosty, szybki, konfigurowalny i w ogóle ach i och. Do pisania tekstów spokojnie wystarczały programy takie jak WordPerfect (przez kilka lat Microsoft nie umiał poradzić sobie z polskimi znakami a w WordPerfekcie programistom zajęło to tydzień – i od tej pory działało jak złoto).

Niestety nic co dobre nie trwa wiecznie. dBase został zastąpiony relacyjnymi bazami danych (typ SQL), które choć o niebo lepsze do programowania – w codziennym użytku sprawiały znacznie więcej problemów przy prostych zastosowaniach. Na szczęście nigdy nie miałem sytuacji podbramkowej i wiele rzeczy związanych z bazami zastępowałem Lotusem 1-2-3 lub wymyślonymi przeze mnie tabelami. Lotusa 1-2-3 zastąpiłem innymi arkuszami kalkulacyjnymi, równie prostymi a trochę bardziej zaawansowanymi. Do pisania tekstów wykorzystuję albo przedpotopowy wynalazek, którego nazwy aż wstyd wymieniać, albo StarOffice’a lub nowy darmowy pakiet (wow, genialny) IBM Symphony.

Ale w pewnym momencie objawiło się twarde zderzenie z rzeczywistością. Mąż przyszedł i powiedział, że musimy mieć Office’a, bo w innym przypadku będzie zdawał tę cholerną informatykę przez następne trzy lata. No to postąpiłem z Microsoftem – ja, stary i głupi – tak, jakbym miał do czynienia z porządną profesjonalną firmą rozwiązującą problemy klientów a nie swoje. Kupiłem w ciemno, bez researchu, pakiet dla studentów.

I teraz mam na dysku największego wirusa w historii.

Tym czymś nie da się pracować. Microsoft uznał, że jego użytkownicy są kretynami (co zapewne nie jest za dalekie od prawdy) i MS wie lepiej. Wtranżolił jakieś wstęgi czy inne warstwy, których jedynym efektem jest to, że w Word 2007 nie da się nawet napisać porządnie listu do skarbówki. W związku z tym mam ładne kolorowe pudełeczko za dwie stówy, które postawiłbym na półce z osiągnięciami intelektualnymi (tym razem jako kontrprzykład), gdybym nie przerobił jej ostatnio na biblioteczkę z literaturą pedalską.

I w ramach realizowania zasady: jak jesteś głupi to płać, muszę kupić to świństwo jeszcze raz, tyle, że w wersji Office 2003. Świat już wie, że Office 2007 to gówno w żółtym papierku, więc Office 2003 kosztuje dokładnie dwa razy więcej.

Ktoś chce jednokrotnie instalowanego Office’a 2007? Zgodnie z licencją zostały chyba dwie aktywacje. Oddam za półtorej stówy i postawię wódkę w podzięce.

Gdy koszmar przerasta

2009-03-16

Są różne sposoby poradzenia sobie z traumą. Na codzień nasze traumy są rzecz jasna najważniejsze, jedyne, obciążające. W rzeczywistości jednak najczęściej są drobne, nudne i nieinteresujące. Egocentryzm, występujący u każdego z nas w formie lżejszej lub cięższej, nie pozwala nam na obiektywne spojrzenie. Tymczasem nasze traumy, nasze nieszczęścia na tle rzeczy, które wydarzają się ludziom naprawdę pokrzywdzonym przez los i koła historii są wręcz objawami szczęścia.

Czasem z potwornymi przeżyciami umysł nie umie sobie poradzić. Próbuje na różne sposoby, z których najbardziej szokujący jest śmiech, ironia i próba oswojenia tragedii jakimiś ogarnialnymi drobiazgami. Niekiedy jedyną formą uratowania swojej konstrukcji psychicznej jest narysowanie komiksu.

MausW XX-wiecznej historii nie było traumy większej niż holokaust. Wynaturzenie faszyzmu, ustroju społecznego z początku dokładnie takiego samego jak inne (rzecz jasna w rozumieniu faszyzmu włoskiego), otrzeźwiło europejskie narody i doprowadziło w konsekwencji do powstania UE, będącej jedynym gwarantem, że zwyrodnienia ludzkiego umysłu ktoś jest w stanie opanować. Ponieważ jednak każda akcja kończy się kontrakcją, w niektórych narodach pojawiają się coraz większe grupy próbujące zanegować przykry fakt, że ludzkość jest zdolna do wszystkiego. Dlatego tak ważne jest przypominanie, do czego zdolny jest twój sąsiad, twoja sąsiadka, kolega z pracy czy szkoły.

Publikacja komiksu „Maus” wywołała wstrząs nie tylko u lewicowców, znacznie ważniejszy jest skutek tej publikacji dla tzw. konserwatystów, grupy społecznej dużej, zwykle bogatej i kompletnie nieprzyswajającej sobie prostej prawdy, że to prawicowość i konserwatyzm doprowadziły do hitleryzmu i holokaustu. Dzisiejsi prawicowcy są nieodrodnymi synami ideologów NSDAP, umieją stosować chwyty erystyczne i retoryczne ukrywające rzeczywisty cel tych idei. „Maus” pokazuje – paradoksalnie – w wyjątkowo ciężkiej formie, czym był nazizm, czym był holokaust. Bezczelnie pokazuje również palcem na tych, którzy zgodnie z zasadą „bierni, mierni ale wierni” wspomagali hitleryzm w realizacji jego planów i zamierzeń.

Przeczytałem kilkanaście recenzji, które pojawiły się w polskim dyskursie publicznym po publikacji pierwszego i drugiego tomu przetłumaczonego „Mausa” i zauważyłem kilka rzeczy, które nie dają mi spokoju.
Po pierwsze, wielu z recenzentów nie było w stanie ogarnąć ogromu emocji zawartych na tych czarno-białych stronach. Nikt, kto „Mausa” przeczytał nie będzie tym zdziwiony.
Po drugie, pojawiła się oczywiście seria publikacji negujących przekaz „Mausa” dotyczący Polaków (przedstawionych w tym komiksie jako świnie). Wyciarali sobie pyski taką na przykład Ireną Sendlerową, która stała się wielką postacią historii dlatego, że zachowała się INACZEJ niż naród, z którego się wywodzi. Stała się zasłoną dymną polskiej hipokryzji i polskiego antysemityzmu.
Po trzecie, tylko dwóch odważyło się zauważyć, że Art Spiegelman odniósł się do hitlerowców (koty) z… szacunkiem. Złe słowo? Otóż nie. Hitlerowcy, mausowskie koty, zostali przedstawieni jako mordercy bez grama hipokryzji. Oni nie udają niczego, reprezentują czystą nienawiść nie ukrywaną za żadnym katoendeckim, paternalistycznym czy nacjonalistycznym bełkotem. Jedynym celem kotów jest zabicie wszystkich myszy (Żydów) i ani przez sekundę tego nie ukrywają. Na tym tle hipokryzja Polaków błyszczy niczym złota dwudziestodolarówka, chociaż w rzeczywistości w trakcie lektury widzimy, że świnie są tylko elementem dodatkowym, fragmentem tła.

„Maus” jest druzgocący. Nie odważę się zajmować fabułą, niezwykłymi zabiegami ilustratorskimi czy recenzowaniem emocji. Ten komiks trzeba przeczytać samodzielnie, w spokoju i ciszy. Po to, aby zrozumieć i zapamiętać coś, czego nie dowiesz się z polskich publikatorów; przetrzebionych autocenzurą wspomnień; upiększonych biografii. Szanse na lekturę są coraz mniejsze – archiwalne egzemplarze znikają na półkach takich chomików jak ja a nikt nigdy nie wyda po raz drugi „Mausa” w wersji polskojęzycznej. Zostanie owinięty mgłą nierealnego wspomnienia, że ktoś kiedyś odważył się coś takiego zaprezentować Polakom. Zostanie zapomniany. Tak jak „Strach”.

Art Spiegelman, „Maus”, t. I-II, tłum. Piotr Bikont, Kraków 2001

Maus przykład

Mocne

2009-03-14

…acz lekko wtórne. Trochę za dużo sentymentalizmu, zły tytuł, ale poza tym wszystko OK; nie ma się poczucia zmarnowania czasu, jakie towarzyszy lekturze większości tekstów tzw. Web 2.0:

Jest jeszcze gdzieś dla nas miejsce?

Crisis Compilation

2009-03-07

Weekend przyszedł a że jest czas kryzysu i w ogóle, pomyślałem sobie, że udowodnię swoją zaściankowość i zły gust publikacją zawartości specjalnego podkatalogu na mojej empeczy. Katalog nazywa się w rzeczywistości „Smile”, ale myślę, że na potrzeby notki spokojnie może być ten z tytułu.

„Crisis Compilation” jest totalnym misz-maszem, piosenki mają tylko jedną cechę wspólną: wywołują uśmiech na moim znienawidzonym przez większość pysku i powodują, że patrzę na narodek znad Wisły z nieco mniejszą antypatią.

Jak ktoś chce, może sobie to wszystko kupić lub ukraść w necie. 🙂

CRISIS COMPILATION

00. The Killers – Human
01. Amy MacDonald – This is the life
02. Alesha Dixon – The Boy Does Nothing
03. BWO – Sunshine In The Rain (Soul Seekerz Remix)
04. Doda – Nie daj się
05. Feel – Pokaż na co cię stać
06. Fragma – Memory
07. Guru Josh Project – Infinity 2008 (Klaas Vocal Edit)
08. Katy Perry – Hot’N’Cold
09. Kleerup feat Titiyo – Longing For Lullabies
10. Marquess – Con las estrellas
11. Morandi – Save me
12. One Republic – Stop and Stare
13. Peter Joback – Higher
14. The Killers – Human (Armin Van Buuren Club Mix)
15. The Montanas & DJ Roland Clark – Music Talking (Fred Falke Remix)
16. Tom Pulse – Cuando (Floresca el chuno) (Sunshine Radio Edit)
17. Tigrita Project – Whatever Lola Wants

Miłego kryzysu. 🙂