W weekend postanowiliśmy zrobić sobie wypad do muzeum. Dawno już nie byliśmy i uznaliśmy, że na wszelki wypadek należy zaprzeczyć pogłoskom o naszej wyprowadzce lub towarzyskiej śmierci. Zebraliśmy sie zatem w pięć sztuk i hajda.
W gruncie rzeczy nie bardzo mam o czym pisać. Trzy czwarte tłumu w Narraganset to heterycy, sam tłum był zresztą jakiś taki nieprzesadnie duży. Nie rozczarowała nas rzecz jasna muzyka. To ostatnie takie miejsce w Europie (w rozumieniu geograficznym a nie geopolitycznym; czyli Europie douralskiej), gdzie możesz usłyszeć Whitney Houston i nie zmiksowany Snap.
Posiedzieliśmy, zmyliśmy się w miarę szybko na jednego czy dwa drinki do Foufou i tyle. Zastanowiło mnie, że nawet nie mieliśmy ochoty krytykować czy wyzłośliwiać się na temat Narragansetu. Przywodziłoby to na myśl kopanie trupa. Wszystko zostało juz powiedziane pół roku, rok, dwa lata temu. W zasadzie mógłbym nawet przekleić jakąś starą notkę, ale szczerze mówiąc, jakoś mi się nie chce.
To już nawet sobotni wypad na obiad pod kolumnę Zygmunta przyniósł więcej emocji.
Tagi: Narraganset