Czasem podczas oglądania wielkiej filmowej sceny nachodzi mnie jakiś trudny do określenia niepokój, cichy smutek, sekunda ciszy. W tych chwilach skupia się w zasadzie odpowiedź na pytanie o sens życia.
Jedną z takich scen jest piosenka Amado Mio. Widzę Ritę Hayworth – wystylizowaną, piękną, wręcz nieludzką. I jednocześnie przypominam sobie koniec jej życia: opuszczoną, samotną, z mózgiem rozsypanym wskutek choroby Alzheimera. Ujawniała symptomy zrozumienia otoczenia tylko w chwilach, gdy słyszała swoje piosenki – takie jak Amado Mio, mniej burdelowe i znane, ale bardziej frywolne od “Put The Blame On Mame”.
Najsłynniejszą sceną Grety Gustafsson jest oczywiście finał “Królowej Krystyny”, ale tu wszystko jest proste jak świński ogonek: cała ta scena nadaje się idealnie do ilustracji kawałka życia każdego człowieka. W końcu wszyscy wcześniej czy później kogoś lub coś żegnają. Patrząc na Gretę przypominam sobie jej wielkie odejście po klęsce kasowej “Ninoczki”. I cichy żywot, z dala od świateł rampy, kamer i fleszy.
A wczoraj zobaczyłem kolejną wielką scenę, którą dołączam do tej króciutkiej listy niezapomnianych: “Tango Notturno”.
Rozpaczliwie walczącą o zachowanie kariery Polę Negri życie rzuciło do hitlerowskich Niemiec, ostatniego miejsca na świecie w latach 30., w którym była wielką i niezapomnianą gwiazdą. Możemy się zastanawiać, czy powinna występować w sześciu filmach UFy nakręconych pod czułą opieką Goebbelsa (w tym w “Mazurka”, ulubionym filmie Hitlera). Ale jakie prawo do krytyki takich zachowań ma przedstawiciel narodu, który z pełną świadomością poszedł – przypadkiem tylko nieudaną – drogą faszyzmu w XXI wieku?
Pola Negri wyjechała z Niemiec na chwilę przed rozpoczęciem II Wojny Światowej i po jednorazowym romansie z kamerą zaszyła się na ranczu praktycznie do końca życia. Z epoki kina dźwiękowego pozostało nam między innymi “Tango Notturno”, dopracowane i świetne.
Nie wiem, kto wpadł na ten pomysł, ale za stworzenie Kinematografu należą się brawa.