Posts Tagged ‘serial’

Klub Szalonych Dziewic

2010-03-19

Gdy po raz pierwszy wpadł mi w oko ten infantylny tytuł, miałem same najgorsze przeczucia. Nie poprawiały ich informacje, że serial jest oparty o uznany format z Beneluxu – w końcu TVN umiał zarżnąć w pierwsze dziesięć minut tak genialnego samograja jak „Ugly Betty”.

Obejrzałem cztery odcinki (oczywiście nie jestem idiotą żeby polować na jakieś tam dni i godziny – wszystko leży w VOD Onetu) i rozczarowanie nieco zmalało. Serial jest idealną papką relaksacyjną. Problemy bohaterek wpadają nam do głowy i natychmiast z niej wypadają. Zrobiłem sobie zabawę: wskaż po krótkim czasie co wydarzyło się w poszczególnych odcinkach. Rzecz jasna nie pamiętam niczego poza Jakubem Wesołowskim biegającym po ulicy w bokserkach (odcinek drugi). Żeby jeszcze miał trochę bardziej owłosione nogi, miałbym mocny powód do zachęcania do tego filmu. Potem jednak TVN poszedł w papkę i przestał go rozbierać – w związku z tym, będąc piętnaście minut po obejrzeniu czwartego odcinka kompletnie nie pamiętam co się w nim wydarzyło. Jedna z bohaterek pojechała na jakieś zadupie i przeżywa. That’s all.

To nie będzie hit, bo jest za nudny. Rozbisurmaniony mnóstwem legendarnych już amerykańskich seriali nie jestem w stanie ścierpieć przaśności, płytkości i totalnie drewnianych aktorek z Buchowiec na czele. O Darwinie, ona wygląda jak po botoksie będąc przed trzydziestką!
Postaci są skrojone źle i niczym się nie charakteryzują. Po czterech odcinkach nie dość, że nie rozróżniam, która z tych bab jest która, o imionach już nie wspominając, to na dokładkę widząc je na ekranie nie potrafię skojarzyć jaki niby ma być ten jej postaciowy główny problem.

A zatem: można sobie w czasie robienia obiadu puścić w tle ten serialik, ale nic więcej. Polować na to cudo nie warto.

„Klub Szalonych Dziewic”, TVN 2010

Flash Forward

2009-11-06

Teresa już tak od tygodnia płakała mi w rękaw, że jej życie jest nonsensowne, nudne, bez sensu i w ogóle do dupy, ponieważ cierpi na brak filmów sajens-fikszen. To co grają w kinach woła o pomstę do nieba, trzeba było zatem zajrzeć do moich przepastnych archiwów.
Zajrzałem. I nic nie znalazłem.

Powracając do przyszłości doszedłem do wniosku, że nie ma chyba gorszego serialu SF niż Heroes, odpadli zatem w przedbiegach. O, jakże się myliłem… Heroes mają przynajmniej tego ćwierćinteligentnego Japończyka, który rozbija konwencję przewidywalnego i w gruncie rzeczy nudnego scenariusza. We „Flash Forward” nawet tego nie ma.

Dajcie sobie spokój z nabijaniem kabzy AXN-owi na tę głupią pseudoankietę czy mają to puszczać z lektorem czy napisami. Najlepsze jest chyba trzecie wyjście: nie puszczać wcale. I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć na dzisiaj.

Torchwood

2009-08-09

Dzisiejszy telewizyjny przemysł rozrywkowy opiera się na serialach. Marketerzy zrozumieli już jakiś czas temu, że ludzie lubią oglądać to co znają (stąd sterty podrób Bonda na Polsacie) a serial jest idealnym sposobem na wyciągnięcie stałej kasy za niezły target. Zalewu pomysłów jednak nie ma. Zdarza się czasem coś wyjątkowego i oryginalnego, ale bardzo rzadko. Nawet „Six Feet Under” był produktem wtórnym, łączącym w nowatorski sposób stare pomysły: obawa przed śmiercią, ironia nieprzyjemnego bohatera i tak dalej.

Torchwood jest pokłosiem zarabiania na starych pomysłach od A do Z. W zasadzie jest to taki Doktor Who dla dorosłych (oryginał jest skierowany do nastolatków). Torchwood jest przepełnione mrocznością, prostymi zabiegami psychologicznymi, dorzucono do tego sporo mgły z horroru, centralę rodem z przedwojennego „Frankensteina”, pomysły wyświechtane jak stare kalesony. W sumie spore rozczarowanie, ale rozczarowanie… wciągające. Jak badziewny Heroes.

Pierwszy sezon jest okropny. Zarówno merytorycznie, filmowo, jak i w zakresie pomysłów, których recycling jest doprowadzony do absurdu. Jednak niestety trzeba go przetrwać, bo bez zapamiętania zawiązywanych w nim wątków „dwójka” (znacznie lepsza choć bardziej przyziemna) będzie niezrozumiała. Ale to właśnie z końcówki pierwszego sezonu pochodzi ten cudowny, pretensjonalny do bólu fragment (23 MB), który zamieszczam poniżej. Kapitan z Torchwood bez przymusu daje kapitanowi z 1941 roku to, na co ten drugi nigdy nie miałby już szansy – umrze bowiem za wolność Wysp następnego dnia.

Torchwood

A zatem: może nie jest to dzieło wybitne, ale z braku laku i na wakacyjne nudy: akurat. No i ten cudowny brytyjski akcent!

A poza tym uważam, że „Rzeczpospolita” powinna jak najszybciej zbankrutować.

Okrutny i niezwykły

2008-11-24

Brytolom zdarzają się potężne wpadki – jak choćby idiotyczny „The Office” – ale jeżeli zabiorą się za coś współczesnego, opisującego codzienne życie i problemy z minimalnym tylko ubarwieniem – chapeau bas. Podchodziłem do „Skins” jak pies do jeża – co i rusz wpadałem na peany o tym serialu w różnych miejscach Sieci, ale jakoś trudno mi bylo zmusić się do zainwestowania czasu w coś, co pokochali szesnastolatkowie. Dzisiejsi szesnastolatkowie. To wyjątkowo marne źródło znajdywania dobrych filmów. 🙂

„Skins” jest serialem kilkuwymiarowym. Pierwszy wymiar to ten, który podoba się właśnie nastolatkom: cool imprezki z prochami, kupa seksu, głośnej muzy, te sprawy. Dla nich „Skins” jest fotografią rzeczywistości, której nie znali a która gdzieś tam, na Wyspach, funkcjonuje.
Drugi wymiar to delikatne wpychanie do głów odrobiny dydaktyki: że nie należy zabierać się za okazjonalny handel trawką; że nie jest najlepszym pomysłem robienie laski kierowcy, który właśnie prowadzi (gdzie indziej te dzieci by usłyszały, że nie obciągamy kierowcom? od rodziców katoendeków?); że imprezka pod nieobecność starych to fajna sprawa, ale jeżeli nie wrócą i nie przejmą kontroli nad swoim synalkiem – to on sobie nie poradzi.
Trzeci wymiar to rozpaczliwy krzyk młodych ludzi, domagających się zainteresowania ich problemami. Nie wiem, skąd scenarzyści biorą pomysły i handicapy, ale są świetne. Jeżeli ja, stara ciota z tysiącami filmów i książek na koncie dowiaduję się czegoś NOWEGO (!), to znaczy, że trafiłem na cymes.

Wbrew pozorom „Skins” jest serialem bardzo smutnym. Lubimy jego bohaterów nie za to, że są fajni i sympatyczni lecz za to, że są tak bezbronni i potrzebujący opieki. Takie zwierzaczki z wielkimi oczami – aktualny hit marketingowy wykorzystywany przy wszystkich możliwych produktach.
Z drugiej jednak strony pewien problem moga mieć heterycy. Im bowiem ten serial pokazuje ich własne dzieci tak, że włosy łonowe siwieją. Rodzicom nastolatków zdecydowanie odradzam „Skins”; dowiedzą się o swoich dzieciach rzeczy, których by się dowiedzieć nie chcieli. To nieprawda, że rodzice powinni wiedzieć wszystko, niektóre pomyłki i błędy młodości powinny pozostać tajemnicą tego joł-mena z kroczem w okolicach kolan. Róbcie im tylko dużo zdjęć, bo po paru latach będa się wypierać, że tak wyglądali. 🙂

Na koniec przykład, że w rzeczywistości te dzieciaki są obrzydliwe (10 MB):

Chris

PS. Z nieco innej beczki. Doczytałem się, że w paśmie kończącej się ponoć „Fabryki gwiazd” o 17.30 pojawi się „Świat według Kiepskich”. Czyż może być lepsze podsumowanie poziomu tych programów…?

Londyńczycy

2008-11-13

Obejrzałem ci ja sobie któryś tam z kolei odcinek telewizjopolskiego serialu pod tytułem z tytułu. Niczego się nie spodziewałem i słusznie: jaki prezio takie jego seriale.

Fabułka nudna i mierna, prostackie stereotypy plus do tego niekończący się Lesław Żurek na okrasę (on to już tym emigrantem z grajdoła zostanie chyba do końca życia). Aktorstwo reszty towarzystwa naciągane jak gwiazdy tańczące w cyrku na lodzie, operator kamery na chaju (może to dlatego widać, że kręcili na ulicach nielegalnie dla oszczędności i spieprzali średnio trzy razy dziennie…).

Nie włączać, nie oglądać.

Zmasakrowana Betty

2008-10-07

Wczoraj biegiem i z wywieszonym jęzorem próbowałem zrobić wszystko, żeby zdążyć na pierwszy odcinek polskiej Betty. To co zobaczyłem wstrząsnęło mną bardziej niżby wstrząsnął widok fiuta prezia-kartofla.

Ja po prostu uwielbiam amerykańską wersję Ugly Betty, którą uważam za serial zbliżony klasą kiczu i rozrywki do ideału. Od czasu filmów typu „Pret-a-Porter” czy „Diabła ubierającego się u Prady” powstanie takiego serialu było wręcz koniecznością a nie do końca sprawę załatwiły puszczalskie panienki z „Seksu w wielkim mieście”.
Ugly Betty to kiczowaty przepych (choć jakby się tak dokładniej przyjrzeć, to wcale nie wydali na niego fortuny) ale i świetne, prawdziwie komediowe aktorstwo. Zbotoksowana kurew to prawdziwa kurew, ślicznotek-utracjusz to rzeczywiście ślicznotek a sama Betty jest autentycznie brzydka i wyglądowo zbliżona do całego mnóstwa latynoskich babusów biegających na codzień po amerykańskim Południu.

„BrzydUla” jest typowym polskim dnem. Zrobiona tanio, złymi aktorami płci dowolnej i opierająca się o wydłużające odcinek, ale rozbijające w proch i pył natężenie narracji (zaraz, jakiej kurwa narracji?) pauzy. Tymczasem ostatnim facetem umiejącym używać pauz był Marian Hemar i to nie w filmie a w piosence. W „BrzydUli” nie ma nic z oryginału latynoskiego poza słabym oświetleniem ani też nic z wersji amerykańskiej. Za to wygląda jak zduplikowana „Kasia i Tomek”, które to wybitne dzieło było w moim rankingu gównianych produkcji na pierwszym miejscu od lat. Teraz spadnie na drugie, bo kto by przypuszczał, że to akurat TVN tak szybko sięgnie bruku?