LG, Prada czy Armani? To jasne: modu.
Gdy Apple zapowiedział wypuszczenie na rynek iPhone’a, światek gadżeciarzy podzielił się na dwie części. Jedna na dzień dobry ustawiła iPhone’owi pomnik na wysokim piedestale i własną piersią broniła go do upadłego - choć nikt nie miał jeszcze tego cuda w ręku. Druga część z kolei z góry oświadczyła, że będzie to drogie w chuj gówno nastawione na górę zysku i jak najszybsze zepsucie się.
Niestety ci drudzy mieli rację: iPhone okazał się ciężką, niedopracowaną cegłą (już nawet trudno policzyć ile update’ów oprogramowania Apple opublikował) ze słabiutką baterią (ach, ta radość codziennego dokarmiania), która na dokładkę wyraźnie pochodziła z chińskiej wyprzedaży, wytrzymując zaledwie 500 sesji ładowań. Apple zawsze umiało dbać o swój interes, zatem bateryjkę tę do iPhone’a… przyspawało. W związku z tym nie da się normalnie, w cywilizowany sposób jej wymienić - musisz wysłać swoje cudo do Hameryki a po dwóch miesiącach odebrać swój magiczny telefon (?) z powrotem - z nową baterą, czy też raczej nową obudową.
Jak sobie wyobrażę przeciętnego dzisiejszego gadżeciarza, który miałby przetrwać dwa miesiące bez telefonu komórkowego, pusty śmiech mnie ogarnia. Z kolei złośliwy chichot wywołałaby u mnie mina tegoż gadżeciarza, gdyby przeczytał przesłany na mejla list od producenta: że dziękują za zaufanie i proszą o wpłatę 100 dolarów za nową baterię. Bo tak się dziwnie złożyło, że bateria w iPhone’ach nie podlega gwarancji i bezpłatnej wymianie nawet w pierwszym roku…
Ale oddajmy sprawiedliwość: nieudany iPhone stał się jednak kamieniem milowym telefonii komórkowej z powodu zmienionego sposobu myślenia o interfejsie. Wszyscy producenci dokładali dla swoich klientów-analfabetów (czyli szybko rosnącej większości) kolorowe ikonki. Dopiero iPhone postawił jednak na ikonkowatość do kwadratu i na dokładkę wspartą nowinką techniczną w postaci ekranu dotykowego. Takiego trochę lewego i nie do końca stuprocentowego, ale jednak.
I tym sposobem otworzyła się puszka Pandory. Bo smartphone’y wtargnęły do życia gadżeciarzy z godnym lepszej sprawy impetem, czego najlepszym dowodem telefonik LG sygnowany przez Pradę. I było to świetne: ładniejsze sto razy od iPhone’a, lżejsze, z bardziej dopracowanym oprogramowaniem (co nie znaczy, że dobrym) i dostępnym każdemu z gotówką a nie tylko tym, którzy zgodziliby się na drogi kontrakt z AT&T.
Dzisiaj zarówno iPhone jak i Prada są passe, bo w świecie technologicznym zabawki tego typu starzeją się błyskawicznie. Pradę dobiło zresztą kanibalistycznie samo LG, które wypuściło na rynek model KU990, czyli po prostu ulepszoną wersję aparatu - bez logo i… no właśnie. Koreańczycy stanęli na wysokości zadania i zepsuli wygląd tego aparatu od A do Z - zupełnie jakby planowali start w konkursie na opracowanie najbrzydszego designu wśród smartphone’ów. Zresztą popatrzcie sami:

Jeremy Clarkson pisał, że samochodu nie kupujemy ze względu na to, że się nie psuje, że ma dobre recenzje, że nie zeżre go rdza i mało pali - lecz tylko dlatego, że jest ładny i nam się podoba. Mniej więcej to samo przeżycie czeka klientów LG. No bo kto normalny wybrałby KU990 (ten po lewej), mając do wyboru Pradę? Dwumegowym aparatem w końcu też można zrobić zdjęcie, prawda? No i co z tego że soft wolniejszy?
Wciąż wszystko to byłoby pustym gdybaniem, jako że aparaty te ważą jak porządna porcja kotleta w barze szybkiej obsługi - 150 gramów. Brzmi nie najgorzej, dopóki nie zdefasonujesz sobie taką cegłą kieszeni od swoich spranych i trzymających się na ostatnich nitkach Dieslach. Słowem: mało to wygodne, ciężkie, w gruncie rzeczy niepotrzebne.
I wtedy przyszedł Samsung. I stała się światłość.
Jestem w zasadzie odporny na gadżety. W szczytowej euforii iPodów wybrałem brzydszego, za to tańszego i nie posiadającego głupich blokad i kretyńskich formatów muzycznych Zena. Gdy zepsuł mi się głośnik w telefonie (po półtora roku i kilkunastu upadkach), kupiłem drugi egzemplarz tego samego stareńkiego Panasonica VS6, bo uznałem, że nie potrzebuję zbędnego gadżetu, skoro to ma być przedmiot służący - jak sama nazwa wskazuje - do telefonowania a nie ograniczona empetrójka.
A zatem: lubię pierdółki i drobną elektronikę, ale nie mam na jej punkcie hopla i powału. Doskonale sobie bez nich radzę. Zresztą jak trwoga to do SE T610 ciągle mnie ciągnie (bo ładnie się sprawuje jako modem do laptopa, mimo, że nieco wolny).
Wszystko się zmieniło, gdy zobaczyłem cudeńko koprodukcji Samsunga z Giorgio Armanim. Od tej pory nie mogę myśleć o niczym innym. Prawie o połowę lżejszy: waży tylko 85 gramów, piękny jak marzenie, z dopracowaną technologią ekranu dotykowego (pełnego!).
I w gruncie rzeczy tani jak barszcz, bo dostępny już w cenie około 1200 zł. Za swojego pierwszego Panasonica w Euro-RTV zapłaciłem 940 zł, zatem różnica żadna za to rozkosz… nie do porównania. Oto zwycięzca, stojący na najwyższym możliwym piedestale:

Jedyną szansą na uratowanie wrzeszczącej z przerażenia karty kredytowej (właśnie spływają obciążenia za nasz majowy wypad do Londynu) może być modu. Ale on będzie dostępny dopiero jesienią, nie wiem zatem, czy wytrzymam aż tak długo.
Choć z drugiej stronu modu to już nie telefon tylko dziwaczne All-In-One. Potrzebujesz telefonu? Masz do niego sześć designów. Potrzebujesz palmtopa? Przełóż modu do innej obudowy rozszerzającej jego możliwości. Może chcesz GPS? Żaden problem: też modu. Modu to technologiczne cacko ważące mniej niż twoje karty kredytowe: ok. 40 gramów. Jeśli chcesz zajrzeć w przyszłość, obejrzyj intro i prezentację modu.
Albo pozostań przy dyskretnej, delikatnej elegancji Armaniego.
PS. Mój mąż zarzuca mi brak konsekwencji: przed paroma dniami mówiłem mu, że wszystkie Samsungi to gówno. I to jest wciąż prawda. Armani nas zachwyca wcale nie dlatego, że Samsung nagle zaczął robić dobre telefony. Armani nas zachwyca dlatego, że jest zachwycający. Over.
8 kwiecień 2008 @ 8:26 pm
“Jestem w zasadzie odporny na gadżety.”
A poza tym:
1. w zasadzie słucham Ojca-Dyrektora
2. w zasadzie lubię posuwać biuściaste blondyny
3. w zasadzie nie piję alkoholu
4 w zasadzie zachwycam się wyglądem znajomych, gdy przypominają kupę gówna
itd