Archive for Czerwiec 2008

Świat bez Jega

2008-06-29

Czy pamiętacie JEGa? Był to internetowy pseudonim młodego chłopaka, który kilka lat temu prowadził bloga o adresie… Nick w odwrotną stronę.blog.pl, nietrudne, prawda? Potem zrezygnował z blogowania, jego adres należy już do kogoś innego. Ale nie w tym rzecz.

Rzecz w tym, że właśnie zmarł.

Wielokrotnie zdarzało nam się w naszym gronie żartować, że im człowiek starszy, tym częściej musi kupować czarne krawaty, żeby się nie opatrzyły na kolejnych pogrzebach. Potem przestaliśmy tak żartować, gdy odeszła i Krysia i Andrzej.
Gdy umiera ktoś w wieku powyżej siedemdziesiątki, jest to w miarę naturalne. Gdy w wieku pięćdziesięciu kilku lat umierają poeci, to już nie jest normalne. A co powiedzieć w chwili, gdy walkę z chorobą przegrywa chłopak, który ledwo osiągnął ćwierćwiecze?

To nie jest tak, że nie byliśmy na to przygotowani. Jeg chorował ciężko i długo, w gruncie rzeczy gdzieś z tyłu głów siedziała myśl, że wcześniej czy później białaczka jednak zwycięży. Wiedział to również jego mąż, który w tej chwili próbuje w miarę równo zamalować swój sufit.
A jednak boli, jednak zaskakuje i zapiera dech.

Zapamiętam Jega ze spaceru sprzed roku, kiedy to pojechaliśmy do Arturówka na spacer i poszwendanie się bez celu. Zapamiętam jego żartobliwe podejście do wszystkiego wokół oraz okropne skarpetki jego małżonka, które tenże założył do sandałów. Ależ się musiał nasłuchać.

Jeg żył krótko, ale szalenie intensywnie. Na pewno doceniał każdy dzień znacznie bardziej niż ja. Żegnaj, Bartku.

Reklamy

Zatoka romantycznych ostów

2008-06-29

Zatoka OstówGłównym problemem książek wychodzących o dwadzieścia lat za późno jest konieczność stawienia czoła najpoważniejszemu zagrożeniu: zestarzeniu się. Dokładnie to samo dotyczy choćby filmów: wielki, niepowtarzalny, nowatorski „Obywatel Kane” jest dzisiaj nudnym, przegadanym, długim jak zużyte kalesony, manierycznym badziewiem. To samo dotyczy „Pancernika Potiomkina”, który jest absolutnie nie do oglądania; kultowych „Gremlinów” (obejrzysz: zepsujesz sobie wspomnienie) czy pretensjonalnego, jak się okazuje, „E.T.”.
Z „Zatoką Ostów” jest podobnie.

Ileż ja bym dał, żeby coś takiego przeczytać w 1991 roku, kiedy to kształtowała się moja gejowskia samoświadomość. Byłaby to dla mnie pozycja kultowa i przeczytana ze sto razy – podobnie jak w połowie lat 80. „Dzieci z dworca Zoo” Christiane F. O ile jednak „Dzieci…” skutecznie wyleczyły mnie z pomysłów przypalania jointa i innych „lekkich” dragów, to „Zatoka…” nie wyleczyłaby mnie z homoseksualizmu, tylko z głupiej maniery ukrywania się i życia w szafie. Bo morał tej książki jest absolutnie uniwersalny, tyle tylko, że nikt go nigdy nie stosuje w praktyce. Brzmi on: „nie odkładaj ważnych rzeczy na później, bo mogą się okazać niewykonalne”.
Jest tak z miłością, związkami, pracą, karierą, emigracją czy czym tam sobie jeszcze wymarzysz.

I dlatego „Zatoka Ostów” jest warta przeczytania. Nie tylko jako pomnik homoseksualisty z epoki pierwszej „Solidarności”. Także jako źródło informacji dla współczesnych, ujawnionych i świadomych gejów, co takiego dzieje się w powalonych mózgach tzw. „biseksów”, robiących za heteroli na zewnątrz i pieprzących się bez gumy z pierwszym lepszym fiutem w dark-roomie. Bo normalny, w miarę otwarty gej w dzisiejszych czasach nie jest w stanie sobie uświadomić, jakimi pokrętnymi drogami te umysły chadzają. Co prawda nie byłbym pewien, czy zajmowanie się takimiż umysłami w ogóle ma sens, ale dla mnie, głodnego poznawania homo-sapiens w różnych jego odmianach, jest to rzecz ciekawa.

Oczywiście to jest również romansidło. Męski pół-heteryk zakochuje się na greckiej plaży w anielskim chłopcu z blond-włoskami do ramion; wschodzi i zachodzi słońce; stary Grek łowi ryby starodawnym sposobem i piecze je prawie na miejscu; piasek zgrzyta pod stopami i te sprawy. Wszystko jest jak trzeba, żeby sobie wyjąć chusteczkę i smarknąć. Mocno to nierealne (ale niby czemu miałby to być zarzut, skoro najwięcej przyjemności kobietom sprawiają Harlequiny?), wyidealizowane i łatwe do przewidzenia. Ale takiej literatury nie tylko nie było na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku – nie ma jej także dzisiaj. Jedna jaskółka w postaci „Berka” jeszcze wiosny nie czyni.

I w tej ostatniej, nielubianej przez recenzentów dziedzinie, „Zatoka Ostów” jest niepokonana. Nie może być pierwszą powieścią gejowską III RP, bo wyszła za późno. Ale jest pierwszym gejowskim romansem wieku XXI. I dlatego to dobrze, że jednak wyszła.

Teraz czekam jeszcze tylko na „Kochanka czerwonej gwiazdy”, trzymając kciuki.

Tadeusz Olszewski, Zatoka Ostów, Latarnik 2008

Saturno Contro czyli prawdziwa rodzina

2008-06-23

Z początku można się zastanawiać przez chwilę, po co właściwie „Saturno Contro” powstało. W końcu zarówno fabuła jak i nastrój tego filmu siłą wyciąga z pamięci „On, ona i on”. Dopiero po jakimś czasie zaczyna się rozumieć, że we wcześniejszym chodziło o fabułę a w późniejszym o ludzi – ich charaktery, myśli i uczucia.

Saturno Contro

Po pierwsze: ten film opowiada o śmierci widzianej z perspektywy grona przyjaciół. Buduje to znacznie silniejszy emocjonalnie przekaz niż klasyczne (i w większości nudne) filmy o śmierci mamusi, tatusia, braciszka, kuzyna itepe. Bo w rodzinach to my się urodziliśmy z musu a nie wyboru, nienawidzimy co najmniej połowy swoich krewnych, często w głowach pojawiają się myśli typu „dobrze mu tak” a na pogrzebach chodzą szepty „patrz, co ta flama na siebie włożyła”. Jest to szczególnie częste w przypadku gejów, których cała rodzina nienawidzi do szpiku kości a jedyna różnica polega na tym, że dalsza część – bratowa czy kuzyn – nie powiedzą tego wprost a bliższa – siostra, brat, rodzice – taplają się w mazi przedziwnego miksu miłości i nienawiści. W sumie jednak rodzinki zawsze wychodzą na swoje, rozszarpując majątek zmarłego geja jeszcze zanim jego chłopak zdąży wytrzeć łzy.
To dlatego prawdziwą rodziną gejów są przyjaciele – dokładnie tacy jak ci przedstawieni w „Saturno Contro”. Kobiety i mężczyźni, geje i hetero, ekstrawertyczni i zaschnięci, ci dobrzy i ci źli. Wszyscy oni mają jedną wspólną cechę, której rodziny nie mają: kochają cię dlatego, że chcą, że cię wybrali jako ważny element swojego życia a nie wskutek genetyczno-seksualnego totolotka z rodowym majątkiem w tle.
I to oni zapłaczą naprawdę na twoim pogrzebie, będąc obiektem tekstu ciotki „że też kary na takich zboczeńców nie ma, ten to w piekle się już smaży, kiedy reszta?”.

Saturno Contro

Po drugie: ten film opowiada o zdradzie, a właściwie o romansie dwojga heteryków – znanego z tytułowej roli w „On, ona i on” Stefano Accorsiego oraz kobiety o pospolitej twarzy acz dużym talencie mimicznym Margherity Buy. Mówi o tym, że jeżeli całe życie nie miało się przed drugą połową tajemnic, to trudno jest funkcjonować w skrytości, gdy pojawia się „ta trzecia”. O tym, w jak trudnej sytuacji są przyjaciele z kręgu, którzy muszą jakoś w tej konfliktowej sytuacji funkcjonować, bo zwykle lubią oboje bohaterów tej ateńskiej tragedii, nie jednego z nich. Niestety ten wątek Ozpetkowi nie wyszedł, widać jak na dłoni, że nie umie on pokazywać heteryków i ratują go wyłącznie bon-moty typu:
Mąż: – Nigdy nie mialem przed tobą tajemnic i nie umiem żyć inaczej.
Żona: – Sugerujesz, że powinnam powiedzieć coś w stylu „zatem zamieszkajmy w piątkę: my, ona i nasze dzieci”?

Na marginesie: Accorsi starzeje się szybko i nie najlepiej:

Stefano Accorsi

Po trzecie: ten film opowiada o tym, że twoja prawdziwa rodzina, grono przyjaciół, przezwycięży każdy problem. Nie zapomni, nie zamiecie pod dywan, jak to bywa w rodzinach z krwi. Twoja prawdziwa rodzina przeżyje z tobą twoje nieszczeście, przetrawi problem i oczyszczona, bez złogów historii, zasiądzie z tobą do jednego stołu. Nie będzie tu niedomówień, nie będzie potępienia; będzie patrzyć na ciebie z miłością, bo przecież nikt nie jest idealny i ty też masz prawo do popełniania błędów i odwalania głupstw.
I to jest najbardziej orzeźwiający przekaz „Saturno Contro”.

Ferzan Ozpetek, „Saturno Contro„, AFS Film 2007 (Włochy/Francja/Turcja)

Nowy horror w Operze

2008-06-17

Cżłowiek stary a wciąż głupi. Życie tłukło mi w głowę „nie zmieniaj dobrego na nowsze” ale wciąż daję się na iluzję nowości nabierać. Ostatnio, czyli dzisiaj rano – przed kawą! – nabrała mnie nowa Opera 9.5.

Nie ja jeden miałem problemy z wersją 9.50, chceta to se klikajta.

Królowa powróciła!

2008-06-11

Podchodziłem do tej płyty jak pies do jeża. W swoim czasie znałem prawie wszystkie piosenki tej pani, choć nie zachwycałem się jakoś szczególnie jej talentem wokalnym czy muzycznym. Zresztą ona nie nagrywała płyt po to, żeby udowadniać posiadanie siedemnastu oktaw – była królową najwspanialszych jak dotychczas czasów przyjemności i rozrywki; czasów przesadnych ekstrawagancji, czasów kiczu srebrzącego się kulą i confetti. Była królową disco.

A teraz, po jebutnej klęsce badziewnego „Hard Candy” Madonny niespodziewanie stała się królową popu. Ta płyta sprawia wrażenie, jakby się producentom podkłady muzyczne pomiędzy tymi dwiema emerytkami pomieszały. Taka powinna być płyta babci Ciccone a nie to wtórne, słabiutkie czarne gówno, które da się sprzedać tylko pod warunkiem zrobienia miksów w stylu Freemasons ze wszystkich ścieżek (inspired by cristoforo).
A Królowa nie potrzebuje miksów.

Już po pierwszym przesłuchaniu „Crayons” zauważamy, że słabych piosenek jest zaledwie ze trzy-cztery. Pozostałych, choć zupełnie innych od tego, do czego Królowa nas przyzwyczaiła, słucha się bezproblemowo. Jedna z nich zaskakuje poczuciem muzycznego humoru, siłą wywlekając uśmiech na twarz („Sand On My Feet”). A trzy z nich bezwarunkowo podrywają z fotela („Stamp Your Feet„, „The Queen Is Back”, „Fame (The Game)”). Na tej płycie każdy znajdzie coś dla siebie, nawet stary ćpun. 🙂 Jeżeli ktoś chce powspominać czasy życia w chmurze marychy, kiedy to czas upływał a głowa kiwała się niczym tempomat – niech włączy „I’m A Fire”. Jeżeli ktoś chce chwilę odpocząć, „Science of Love” będzie akurat.

Bardzo pozytywne zaskoczenie, warto spróbować:

Donna Summer „Crayons”, Burgundy S 2008 / Sony BMG

Donna Summer Crayons

Loosers & Winners

2008-06-09

Podczas ubiegłotygodniowego piwnego grilla z kochankiem Wiedźmy przedyskutowaliśmy historię polskich przegranych z Niemcami dość dogłębnie (już wtedy byliśmy pewni, że jak zwykle wygrają Niemcy, no bo niby kto). Wyszło na to, że może gdzieś jakąś bijatykę wygrał Mieszko lub jego syn, o ile odważymy się nazwać ich Polakami, co byłoby jak najbardziej zgodne z PRL-owską nacjonalistyczną wizją dziejów, ale z faktami niewiele już miałoby wspólnego. Whatever.
Zmieniliśmy nieco temat i przeszliśmy do dyskusyj pod tytułem „kiedy właściwie Polakom udało się z kimkolwiek wygrać” i poza oczywistą oczywistością w postaci Wilna, które jako agresor podbiliśmy jak później Zaolzie, udało nam się przypomnieć tylko bitwę warszawską z nie okrzepniętymi jeszcze Leninowcami. Oczywiście Polacy nie byliby sobą, gdyby do normalnej szpiegowsko-zdradzieckiej afery nie wsadzili martyrologii o boskich cudach, dziewiczych panienkach świecących u bram itede.

Wszystko to przypomniało mi się w niedzielny wieczór, kiedy to w pełni i stuprocentowo usatysfakcjonowany wychodziłem z czwartego Indiany Jonesa (winner!) z mężem i Teresą. Bo to jest absolutnie cudowny film. Koszmarnie głupi – jak wszystkie poprzednie. Z dziurami scenariuszowymi wielkości Wielkiego Kanionu – również jak wszystkie poprzednie. Kompletnie nieprawdopodobny – jak poprzednie. I z konfliktem przeradzającym się we współpracę młodego ze starym – jak w trzecim.
Podsumowanie jest jak najbardziej na plus: czwarty Indiana jest zrobiony dokładnie tak, jak trzeba; z wszystkimi możliwymi kretynizmami, jakich po tej postaci oczekujemy. Ze smrodkiem dydaktycznym, jakiego z utęsknieniem wyglądamy. Z dużą ilością starożytnej mechaniki, do jakiej latami tęskniliśmy. Głupie, cudowne oglądadełko, które koniecznie trzeba zobaczyć w kinie, bo na DVD i mażących się telewizorkach LCD straci cały swój urok.
Teresa mówiła, że dla niej to było nudne i wtórne. No cóż. Nie ten PESEL, nie ten PESEL…

Ale i tak najlepsze filmy o Indym to pierwszy (za świeżość) i trzeci (za tatusia). No to go, go, go, ole, ole, ole! 🙂

Indiana Jones and the Kingdom of the Crystal Skull, Lucasfilm 2008

Z Polakami nie zrobisz nic

2008-06-06

Sławomir MrożekPewne wywiady z pewnymi ludźmi trzeba zachowywać i co jakiś czas do nich wracać. Po to, by nie zapomnieć, czego należy się wystrzegać i aby mieć świadomość, do czego dążyć. A niekiedy po to, by udowodnić samemu sobie, że nie jest się osamotnionym w swoich poglądach. Dlatego chcę zachować fragmenty pożegnalnego wywiadu emigrującego do Francji Sławomira Mrożka.

– Powiedział pan, że póki się żyje, nie da się uniknąć ról. W dzisiejszej sytuacji też pan gra jakąś rolę?
SM: Oczywiście.
– Pisarza gnanego wewnętrznym niepokojem?
SM: Tak.
– Polaka zniechęconego do Polski?
SM: Tak.
– Europejczyka szukającego wygodnego miejsca na starość?
SM: Też.
– Widzę, że zgodzi się pan na każdą rolę?
SM: Bo na tym to polega. Gramy rolę, którą nam przypiszą inni. Z góry się na to zgadzam.
(…)

– Mówił pan, że w Polsce trwa nadal klimat sprzed wojny, że Polska jest tępa, mentalnie cofnięta, bez przyszłości. Podtrzymuje pan to?
SM: Oczywiście, że podtrzymuję. Ja o Polsce dużo wiem. Urodziłem się w 1930 r., tak więc pamięcią sięgam w dwudziestolecie międzywojenne. Jeśli ktoś jest choć trochę rozgarnięty, poprzez lektury może objąć swoim doświadczeniem nie tylko to, co sam przeżył.
– I przez ten czas w mentalnym klimacie Polski nic się nie zmieniło?
SM: Dobiegam do osiemdziesiątki i w czasie mojego życia zmieniło się bardzo, bardzo dużo. Ale można na to spojrzeć inaczej i powiedzieć, że nic się nie zmieniło. I obydwa te zdania będa prawdziwe.
(…)

– Kiedy pan wracał z Meksyku do Polski, pisał pan o chamie, którego komunizm nam zaszczepił. Przez 20 lat wolności ubyło chamów?
SM: Wręcz przeciwnie. Jest ich coraz więcej i są coraz silniejsi. Przestaje się na nich zwracać uwagę, bo to oni dominują, nadają ton. Są wszechobecni. To jest zresztą światowe zjawisko. Obserwujemy dziś zgrubienie rzeczywistości. Wszystko staje się coraz bardziej chamskie, dotyczy to każdej płaszczyzny życia.
– Skąd się to bierze?
SM: Przyczyn jest wiele, ale podstawowa to, moim zdaniem, demografia. Przybywa ludzi i wszystko staje się masowe: kultura, obyczaje, idee, emocje.

– W liście do Skalmowskiego pisze pan, że sednem polskości jest katolicyzm. A w innym miejscu: „Katolicyzmu serdecznie nie lubię, przede wszystkim za to dobro, dobruchno, za tę słodyczkę cnoty, za tego Jezuska wylizanego, czyli za kolosalne fałszerstwo. O ile wiem, żadna inna religia nie przemilczała tak głupio połowy rzeczywistości, czyli pana Boga-zła. Żadna tak nie udaje, że tu pachnie, podczas kiedy śmierdzi”. Czyli nasza tożsamość zbudowana jest na kłamstwie. Fałsz leży u jej podstaw?
SM: Odmawiam odpowiedzi.
– Gombrowicz miał odwagę krytycznie pisać o polskości i polskim katolicyzmie.
SM: Bo mieszkał w Argentynie.
– Ale pan przecież wyjeżdża z Polski.
SM: Wyjeżdżam, ale niedaleko.
– Niebezpiecznie jest dziś takie rzeczy mówić w Polsce? Wierzy pan, że ktoś może się tym przejąć? Czego się pan właściwie obawia?
SM: Konsekwencji społecznych. To jest akurat coś, co pozostało w Polsce niezmienne. Gombrowicz też miałby dziś problemy. Polacy przyjęli z niego to, co na powierzchni. Przełknęli go, ale nie strawili.

I na koniec cytat cytatów wybrany przez tego starego, mądrego człowieka, który z wielu pieców w życiu już jadł:
Dla Polaków można zrobić wiele, z Polakami nic. Mają oni (my?) zadziwiającą zdolność marnowania szans, okazji, możliwości i swoich ludzi.

Cały wywiad w aktualnej „Polityce” lub tutaj.

Element starego świata czyli Philips sucks

2008-06-06

Philips Philishave HQG 265Po raz kolejny przekonałem się, że jestem dinozaurem; elementem świata, który już nie istnieje. Otóż zwykle kupuję sprzęty (również drobne) uznanych marek. Mam bowiem wewnętrzne, głębokie, aczkolwiek błedne przekonanie, że znana marka zagwarantuje mi dobrą jakość produktu. Niestety jest to kompletna nieprawda. Dzisiaj marka służy tylko i wyłcznie do sprzedania towaru za wyższą cenę i ta wyższa cena to jedyna gwarancja dawana przez brand.

Nie pierwszy to raz, ale wciąż nie lubię przyznawać się, że znowu dałem się orżnąć. Tym razem przez Philipsa i jego subbrand Philishave. jakiś czas temu kupiłem trymer o numerku HQG265, ponieważ potrzebowałem czegoś do przystrzygania brody i to mi akurat wpadło w oko. Rzecz jasna jako gówniany produkt składa się to to m.in. z plastikowej nakładki, na zdjęciu widocznej po prawej stronie. Problem w tym, że jest to badziew wyprodukowany co prawda na Węgrzech, ale za to z części z Chin, bo niby skądinąd mogłyby pochodzić. Plastikowa nakładka oczywście się rozleciała.
No to napisałem do Philipsa z pytaniem, gdzie to można odkupić. Po tygodniu otrzymałem listę telefonów do ich sieci serwisowej w całym kraju, z której wygrzebałem pracowicie dwa numery w Łodzi. Pierwszy był nieaktualny i odłączony (ku-lo-li, jeśli wiecie o co chodzi). Pod drugim odebrała panienka, która po krótkiej rozmowie stwierdziła, że sprawdzi i oddzwoni. Rzecz jasna nie oddzwoniła, co w gruncie rzeczy jest zrozumiałe, bo na cholerę ma się przejmować jakąś pierdołą za dziesięć złotych.

Ale podsumowanie jest dość przykre: Philips sucks. Jest to takie samo gówno jak inna chińszczyzna, za to trzy razy droższe i tak samo nie ma szans na dokupienie do niego części zamiennych. Zatem na cholerę kupować właśnie Philishave? Dokładnie ten sam efekt da ci Clatronic, za to o 60% taniej i przynajmniej nie będzie ci żal wywalić tego do śmietnika gdy już się zepsuje.
Nie warto wydawać pieniędzy na Philipsa, skoro możesz dostać to samo za jedną trzecią ceny. Poza ceną nie oferuje niczego poza chwilową ułudą lepszego samopoczucia. Plus wku*wienie na finale, gdy już się zepsuje.

Ech, gdzie te czasy gdy telewizor czy toster działały bezawaryjnie przez 20 lat?

Everyman Philip Roth

2008-06-04

EverymanTa książka jest uderzająco dobra i równie uderzająco zasmucająca. Rzadko ktokolwiek zabiera się za stworzenie powieści o chorobach, umieraniu i uczuciach wywoływanych przez śmierć znajomych, przyjaciół, członków rodziny. Z drugiej strony mało kto dysponuje takim warsztatem i taką siłą przekazu jak Philip Roth. Jeżeli nie on, to kto? Jeżeli nie teraz, pod koniec swojego życia, to kiedy?

Największą zaletą tej książki dla dzisiejszego mcświata jest fakt, że ma ona zaledwie sto sześćdziesiąt stron. Większość ciepnie ją w kąt i stwierdzi, że przynajmniej była krótka. Mniejszość zrozumie, że ta krótkość jest celowym zabiegiem stylistycznym, udowadniającym, że o życiu każdego człowieka można co nieco powiedzieć, ale zwykle jest to historia mało skomplikowana i niedługa. I niestety, przykro to słyszeć, w zasadzie mało interesująca. Everyman, którego imienia nie poznajemy, to każdy z nas: rozwiązujący nonsensowne i kompletnie nieważne problemy; podejmujący decyzje, które nie mają najmniejszego znaczenia; umierający niezauważenie dla reszty świata. Everyman jest tak nieważny jak jego choroby.

Chyba tylko kandydat do literackiego Nobla mógł pokusić się o stworzenie biografii z punktu widzenia chorób – zarówno dotyczących głównego bohatera, jak i ludzi z jego otoczenia. O każdej z tych postaci dowiadujemy się czegoś właśnie przez pryzmat ich choroby. Roth nie silił się szczególnie na jakieś wykwintne sposoby umierania, ludzie otaczający Everymana sami są Everymanami i umierają na pospolite raki, wylewy, zawały, niedokrwistości i tak dalej. Nieważne życie, nieważna choroba, nieważna śmierć.

Do przeczytania w spokojnym momencie, bez rozpraszania uwagi i raczej nie w chwilach depresji. Warto.

Philip Roth, Everyman, Czytelnik 2008