Posts Tagged ‘Prada’

Jak kupić zegarek

2010-02-22

Dawno nie było nic o stylu i modzie, prawda?

Pytanie z tytułu z pozoru wygląda na proste. Najszybszą odpowiedzią jest: pójść i kupić w sklepie.
Ale bardziej chodzi o to, na co wydać pieniądze, żeby nie przepłacać za fałszywą markę, naciągany marketing i tak dalej. Zabierzmy się zatem za wyjaśnienie kilku spraw.

1. WIRTUALNE MARKI
Co jakiś czas pojawiają się kolejne super okazje. „Kup wspaniały, renomowany zegarek Galileo Ulysse Nardin Astrolabium, sprzedawany po 15.000$, ale tylko dzisiaj, tylko u nas, za 999$ z wysyłką!”. Jeżeli ktoś chce sobie obejrzeć taki chujowy badziew, może kliknąć tutaj.

Technika tworzenia wirtualnej śmieciowej marki jest zwykle podobna. Mała firemka, zlecająca produkcję w Chinach lub HongKongu, tworzy wypchaną Flashem i innymi wodotryskami stronę internetową. Wstawia 20 zdjęć zegarków w abstrakcyjnych cenach. Nazywa je piekną nazwą. Buchner & Bovalier. Louis Valentino. Aeromatic 1912. I tak dalej. Następnie wystawia kilka aukcji na eBayu, Allegro i w paru innych miejscach z niezwykle atrakcyjnymi cenami. I wskazuje adres internetowy, która sama stworzyła. A jelenie kupują.
Podstawowe fakty: zegarki o nie najlepszej jakości, wypchane wodotryskami (choć niekoniecznie), w nonsensownych cenach oficjalnych, po których nikt nigdy nie kupił żadnego egzemplarza.

Jeżeli uważasz, że kupowanie w „elitarnych” miejscach jak BuyVIP przed czymś cię uratuje – jestes w błędzie. BuyVIP ma całe mnóstwo taniego szajsu o wirtualnych markach, czasami tylko doprawianymi jakimiś rzeczywiście istniejącymi (Diesel, CK, Nike). Ale ostatnio wprowadzili na rynek dokładnie taki zegarek wirtualnej marki: Andre Belfort.

shit

shit

I wiecie co? Nawet nie wiadomo, czy oni to naprawdę powyprzedawali czy tylko dołozyli napisik promo. Żeby było jeszcze śmieszniej, zegarki te stoją obok majtek legendarnych firm Unno (!) i Hanro (!!!). Śmiech na sali. 🙂

Oto lista wirtualnych marek, których należy się szczególnie wystrzegać. Niepełna niestety, bo codziennie powstają nowe:
Aeromatic 1912, Adee Kaye , Apogeum [głupoty zapewne – przyp. Mr Ge], Astroavia, Bernadino, Buchner & Bovalier, Cavadini, Centia, Claude Valentini, Denacci, Dufour, Ernest Rochet, Galileo, Glashaus Hamburg, Jeane Melaine, Jacques Cantani, Jean Jacot, Joseph Gurbry, Krug Baymen, Laurine, Leutwyler & Sohne, Louis Bolle, Louis Valentino, Maria Giesen, Montres Allison, Newton Sons, Nomex, Olivier Witteaux, Oskar Emil, Ottimo, Paul Stevens, Pierrini, Raschke Glashette, Rene Barton, Robert, Roebelin & Graef, Ryothlin, Rudolph Ryottli, Theorema [naogladali się Passoliniego w tych Chinach? – przyp. Mr Ge], Tom Tuder, Torgeon, Steinhausen, Wilhelm Ryohling, Vidar.

2. ZEGARKI MODOWE
Tutaj znajdziemy dwie kategorie.
Pierwsza to zegarki jednorazowe, które nie udają niczego lepszego niż są. Należą do nich sensowne marki odzieżowe ze średniej półki, które dodatkowo do oferty dokładają zegarki. Na przykład Aldo, Next, Marks&Spencer, River Island, Nike itd. Kupujesz zegarek za stówę, nosisz przez sezon i wyrzucasz. I o to chodzi. Mam lub miałem kilka i bardzo je sobie chwalę (dopóki nie umyjesz rąk bez ich zdejmowania…).

Druga kategoria jest bardziej obrzydliwa. To tzw. wielkie marki, które dają z zewnątrz swoje drogie logo a do środka pchają najtańsze mechanizmy Timexa czy Casio. Należą do nich: Tommy Hilfiger (ha! mam ze dwa!), Calvin Klein (Metka Boska), Prada, Giorgio Armani (też Metka Boska), Versace itd.
Zegarki modowe są kiepskiej jakości, zupełnie nieadekwatnej do ceny, za to ładne i lansiarskie. Takie dresy z górnej półki. Wydawać na nie pieniędzy nie warto, bo za takie ceny można mieć naprawdę dobre zegarki legendarnych firm jak Doxa, Tissot, Adriatica, Longines, czy też nieśmiertelny Atlantic. Ja się przed urodą dwóch Hilfigerów nie obroniłem, ale przynajmniej mam świadomość błędu. 🙂

Kompletnym odlotem jest Cerruti 1881. Otóż firma ta już dawno sprzedała prawa do logo na biżuterię jakiemuś handlarzynie i nikt od Cerrutiego nawet na oczy nie widział projektów zegarków czy obrączek sygnowanych tą marką. 🙂

Idea zegarków modowych z górnej półki cenowej to sprzedaż pospólstwu dobrego samopoczucia. To tak jakby Warszawiak kupił 50-calową plazmę logowaną przez Armaniego (za 12 tysi), podczas gdy w rzeczywistości jest to po prostu Sony za piątkę. Ale logo się liczy. Metka Boska lub jej małżonka pewnie rzuciłyby się na taki TV-set od razu. 😉
Albo tak jak ja kupiłem Samsunga P520 tylko dlatego że był śliczny i miał logo Armaniego.
Albo tak jak TY zastanawiałeś się nad kupnem shitofonu LG tylko dlatego, że jest na nim napis Prada. 🙂

3. PRAWDZIWE ZEGARKI
Nareszcie przechodzimy do najprawdziwszych zegarków, zwykle z rodowodem szwajcarskim i czesto o tradycji w okolicach stu lat. W takim zegarku możesz pojawić się wszędzie – no, może poza klubem czy dyskoteką.

Możesz je zwykle zakładać albo do garnituru albo jeansów (każda firma ma odrębne serie). I nieważne ile kosztują – od 200 do ponad 40 tys. zł. Zawsze będą to zegarki z klasą. Bo to nie jest prawda, że człowiek bez pieniędzy nie może mieć klasy. Może. Na przykład przepiękne w swojej prostocie zegarki Adriatica:

adriatica

…są wyjątkowo wysokiej jakości, choć kompletnie nikt by się tego nie spodziewał po niskiej cenie (od 200-300 zł). Do podobnej grupy cenowej należy też na przykład Grovana:

grovana

Legendarny Atlantic także od dziesiątek lat robi swoje: ładne, proste, świetne zegarki do noszenia przez całe lata. Twój ojciec pewnie go miał.
Tańsze Certiny i Tissoty to także konserwatywna elegancja, która podkreśli twoją klasę za cenę 700-900 zł:

certina tissot

W cenach nieco wyższych znajdziesz rzeczy przepiękne i z klasą na tyle wysoką, że nie będziesz się swojego zegarka wstydził nawet na poważnych rozmowach handlowych w koncernie międzynarodowym. Bywają różne w wyglądzie, ale nawet ktoś z zacięciem sportowym znajdzie bez problemu coś fascynującego.
Jak na przykład Certinę DS Action:

Certina Action

Chociaż na okazje służbowe lepsze będą zegarki spokojniejsze, kosztują zwykle między 1200 a 1800 zł:

Tislalode

hamilton

Stowa

I wreszcie creme de la creme z tej półki cenowej. Przepiekna MECHANICZNA Davosa. Niestety zegarki mechaniczne mają tolerancję od kilku do kilkunastu sekund spóźnienia na dobę i trzeba pamiętac o jej nakręcaniu. Ale zegarek mechaniczny ma taką duszę i taka klasę, że warto się poświęcić:

Davosa

4. ZEGARKI LUKSUSOWE
Do tej strefy zakupowej znakomita wiekszość ludzi nigdy w życiu nie dotrze. Ale jeżeli kiedyś będziesz mógł i miał możliwość, zakochaj się i kup coś, co będzie ci służyło do końca życia.

Absolutnie boski, genialny i wielki. Cóż tu dużo mówić, po prostu chodząca magia. Breitling Avenger Seawolf Chrono.
Uważaj, to aktualnie najczęściej podrabiany zegarek świata! Jeżeli kosztuje poniżej 8 tysięcy złotych (żadnych aukcji, darling, żadnych eBayów i Allegro), trzymaj się od niego z daleka. Chyba, że sprawdzisz go u dobrego zegarmistrza.

Breitling

A gdy już przestaniesz być rozwydrzonym bachorem i uznasz, że czas stać się dorosłym, spokojnym, bogatym mężczyzną, zaczniesz kupować zegarki najbardziej klasyczne z klasycznych. Jak ten złoty Audemars Piguet.

I co z tego, że spóźni się dziesięć sekund na dobę?
Że nikt nie będzie wiedział, co to kurde jest?
Nie muszą wiedzieć. Ruski plebs kupuje Maurice’a Lacroixa lub Patka Philippe’a, mężczyzna z prawdziwą klasą jeśli nawet nie kupuje (bo go nie stać lub boi się go nosić) to kocha bezgranicznie i miłością nieskończoną takie właśnie cudo:

Audemars Piguet

5. KAŻDY LEPSZY NIŻ ŻADEN
W zasadzie powinienem to napisać na początku. Otóż nie ma większej wiochy i słomy z butów niż nie noszenie zegarka w ogóle i sprawdzanie godziny na komórce. W tym miejscu już nawet nie chcę marnować wyzwisk, które zostawię sobie na jakiś kolejny temat.

Bo mężczyzna nosi zegarek. Nawet jeśli będzie to Wostok.

Przed zakupem zawsze poczytaj i zapytaj mądrzejszych: Klub Miłośników Zegarów i Zegarków

Reklamy

LG Prada, Samsung Armani…

2008-05-09

Garfield - new cellular phone

Sterroryzowało mnie Google. Codziennie na tego bloga wchodzi po kilka osób szukających informacji o wymienionych w tytule markach. Złamałem się po prawie miesiącu i postanowiłem dopisać posłowie do mojego tekstu o booooooskich aczkolwiek kompletnie nonsensownych telefonach:

1. Zarówno LG Prada jak i Samsung Armani mają słabe baterie: producenci kłamią jak Ziobro, w rzeczywistości przy standardowym używaniu trzeba je ładować co drugi dzień.

2. Jak rozwaliłeś ekran dotykowy, możesz zapomnieć o naprawie. Jest ona możliwa, ale będzie kosztować więcej, niż zakup nowego aparatu na eBayu czy innym Allegro. Następnym razem kup Nokię za 50 złotych i nią się napier*alaj pod dyskoteką. 🙂

3. Ani LG Prady ani Samsung Armaniego nie mają GPS i nie ma możliwości zainstalowania żadnej aplikacji tego typu: odbiornik GPS to nie sam software, ale również moduł elektroniczny – a te aparaty po prostu go nie mają i już. Nie wszystko z dużym ekranem ma głupie zabawki; nawet jeśli to coś samo w sobie jest głupią zabawką. 🙂

4. Trzeba być idiotą, żeby kupować Armaniego w Erze, która liczy sobie za niego 2.800 złotych podczas gdy nie zablokowany, półkowy telefon można kupić w sklepach internetowych (w Polandii) za 1.350 zł, na Allegro za 1.100 a w Londynie za równowartość poniżej tysiąca złotych.
O osobach myślących nad podpisaniem cyrografu za 300 zł miesięcznie w zamian za obniżkę ceny aparatu do 400 zł wspaniałomyślnie wypowiadać się dzisiaj nie będę; język mój obelżywy zachowam na inne okazje.

5. USB driver do Samsunga P520 (czyli Armaniego) można znaleźć na stronie producenta, tamże jest również wielojęzyczna instrukcja obsługi.

Howgh.

LG, Prada czy Armani? To jasne: modu.

2008-03-29

Gdy Apple zapowiedział wypuszczenie na rynek iPhone’a, światek gadżeciarzy podzielił się na dwie części. Jedna na dzień dobry ustawiła iPhone’owi pomnik na wysokim piedestale i własną piersią broniła go do upadłego – choć nikt nie miał jeszcze tego cuda w ręku. Druga część z kolei z góry oświadczyła, że będzie to drogie w chuj gówno nastawione na górę zysku i jak najszybsze zepsucie się.
Niestety ci drudzy mieli rację: iPhone okazał się ciężką, niedopracowaną cegłą (już nawet trudno policzyć ile update’ów oprogramowania Apple opublikował) ze słabiutką baterią (ach, ta radość codziennego dokarmiania), która na dokładkę wyraźnie pochodziła z chińskiej wyprzedaży, wytrzymując zaledwie 500 sesji ładowań. Apple zawsze umiało dbać o swój interes, zatem bateryjkę tę do iPhone’a… przyspawało. W związku z tym nie da się normalnie, w cywilizowany sposób jej wymienić – musisz wysłać swoje cudo do Hameryki a po dwóch miesiącach odebrać swój magiczny telefon (?) z powrotem – z nową baterą, czy też raczej nową obudową.
Jak sobie wyobrażę przeciętnego dzisiejszego gadżeciarza, który miałby przetrwać dwa miesiące bez telefonu komórkowego, pusty śmiech mnie ogarnia. Z kolei złośliwy chichot wywołałaby u mnie mina tegoż gadżeciarza, gdyby przeczytał przesłany na mejla list od producenta: że dziękują za zaufanie i proszą o wpłatę 100 dolarów za nową baterię. Bo tak się dziwnie złożyło, że bateria w iPhone’ach nie podlega gwarancji i bezpłatnej wymianie nawet w pierwszym roku…

Ale oddajmy sprawiedliwość: nieudany iPhone stał się jednak kamieniem milowym telefonii komórkowej z powodu zmienionego sposobu myślenia o interfejsie. Wszyscy producenci dokładali dla swoich klientów-analfabetów (czyli szybko rosnącej większości) kolorowe ikonki. Dopiero iPhone postawił jednak na ikonkowatość do kwadratu i na dokładkę wspartą nowinką techniczną w postaci ekranu dotykowego. Takiego trochę lewego i nie do końca stuprocentowego, ale jednak.

I tym sposobem otworzyła się puszka Pandory. Bo smartphone’y wtargnęły do życia gadżeciarzy z godnym lepszej sprawy impetem, czego najlepszym dowodem telefonik LG sygnowany przez Pradę. I było to świetne: ładniejsze sto razy od iPhone’a, lżejsze, z bardziej dopracowanym oprogramowaniem (co nie znaczy, że dobrym) i dostępnym każdemu z gotówką a nie tylko tym, którzy zgodziliby się na drogi kontrakt z AT&T.

Dzisiaj zarówno iPhone jak i Prada są passe, bo w świecie technologicznym zabawki tego typu starzeją się błyskawicznie. Pradę dobiło zresztą kanibalistycznie samo LG, które wypuściło na rynek model KU990, czyli po prostu ulepszoną wersję aparatu – bez logo i… no właśnie. Koreańczycy stanęli na wysokości zadania i zepsuli wygląd tego aparatu od A do Z – zupełnie jakby planowali start w konkursie na opracowanie najbrzydszego designu wśród smartphone’ów. Zresztą popatrzcie sami:

LG KU990

Jeremy Clarkson pisał, że samochodu nie kupujemy ze względu na to, że się nie psuje, że ma dobre recenzje, że nie zeżre go rdza i mało pali – lecz tylko dlatego, że jest ładny i nam się podoba. Mniej więcej to samo przeżycie czeka klientów LG. No bo kto normalny wybrałby KU990 (ten po lewej), mając do wyboru Pradę? Dwumegowym aparatem w końcu też można zrobić zdjęcie, prawda? No i co z tego że soft wolniejszy?

Wciąż wszystko to byłoby pustym gdybaniem, jako że aparaty te ważą jak porządna porcja kotleta w barze szybkiej obsługi – 150 gramów. Brzmi nie najgorzej, dopóki nie zdefasonujesz sobie taką cegłą kieszeni od swoich spranych i trzymających się na ostatnich nitkach Dieslach. Słowem: mało to wygodne, ciężkie, w gruncie rzeczy niepotrzebne.

I wtedy przyszedł Samsung. I stała się światłość.

Jestem w zasadzie odporny na gadżety. W szczytowej euforii iPodów wybrałem brzydszego, za to tańszego i nie posiadającego głupich blokad i kretyńskich formatów muzycznych Zena. Gdy zepsuł mi się głośnik w telefonie (po półtora roku i kilkunastu upadkach), kupiłem drugi egzemplarz tego samego stareńkiego Panasonica VS6, bo uznałem, że nie potrzebuję zbędnego gadżetu, skoro to ma być przedmiot służący – jak sama nazwa wskazuje – do telefonowania a nie ograniczona empetrójka.
A zatem: lubię pierdółki i drobną elektronikę, ale nie mam na jej punkcie hopla i powału. Doskonale sobie bez nich radzę. Zresztą jak trwoga to do SE T610 ciągle mnie ciągnie (bo ładnie się sprawuje jako modem do laptopa, mimo, że nieco wolny).

Wszystko się zmieniło, gdy zobaczyłem cudeńko koprodukcji Samsunga z Giorgio Armanim. Od tej pory nie mogę myśleć o niczym innym. Prawie o połowę lżejszy: waży tylko 85 gramów, piękny jak marzenie, z dopracowaną technologią ekranu dotykowego (pełnego!).

I w gruncie rzeczy tani jak barszcz, bo dostępny już w cenie około 1200 zł. Za swojego pierwszego Panasonica w Euro-RTV zapłaciłem 940 zł, zatem różnica żadna za to rozkosz… nie do porównania. Oto zwycięzca, stojący na najwyższym możliwym piedestale:

Samsung Armani P520

Jedyną szansą na uratowanie wrzeszczącej z przerażenia karty kredytowej (właśnie spływają obciążenia za nasz majowy wypad do Londynu) może być modu. Ale on będzie dostępny dopiero jesienią, nie wiem zatem, czy wytrzymam aż tak długo.

Choć z drugiej stronu modu to już nie telefon tylko dziwaczne All-In-One. Potrzebujesz telefonu? Masz do niego sześć designów. Potrzebujesz palmtopa? Przełóż modu do innej obudowy rozszerzającej jego możliwości. Może chcesz GPS? Żaden problem: też modu. Modu to technologiczne cacko ważące mniej niż twoje karty kredytowe: ok. 40 gramów. Jeśli chcesz zajrzeć w przyszłość, obejrzyj intro i prezentację modu.

Albo pozostań przy dyskretnej, delikatnej elegancji Armaniego.

PS. Mój mąż zarzuca mi brak konsekwencji: przed paroma dniami mówiłem mu, że wszystkie Samsungi to gówno. I to jest wciąż prawda. Armani nas zachwyca wcale nie dlatego, że Samsung nagle zaczął robić dobre telefony. Armani nas zachwyca dlatego, że jest zachwycający. Over.