Korelowanie wszystkich niezbędnych dla udanego wyjazdu rzeczy (samolot, hotel, bilety na imprezy odchamiające, planowana nocka klubowa itd.) wywołuje u mnie zwykle ataki bezsenności, moczenie nocne i ogólną warkliwość.
Potem, gdy decyzje wreszcie podjęte, wszystko się uspokaja na jakiś czas aż do świętego tygodnia przedwyjazdowego, kiedy to zaczynam budować projekcje co nie wyjdzie, co się nie uda, gdzie o czymś zapomniałem i zawaliłem itd. Na razie jestem na etapie “mam to wszystko w dupie”, co – jak pamiętam – jest sygnalem pozytywnym i oznaczającym początek końca mąk piekielnych.

Termin wybrany, musical w ciężkich bólach też (no i kto będzie zaskoczony, że “Hairspray“?) i tylko waham się, czy chcę pokazywać mężowi Havana Rakatan jako pierwszy balet w jego życiu. Z jednej strony balet nowoczesny zapewne go przynajmniej nie znudzi, a z drugiej – nie jestem przekonany, czy balet współczesny można oglądać przed wymęczeniem się przynajmniej na kilku klasycznych. Żeby docenić.
Dobrze, że przynajmniej nie muszę się martwić czy to będzie dobre – do Sadler’s Wells można iść w ciemno na cokolwiek i nigdy nie będzie szkoda wydanych pieniędzy.
Przy okazji: strasznie tani się ten Londyn zrobił, dzięki miliardom funtów pakowanym w kantorowy rynek jako lewizna, gotówka w sakwach, workach i walizkach przekraczająca wszystkie możliwe granice. W zasadzie powinienem być wdzięczny rodakom. Dzięki ich mozolnej pracy w podziemiach pubów stać mnie na dwa wyskoki na imprezy odchamiające a nie, jak to dotychczas bywało, na jeden na pobyt.
I tym sposobem znowu wychodzi na to, że ktoś haruje jak wół po to, żeby inny mógł przepuszczać kasę na głupoty.
27 luty 2008 o 3:01 pm
Stanowczo chcialbym zaprotestowac przeciwko kwalifikowaniu pieniedzy wydanych na wypady do teatru/kina/opery, jako przepuszczanie kasy na glupoty.
27 luty 2008 o 3:44 pm
To jeszcze nie pokazałeś mu Jeziora Łabędziego Matthew Bourne’a?!
27 luty 2008 o 5:33 pm
Hairspray w wersji filmowej był przerażająco beznadziejny w moim odczuciu. Byłem na nim z pewnym sympatycznym nowojorczykiem, ktory poplakal sie ze smiechu przy piosence o Baltimore
29 luty 2008 o 12:30 am
To kiedy przyjeżdżasz?