Posts Tagged ‘Łódź’

Wolne Miasto Łódź

2010-01-18

Łódź
fot. Adrian Szenfeld, Klub Miłośników Starych Tramwajów

Jestem szczęśliwy.
Dawno już nie odczuwałem tak wysokiego poziomu prospołecznych uczuć wśród Łodzian. Chylę czoła.

Teresa zażądała konkretów

2010-01-06

Ale konkrety wymagają wielu zdań podrzędnie złożonych. No to niech będzie indeks konkretów. Jeśli ktoś rzeczywiście ich chce, niech sobie szuka w necie.

Koncert A-HA a geje z importu

2009-11-16

Tak sobie myślę czy właściciele Ganimedesa zdają sobie sprawę z potencjalnego najazdu dziesiątek albo i setek ciotek we wtorek po 23.00?

Blu Queen

2009-06-18

Wiele osób przez jakiś czas pytało mnie, dlaczego nie napisałem żadnej recenzji z otwartego zimą klubu Blu Queen. Odpowiadałem wówczas za każdym razem mniej więcej podobnie: Blu Queen jest klubem genialnym, prawdopodobnie najlepszym w Polsce i obawiam się, że gdy to napiszę to… zbankrutuje. Pamiętam bowiem swoje zachwyty nad wyremontowanym Ganimedesem, który po fantastycznym starcie wprowadził idiotyczne opłaty za wstęp (zamiast stać się klubem beforkowym) i w efekcie znowu stracił klientelę i markę. Teraz to już kompletnie nikogo nie można tam spotkać…
A może to po prostu ja i moje teksty przynoszą pecha?

Wróćmy jednak do Blu Queen. Otóż jest to wyspa cywilizacji na morzu polskiego barachła. Inspirowany przez paryski Queen Club, w którym DJ-e tacy jak Dimitri From Paris czy Claude Monnet nie są żadnymi gwiazdami tylko normalką, miał w sobie również spory ładunek londyńskiego Heaven. I ten europejski styl zamiast przyciągać, odstraszył.

Oczywiście łatwo jest wskazać błędy popełnione przez właściciela. Krytykować jest zawsze łatwo. Problem w tym, że mam wrażenie, że ja już podobną listę kiedyś tworzyłem a ludzie z kasą i pomysłem jakoś nigdy do niej nie trafili. Spróbuję zatem jeszcze raz.

Pierwszym błędem była próba stworzenia miejsca uniwersalnego, zarówno dla heteryków jak i gejów. Standard z cywilizacji. Tymczasem taki układ tutaj po prostu nie działa. Geje uciekają z miejsc w których mogą spotkać naśmiewającą się później sąsiadkę, pracującą na kasie w hipermarkecie, ale uważającą się za cud-dziewicę prawie że orleańską. Pedały chcą pedałów i tyle.

Drugim był idiotyczny dress-code pilnowany na bramce. Żadnych sportowych butów. Żadnych gości poniżej 21 roku życia. Myślę, że ideą przewodnią była próba stworzenia miejsca bez dresiarstwa, w którym mają bawić się ludzie na – cokolwiek by to nie znaczyło – „poziomie”. Tymczasem Łódź jest chyba najbardziej dresiarskim miastem w Polsce. Tym sposobem na dzień dobry wycięto znakomitą większość przychodów generowanych przez duży crowd.

Trzeci błąd polegał na błędnym określeniu targetu i co gorsza, na zakomunikowaniu tego całemu miastu. Mówię o nieoficjalnym otwarciu dla „istot wyższych” a na kolejny tydzień zaproszeniu „bydła”. Mocne wejście marketingowe zaskutkowało artykułami (pozytywnymi z założenia, tragicznymi w efekcie) w łódzkiej prasie ogólnej. W związku z tym heterycy dowiedzieli się, że otwiera się kolejna pedalarnia a zwykłe pedały, na których należało zarabiać, dowiedziały się między wierszami, że są mniej ważni i gorsi. GORSI. W Narraganset mają wpadki z obsługą, ale tam przynajmniej nikt im tego prosto w oczy nie mówi.

Z tego wynika czwarty błąd. Skoro Blu Queen chciał przyciągnąć bogatszych gejów po trzydziestce (zarówno wyoutowane jak i szafowe) i na nich się początkowo nastawił, powinien coś im dać. Niestety, stać ich na to, żeby olać miejscowe venues i pojechać raz w miesiącu do Berlina, Paryża czy Londynu. I to dokładnie robili. Bo co ich mogło przyciągnąć do łódzkiego przybytku? Podobne do nich „istoty wyższe”? No to przyszły na otwarcie, poprzymilały się do właściciela, obsypały go komplementami, wyszły i nigdy więcej nie wróciły. Bo wrzućmy na luz, po co miałyby się kisić w sosie bogatych trzydziestoparolatków z brzuszkiem, że niby lustra nie mają w domu czy co?

Piąty błąd jest klasycznym numerem łódzkim: wprowadzenie opłaty za wstęp. Tego się po prostu w mieście ze średnią pensją 1800 zł brutto nie robi. Ta dycha to często połowa całego budżetu na sobotni wieczór. Na co nam zatem potrzebny w klubie taki „plebs”? Patrz punkt czwarty. Jeżeli studenciak ma wybrać, czy wydać dychę na nieznany klub czy też pójść do starego, dobrego, śmierdzącego miejscami Narragansetu – wybiera to co zna. Zatem Narraganset może sobie pozwolić na interwencyjne zrezygnowanie z opłaty za wstęp. Pół roku wytrzyma dopóki konkurent nie padnie a potem po prostu będzie przez chwilę brał po 15 zł. Albo podwyższy zauważalnie czy „niezauważalnie” ceny drinków i wszystko się zwróci.
Nowym miejscom nie wolno robić takich rzeczy. Rezygnacja z opłat po kilku miesiącach już nie mogła przynieść efektu – klub jest w opinii dwudziestolatków spalony.

Mam ogromny sentyment do chłopców bez kasy. Ekwilibrystyka finansowa jaką wykonują, żeby fajnie się ubrać, czuć się i być atrakcyjnym i na dokładkę żeby jeszcze coś zostało nie tylko na dwa sobotnie piwa ale i na kanapkę codziennie do przyszłego tygodnia – budzi mój ogromny szacunek. To jest ekonomia typowo łódzkiej biedy ale spójrzcie o ile lepiej wyglądają i bawią się bezkasowi geje od bezkasowych heteryków z Limanki.
Nie wolno ich odrzucać, nie wolno obrażać dwukrotnym otwarciem. I trzeba wpuszczać. W końcu dresiarza rozpoznajemy nie tylko po sportowych butach, prawda? Można było ograniczyć odbijanie się od bramki do tych, którzy obok plastikowych najków zakładają też dresy adidasa.

Co zatem, drogi czytelniku, możesz teraz zrobić? No cóż, masz dwie opcje.

Po pierwsze możesz wydać 800.000 zł (Teresa, Metka: o ile pamiętam wspominaliście coś kiedyś o inwestycji w klub dla pedałów?) i Blu Queen sobie po prostu kupić. Trzeba przyznać, że fakt wystawienia Blu Queen na Allegro zaskoczył mnie i rozbawił. No ale to w końcu największy supermarket w Polsce, więc to wcale nie jest głupie. 🙂

Po drugie: możesz natychmiast, póki masz jeszcze możliwość, pójść do Blu Queen w najbliższą sobotę.
Zobaczyć miejsce, na którego odtworzenie przez długi czas nie będzie w Łodzi szans.
Posłuchać prawdziwej klubowej muzyki prosto z cywilizacji a nie kijowego umpa-umpa i zdychającej z naćpania Whitney Houston.
Napić się drinków, w których pięćdziesiątka jest pięćdziesiątką a nie opisaną drobnymi literami czterdziestką.
Zatańczyć w światłach, które znajdziesz najbliżej 800 km od Łodzi.

Być przez chwilę w centrum Europy.

A poza tym uważam, że „Rzeczpospolita” powinna zbankrutować.

Narraganset: cisza nad trumną?

2008-07-12

Minął już tydzień z okładem od otwarcia nowego Narragansetu a ja wciąż nie mogę znaleźć na żadnym blogu recenzji czy też choćby ogólnego opisu jak ta cała impreza się udała. Najprostsze rozwiązanie – pójść i sprawdzić samodzielnie – nie wchodzi w rachubę z powodu mojego wrodzonego lenistwa: mam lepsze sposoby na zmarnowanie sobotniego wieczoru i bezsensowne wydanie dwóch stów. Wciąż jednak czekam aż się któryś z przetrzebionego grona bloggerów otrząśnie i odezwie. Może było tak cudownie? A może, co chyba bardziej prawdopodobne, zapadła już kompletna cisza nad tą trumną?

Jeszcze trochę a wyślę tam Teresę na rozpierduchę. Ona w takich sprawach jest niezastąpiona, szczególnie po szóstym łyskaczu. 😉

ŁTR działał dwa dni

2008-07-04

Gdy wsiadłem po raz pierwszy do Pesy 122N, obsługującej tzw. Łódzki Tramwaj Regionalny (bo „region łódzki” składa się z terenu od granicy Łodzi do granicy Łodzi, gdyby ktoś jeszcze nie wiedział), zaatakowały mnie dwie sprzeczne myśli. Pierwsza: tu nawet jest klimatyzacja. Druga: ile czasu potrzebuje łódzki plebs, żeby go zrujnować?

Odpowiedź na drugie pytanie jeszcze musi zaczekać, bo limanka chyba postanowiła pobić rekord Guinessa wstrzemięźliwości. Pierwsza myśl zaś już jest nieaktualna: gdy wsiadłem do 11 po raz drugi, trzeciego lipca, klimatyzacja już była wyłączona a malutkie okienka uchylone. I tak skończył się piękny sen, bo cały ten tramwaj bez klimy jest kompletnie niewart tych 9 milionów – szwabskie ruiny obsługujące linię 46 też są ciche, też na nowych szynach nie trzęsą, za to kosztują dokładnie sto razy mniej.

Zatem wszystko jest jak zwykle: zielona farba z trawy się zmyła i cały interes pozostawił tylko kupę kasy w kieszeni Bydgoszczan, którzy jako jedyni mają z tego korzyść.

Clubbing a rebours

2008-05-14

W ostatnią sobotę przeżyłem coś, co można nazwać prawie clubbingiem, choć słowo to dotychczas oznaczało dla mnie coś innego. Jeżeli jednak uznamy, że można tak określić najprostszą formę włóczenia się po knajpach, to był to clubbing. 🙂
Zresztą nie mogło to być klasyczne dokonanie, skoro poszedłem ja, Teresa i Gotycki. Trzy stare, bogate cioty wypuszczone z ciężkiej sztuki („Osaczeni” w Jaraczu) z pochlapanymi błotem ciuchami: toż to już brzmi nie najlepiej. Tym bardziej, że jedyny przedstawiciel wieku pre-starczego, czyli mój mąż, pojechał z bólami brzucha do domu.

Pospektaklowe humory (sztuka była z serii „żyletką po mózgu”, tym razem o psychicznych problemach rosyjskich żołnierzy, którzy wrócili z Czeczenii) poprawiliśmy sobie w Peronie 6, gdzie Teresa udawała po raz kolejny koneserkę piw pszenicznych, ja zamówiłem kolejkę specjalną złożoną z Guinessa i Urbocka, Gotycki zaś jako jedyny zachował się prawie normalnie, testując jakiś dziwny browar nie wiadomo skąd.

W drodze do centrum próbowaliśmy zajrzeć do Jazzgi. Na podwórku stadko młodych ludzi, których obecność tam nas chwilowo zdziwiła. Przy wejściu okazało się jednak, że w klubie będzie koncert. Punk electro. Na samo zestawienie tych dwóch słów wszystkie pozostałe włosy stanęły nam dęba; doszliśmy do wniosku, że na kwietniku rozsiadła się – paradoksalnie – najlepsza i najmądrzejsza część klienteli. Poszliśmy precz.

Gdzieś po drodze, ale naprawdę nie pamiętam gdzie, była „Rezydencja”. Coś mi się kojarzy, że w okolicach dawnej „Fabryki”, ale głowy nie dam. Nie do końca pamiętam wygląd tego lokalu, ale szukaliśmy czegoś innego, zatem nawet nie próbowaliśmy forsować oporu tłustawego selekcjonera. Ale jakoś mam ochotę tam wrócić, więc kto wie.

Gdzieś po drodze dotarliśmy do Lizard Kinga, w którym rzecz jasna była jakaś straszna gromada ludzi i zero czegokolwiek do siedzenia. I wtedy – chyba po raz pierwszy w życiu – postanowiłem wykorzystać swoją starość, lekko powalone ciuchy i portfel celem osiągnięcia korzyści. Znaczy się podszedłem do kelnerki i zapytałem: „Trzech głodnych i spragnionych chciałoby coś zjeśc i wypić, jest pani w stanie coś na to poradzić?”. Dziewczyna otaksowała mnie od stóp do głów, rzuciła okiem na towarzyszy, po czym… zaprowadziła do najlepszgo stolika na podwyższeniu (loży?), z którego zdjęła kartkę „Rezerwacja” i wręczyła menu…
A zatem: starość i siwe włosy w bródce mają swoje zalety. Nawiasem mówiąc: w Lizard Kingu polecam deskę serów i wędlin do piwka i unikanie lokalu w czasie występów na żywo (uszy!!!).

Wieczorek oczywiście skończyliśmy w Łodzi Kaliskiej, no bo gdzieżby indziej starsi panowie trzej mogli robić le grande finale?

Ucieszyłem się, że w każdym wieku da się clubbingować, jeżeli tylko uznamy, że słowo to nie oznacza konieczności spędzenia 10 godzin w huku electro i house’u. Mam ochotę nawiedzić jeszcze parę miejsc przy innej może okazji: Kontrasty, Pewex (z ciekawości, czy przy muzie mojego dzieciństwa da się wytrzymać dłużej niż kwadrans), Czekoladę (mam nadzieję, że nie przesadzili w pretensjonalności),
Zapewne nie dotrę nigdy do Improwizacji, no bo co by mi się musiało stać, żebym miał ochotę na nocne spacery po Stefanowskiego? Boję się też KoKoo, bo kompletnie nie mam pojęcia, czymże to miejsce być zamierza. Domyślam się za to, czym jest Honey Bunny, więc jakoś mnie tam nie ciągnie – w końcu Utopia może być tylko jedna a nie ma niczego gorszego niż podróby. To już lepiej spędzić wieczór w czymś bezpretensjonalnym, bezmarkowym, może nawet lekko biednym – za to specyficznym i nie udającym niczego, czym nie jest. Biblioteka się kłania na przykład.

Jakby ktoś miał jeszcze jakieś propozycje, proszszszszszsz.