Głównym problemem książek wychodzących o dwadzieścia lat za późno jest konieczność stawienia czoła najpoważniejszemu zagrożeniu: zestarzeniu się. Dokładnie to samo dotyczy choćby filmów: wielki, niepowtarzalny, nowatorski “Obywatel Kane” jest dzisiaj nudnym, przegadanym, długim jak zużyte kalesony, manierycznym badziewiem. To samo dotyczy “Pancernika Potiomkina”, który jest absolutnie nie do oglądania; kultowych “Gremlinów” (obejrzysz: zepsujesz sobie wspomnienie) czy pretensjonalnego, jak się okazuje, “E.T.”.
Z “Zatoką Ostów” jest podobnie.
Ileż ja bym dał, żeby coś takiego przeczytać w 1991 roku, kiedy to kształtowała się moja gejowskia samoświadomość. Byłaby to dla mnie pozycja kultowa i przeczytana ze sto razy – podobnie jak w połowie lat 80. “Dzieci z dworca Zoo” Christiane F. O ile jednak “Dzieci…” skutecznie wyleczyły mnie z pomysłów przypalania jointa i innych “lekkich” dragów, to “Zatoka…” nie wyleczyłaby mnie z homoseksualizmu, tylko z głupiej maniery ukrywania się i życia w szafie. Bo morał tej książki jest absolutnie uniwersalny, tyle tylko, że nikt go nigdy nie stosuje w praktyce. Brzmi on: “nie odkładaj ważnych rzeczy na później, bo mogą się okazać niewykonalne”.
Jest tak z miłością, związkami, pracą, karierą, emigracją czy czym tam sobie jeszcze wymarzysz.
I dlatego “Zatoka Ostów” jest warta przeczytania. Nie tylko jako pomnik homoseksualisty z epoki pierwszej “Solidarności”. Także jako źródło informacji dla współczesnych, ujawnionych i świadomych gejów, co takiego dzieje się w powalonych mózgach tzw. “biseksów”, robiących za heteroli na zewnątrz i pieprzących się bez gumy z pierwszym lepszym fiutem w dark-roomie. Bo normalny, w miarę otwarty gej w dzisiejszych czasach nie jest w stanie sobie uświadomić, jakimi pokrętnymi drogami te umysły chadzają. Co prawda nie byłbym pewien, czy zajmowanie się takimiż umysłami w ogóle ma sens, ale dla mnie, głodnego poznawania homo-sapiens w różnych jego odmianach, jest to rzecz ciekawa.
Oczywiście to jest również romansidło. Męski pół-heteryk zakochuje się na greckiej plaży w anielskim chłopcu z blond-włoskami do ramion; wschodzi i zachodzi słońce; stary Grek łowi ryby starodawnym sposobem i piecze je prawie na miejscu; piasek zgrzyta pod stopami i te sprawy. Wszystko jest jak trzeba, żeby sobie wyjąć chusteczkę i smarknąć. Mocno to nierealne (ale niby czemu miałby to być zarzut, skoro najwięcej przyjemności kobietom sprawiają Harlequiny?), wyidealizowane i łatwe do przewidzenia. Ale takiej literatury nie tylko nie było na przełomie lat 80. i 90. ubiegłego wieku – nie ma jej także dzisiaj. Jedna jaskółka w postaci “Berka” jeszcze wiosny nie czyni.
I w tej ostatniej, nielubianej przez recenzentów dziedzinie, “Zatoka Ostów” jest niepokonana. Nie może być pierwszą powieścią gejowską III RP, bo wyszła za późno. Ale jest pierwszym gejowskim romansem wieku XXI. I dlatego to dobrze, że jednak wyszła.
Teraz czekam jeszcze tylko na “Kochanka czerwonej gwiazdy”, trzymając kciuki.
Tadeusz Olszewski, Zatoka Ostów, Latarnik 2008
Tagi: Grecja, PRL, solidarność
29 czerwiec 2008 o 2:22 pm
jestem właśnie w trakcie czytania “Zatoki” i co prawda nie gustując specjalnie w sielskich romansach muszę stwierdzić że czyta się dobrze( skoro Grochola czyta się dobrze to dlaczego Olszewski nie) a tak poza tym zastanawia mnie właśnie to czy i na ile zmieniło by sytuację LGBT wydanie tej książki kiedy powstała
29 czerwiec 2008 o 3:39 pm
Istotnie, powieść Tadeusza Olszewskiego miała historycznego pecha – czasy, w których powstała, nie sprzyjały jej wybitnie, gdyż tzw. “naród” miał ważniejsze problemy. Tym niemniej pozostała świadectwem pewnej epoki, a przy tym ma jednak wymiar uniwersalny: opowiada przecież o miłości i poznawaniu samego siebie, a te sprawy dotyczą ludzi wszędzie i zawsze.
A “Kochanek…” powinien pozostać literacką legendą, bo obecnie mógłby raczej rozczarować czytelników