Posts Tagged ‘muzyka’

Hurts

2010-09-05

Sony BMG wie, jak manipulować rynkiem muzycznym i trudno nie żywić do tego koncernu szacunku. Zupełnym przypadkiem na jeden dzień przed premierą albumu „Happiness” zespół Hurts – narodzony na YouTube – wyłazi już nawet z puszki z tuńczykiem w mojej lodówce, o serwisach społecznościowych już nie wspominając.

Historia znowu taka sama, ot, kolejna wersja baśni o Kopciuszku. Clip „za 20 funtów” pojawił się w Sieci ponad rok temu i został obejrzany jakieś sześć milionów razy:

Drugie nagranie, „Blood, Tears & Gold” już miało zdecydowanie większy budżet, ale jakoś nie do końca chwyciło:

Potem było „Better Than Love”, które najlepsze jest w wersji udającej live:

I poszło już z górki – bibisowska lista Radio One i poszły konie po zagrodzie.

Pojawiły się też pierwsze remixy, jeśli ktoś lubi rytmy Freemasons, proszę bardzo:

Fani Radia Eska powinni się zachwycić tym:

Dla mnie jednak najprzyjemniejszym remiksem jest Psychosonic:

A wszystko to po to, by po raz kolejny udowodnić, że dzisiejsze biedne dzieciaki nawet własnej muzyki nie mają i bawią się przy stajlu swoich rodziców. No bo co to niby jest, jeśli nie New Romantic?

Chłopców oglądamy na żywo 10 października w Shepherd’s Bush Empire (London) od 19.00.

Hurts „Happiness”
RCA Records/Sony BMG
out: 06.09.2010

Co mi tu nie gra?

2010-03-25

Uwielbiam romanse głosów i aranżacji pseudooperowych z popkulturą.

Uwielbiam klubowy czy dance’owy rytm.

Interesują mnie wyłącznie piosenki zawierające jakąś możliwą do zagwizdania czy zapamiętania melodię. Żadnych wrzeszczących babusów czy czarnuchów z Harlemu.

I lubię też – bardziej z powodu skojarzeń niż muzycznego „mięcha” – Boya George’a, nawet jeśli jest szerszy niż wyższy.

A jednak coś mi tu nie gra i nie mam pojęcia, co. Może wy wiecie.

Lady Gaga: 35 minut sławy

2009-12-04

No dobrze, przyznam się: nowa królowa popu powaliła mnie na kolana.

Od paru lat powtarzam w żartach, że dzisiejsza młodzież jest młodzieżą tragiczną, bo nawet nie mają swojej, takiej naprawdę własnej muzyki – praktycznie cały pop opiera się na przeróbkach i „nowych spojrzeniach” na muzykę lat 80. i 90. ubiegłego wieku a próby zrobienia czegoś nowego kończą się takimi Rihannami na przykład. Na dokładkę dogasające wielkie gwiazdy przełomu wieków również powoli odchodzą w niebyt. Rozpaczliwe chwytanie się brzytwy w postaci wzywania na pomoc murzyńskich producentów, znających tylko dwa sample, skutkują takimi potworkami jak „Hard Candy” na przykład.

The Fame MonsterTymczasem Lady Gaga pokazuje, że zabawy konwencjami mogą być świeże i zabawne. Gdy przestajesz silić się na udawanie rewolucyjnego geniusza i robisz po prostu swoją robotę, niespodziewanie wychodzi z tego coś tak fantastycznego jak „The Fame Monster”, które spokojnie można nazwać trzydziestoma pięcioma minutami sławy. Bo na nowym Extended Playu Gagi nie ma ani jednej złej piosenki, osiągnięcie w dzisiejszych czasach wręcz nieprawdopodobne.

Zamawiając w pre-sejlu „Fame Monstera” znałem tylko dwie piosenki z nowej płyty: produkt z najwyższej półki finansowej „Bad Romance” (ile razy oglądałeś ten clip? Ja dobijam do setki) i uroczą balladę „Speechless”. Tę drugą rzecz jasna w wersji live z premiery w Museum of Contemporary Art w Los Angeles z udziałem Russian Ballet – żadnej innej nie było. Po zestawieniu tych dwóch nowych utworów Gagi miałem wewnętrzne przeczucie, że to będzie bardzo dobrze wydane dziesięć funtów. I jest.

Jednym z dowodów pośrednich jest to, że przez pół dnia wybierałem piosenkę, którą mogę wrzucić w tle bloga (jeśli nie słyszysz, wejdź tu przez ten adres). I autentycznie nie umiałem się zdecydować. „Bad Romance” znają już wszyscy, poza tym przy całym moim zachwycie tym songiem jest to po prostu świetny hit na dyskotekę a nie tło czytania tekstów.

Ujął mnie rzecz jasna „Alejandro”, cudowny miks „Domino Dancing” Pet Shop Boys z dawno już zmarłym poczuciem humoru lekkopółśredniej Madonny. Wszystkie członki się kiwają, szczególnie gdy masz koło siebie kogoś wywołującego nadmiar endorfin.

Pamiętasz perkusję PRL-owskiego Kombi i Classic Nouveaux? Lubisz? No to zakochasz się w piosence „Monster”.

A może rockująca ballada, hymn na cześć prościutkiej muzyki z fortepianem, gitarą i perkusją; typu „baba staje i śpiewa”? Włącz – rzecz jasna – „Speechless”.

Pamiętasz może – dorosły mężczyzno – ciemność sali gimnastycznej w podstawówcze czy liceum, z kilkoma kolorowymi lampkami i srebrną kulą? Tego boskiego Marcina w obcisłych jeansach, który niestety tulił się do jakiegoś babusa a nie do ciebie, przez co pół wieczoru łkałeś cicho w kącie? Oj, tak. „Dance In The Dark”.

Wolisz usłyszeć kawałek łączący dwa najgorętsze nazwiska amerykańskiej sceny muzycznej? Ja tylko fragmentami, do momentu gdy wchodzi Beyonce krzycząc i jojcząc, ale niech ci będzie – w końcu „Telephone” będzie drugim singlem z tej płyty.

Skoro już przy gwiazdkach typu Beyonce czy Rihanny jesteśmy, cudownie żartuje sobie z nich „So Happy I Could Die”.

A może pójdziemy w groove i mroczne zakamarki nowojorskich klubów? Tam gdzie w świetle ultrafioletu widać tylko białe zęby boskiego latynosa spod ściany? „Teeth”.

No dobrze, skoro nie mogę się zdecydować, to niech to będzie mój własny wybór. Taki, który najlepiej odzwierciedli mój obecny stan ducha a przy okazji po raz kolejny udowodni Wam, jak bardzo zły mam gust. Chodź, przystojniaku, zatańczymy w ciemnościach.

————————————
Osiem piosenek. Jedna lepsza od drugiej. Wciągające, ironiczne, stawiające na nogi.

35 minutes of The Fame Monster.

PS. Błagam, nie kradnijcie tego. To jedna z najlepszych popowych płyt ostatnich lat, jeśli na tym nie zarobią, zmniejszą jej budżet! Przecież to tylko cztery dychy a „Deluxe Edition” posłuchasz u mnie. 🙂

Zakochałem się

2009-02-06

Po jaką cholerę mamy dręczyć się słuchaniem fałszującego, sepleniącego i lecącego dyszkantem Feela, skoro zamiast polskiej podróby można posłuchać oryginału? Lepiej zaśpiewanego, lepiej zaaranżowanego, bezpretensjonalnego i z milusim clipem.

Klikamy, oglądamy i słuchamy:

The Killers - Human

You made my day

2008-07-08

No dobrze, może nie day tylko poranek, rozpoczęty tak wcześnie dzięki cholernym latającym szczurom (gołębiom znaczy się). Ale to coś, określone przez jakiegoś komentatora jutjubowego mianem „cygańskiego punku” jest taaakie fajne, że aż. 🙂
Znalezione dzieki oddalonemu.