Posts Tagged ‘Lady Gaga’

Białych ;-)

2011-12-23

No nie wiem

2010-11-27

Jakieś takie lekko wtórne, zalatuje „Speechless” na odległość.

Don’t call my name, Nazi

2010-06-08

…czyli kolejne osiem minut zapomnienia; tym razem mrocznego, mało przyjemnego i nie bardzo związanego z tekstem gdyby się temu bliżej przyjrzeć.
Polowałem, polowałem i udało się: byłem 305 osobą na świecie, która obejrzała ten clip. 🙂 Oglądamy rzecz jasna na pełnym ekranie.

Alejandro – za tydzień

2010-06-01

Od chwili, gdy otworzyłem po raz pierwszy „The Fame Monster”, miałem nadzieję, że singlami z tej płyty będą również „Alejandro” i „Dance in the Dark”. Chociaż domyślałem się w kąciku umysłu, że nie po to Interscope dogadało się z Universalem w sprawie duetu z Beyonce, żeby to potem puścić w niepamięć. Clip do „Telephone” jest absolutnie genialny, ale do samej piosenki nadal nie mogę się przekonać. Nadal uważam ją za najgorszą na tej płycie.

„Alejandro” jest trzecim singlem a ja drepczę w miejscu nie mogąc się doczekać clipu. Będzie w poniedziałek 7 czerwca. I już jest w Top 10, co oznacza, że jesteśmy w połowie rekordu Michaela Jacksona i jego „Thrillera”, który wsadził do Top 10 sześć piosenek.

A zadziwiające jest to, że clipu jeszcze nie ma a parodie rzecz jasna już poszły w Sieć. Głupie to jak but z lewej nogi, ale już uzbierało milion wyświetleń:

Still waiting. 🙂

Lady Gaga & Beyonce jako lesbijki

2010-03-13

Ech, żeby wszystkie lesbijki były takie jak one, to może bym nawet tę część populacji polubił. 🙂

Oglądamy WYŁĄCZNIE na pełnym ekranie. Ikonka na dole, druga od prawej. I koniecznie wybieramy rozdzielczość 720p.

Alexander McQueen & Lady Gaga

2010-02-18

Lady Gaga: 35 minut sławy

2009-12-04

No dobrze, przyznam się: nowa królowa popu powaliła mnie na kolana.

Od paru lat powtarzam w żartach, że dzisiejsza młodzież jest młodzieżą tragiczną, bo nawet nie mają swojej, takiej naprawdę własnej muzyki – praktycznie cały pop opiera się na przeróbkach i „nowych spojrzeniach” na muzykę lat 80. i 90. ubiegłego wieku a próby zrobienia czegoś nowego kończą się takimi Rihannami na przykład. Na dokładkę dogasające wielkie gwiazdy przełomu wieków również powoli odchodzą w niebyt. Rozpaczliwe chwytanie się brzytwy w postaci wzywania na pomoc murzyńskich producentów, znających tylko dwa sample, skutkują takimi potworkami jak „Hard Candy” na przykład.

The Fame MonsterTymczasem Lady Gaga pokazuje, że zabawy konwencjami mogą być świeże i zabawne. Gdy przestajesz silić się na udawanie rewolucyjnego geniusza i robisz po prostu swoją robotę, niespodziewanie wychodzi z tego coś tak fantastycznego jak „The Fame Monster”, które spokojnie można nazwać trzydziestoma pięcioma minutami sławy. Bo na nowym Extended Playu Gagi nie ma ani jednej złej piosenki, osiągnięcie w dzisiejszych czasach wręcz nieprawdopodobne.

Zamawiając w pre-sejlu „Fame Monstera” znałem tylko dwie piosenki z nowej płyty: produkt z najwyższej półki finansowej „Bad Romance” (ile razy oglądałeś ten clip? Ja dobijam do setki) i uroczą balladę „Speechless”. Tę drugą rzecz jasna w wersji live z premiery w Museum of Contemporary Art w Los Angeles z udziałem Russian Ballet – żadnej innej nie było. Po zestawieniu tych dwóch nowych utworów Gagi miałem wewnętrzne przeczucie, że to będzie bardzo dobrze wydane dziesięć funtów. I jest.

Jednym z dowodów pośrednich jest to, że przez pół dnia wybierałem piosenkę, którą mogę wrzucić w tle bloga (jeśli nie słyszysz, wejdź tu przez ten adres). I autentycznie nie umiałem się zdecydować. „Bad Romance” znają już wszyscy, poza tym przy całym moim zachwycie tym songiem jest to po prostu świetny hit na dyskotekę a nie tło czytania tekstów.

Ujął mnie rzecz jasna „Alejandro”, cudowny miks „Domino Dancing” Pet Shop Boys z dawno już zmarłym poczuciem humoru lekkopółśredniej Madonny. Wszystkie członki się kiwają, szczególnie gdy masz koło siebie kogoś wywołującego nadmiar endorfin.

Pamiętasz perkusję PRL-owskiego Kombi i Classic Nouveaux? Lubisz? No to zakochasz się w piosence „Monster”.

A może rockująca ballada, hymn na cześć prościutkiej muzyki z fortepianem, gitarą i perkusją; typu „baba staje i śpiewa”? Włącz – rzecz jasna – „Speechless”.

Pamiętasz może – dorosły mężczyzno – ciemność sali gimnastycznej w podstawówcze czy liceum, z kilkoma kolorowymi lampkami i srebrną kulą? Tego boskiego Marcina w obcisłych jeansach, który niestety tulił się do jakiegoś babusa a nie do ciebie, przez co pół wieczoru łkałeś cicho w kącie? Oj, tak. „Dance In The Dark”.

Wolisz usłyszeć kawałek łączący dwa najgorętsze nazwiska amerykańskiej sceny muzycznej? Ja tylko fragmentami, do momentu gdy wchodzi Beyonce krzycząc i jojcząc, ale niech ci będzie – w końcu „Telephone” będzie drugim singlem z tej płyty.

Skoro już przy gwiazdkach typu Beyonce czy Rihanny jesteśmy, cudownie żartuje sobie z nich „So Happy I Could Die”.

A może pójdziemy w groove i mroczne zakamarki nowojorskich klubów? Tam gdzie w świetle ultrafioletu widać tylko białe zęby boskiego latynosa spod ściany? „Teeth”.

No dobrze, skoro nie mogę się zdecydować, to niech to będzie mój własny wybór. Taki, który najlepiej odzwierciedli mój obecny stan ducha a przy okazji po raz kolejny udowodni Wam, jak bardzo zły mam gust. Chodź, przystojniaku, zatańczymy w ciemnościach.

————————————
Osiem piosenek. Jedna lepsza od drugiej. Wciągające, ironiczne, stawiające na nogi.

35 minutes of The Fame Monster.

PS. Błagam, nie kradnijcie tego. To jedna z najlepszych popowych płyt ostatnich lat, jeśli na tym nie zarobią, zmniejszą jej budżet! Przecież to tylko cztery dychy a „Deluxe Edition” posłuchasz u mnie. 🙂

Lady Gaga

2009-07-06

Jakoś nie do końca doceniliście mój zaprogramowany serial obrazkowych notek. 🙂
Wszystko udało się zrealizować poza – już standardowo – niedzielnym Black Capem na który wybieram się czwarty czy piąty rok z rzędu i wciąż nie wychodzi. Black Cap miało przedstawiać czarno-białe zdjęcie drag queen z lat 70. (z tegoż przybytku rzecz jasna).

La cage aux folles (reprezentowane fotograficznie przez przebranego na gościnnych występach Grahama Nortona) okazał się przeuroczym musicalem z dobrym aktorstwem, boskimi kostiumami i kupą śmiechu. Nie od rzeczy dostał tytuł najlepszego musicalu na West Endzie w 2009 r. Wiele uroku dodały dobre miejsca, oglądanie go z dwudziestego rzędu mijałoby się z celem.
Swan LakeTeraz z planów pozostały nam jeszcze Les Miserables, Priscilla i ewentualnie Avenue Q, które mnie jednak osobiście jakoś nie podnieca. Czyli mamy repertuar na co najmniej dwa kolejne wyjazdy, potem będzie się trzeba ratować przebłyskami geniuszu w Sadler’s Wells.
W końcu gdzie indziej można zobaczyć Adama Coopera (tego z pierwszej, nagrodzonej przez wszystkich świętych, wersji „Swan Lake”) czy też następną produkcję Matthewa Bourne’a „Dorian Gray”? Pamiętam, że nawet zmieniłem kiedyś termin wyjazdu tylko po to, żeby zobaczyć bourne’owe jeziorko bez łabędzic na żywo i z odległości pięciu metrów (warto było!).

Gay Icons w National Portrait Gallery lekko rozczarowujące; okazało się bowiem, że całą wystawę można znaleźć w… albumie-katalogu. A nawet nieco rozszerzoną. Zatem kupiliśmy i jest do przejrzenia na Julianowie.

Co do Gay Pride to w wolnej chwili zrobię jakąś wystawkę zdjęć, bo co tu gadać, skoro trzeba oglądać. 🙂
Natomiast co do prajdowej nocy to rzecz jasna nie mieliśmy wyjścia. Legenda zobowiązuje, nie robimy tego dla przyjemności lecz dla naszych wyznawców: zatem poszliśmy do Heaven na mini-koncert Lady Gagi.
Było to najbardziej tryndowe venue w tę londyńską noc, momentami kolejka sięgała prawie Trafalgar Square (jakiś kilometr od wejścia na Villiers). Jak na „podupadający i kończący się klub, do którego nikt już nie chodzi” (ploteczka od eksa Krychy) całkiem nieźle. Daj Darwinie każdemu klubowi takie bankrutowanie.

Weszliśmy i natychmiast uciekliśmy do górnej salki z mocną klimą – było to jedyne miejsce, w którym atmosfera nie przypominała sauny. Niestety Heaven po połączeniu z dawną G-A-Y Astorią nie daje rady zapewnić wentylacji i klimatyzacji. Jeśli tego nie zmienią (dam im te pół roku, a co), trzeba będzie szukać innego miejsca na weekendowe wypady. Bo żeby w takiej atmosferze to ja przepraszam, ale za stara i za bogata jestem.

Lady Gaga okazała się dokładnie tym, czym można było przewidzieć. Gibała się na tej scence zasłaniając niepotrzebnie boskich tancerzy, chrypiała nieco do mikrofonu, udowadniając totalny brak głosu i talentu. Typowa gwiazdka jednego sezonu. No ale teraz dzieci potrzebują jakichś szybkich, jednorazowych Gay Icons, no to mają. Szacunek wzbudza jej zdrowe podejście do interesu, bo sama na prawo i lewo mówi w wywiadach, że ona to ani szczególnie genialna ani wyjątkowa wcale nie jest i po prostu miała kupę szczęścia. W zasadzie – nic dodać, nic ująć. Ale póki jeszcze może chodzić w lateksach, niech chodzi, co mi tam…

Lady Gaga

A poza tym uważam, że „Rzeczpospolita” powinna zbankrutować.