Ufff. Spiąłem się i odpowiedziałem na komentarze do poprzedniej notki, choć zajęło mi to zupełnie nieplanowane dwa kwadranse. Nie będę tu wracał do clou problemu mBank/Visa, to pozostawiam na dalsze kłótnie pod poprzednią notką.
Uderzyło mnie jednak coś innego. Otóż spod zamieszczonych tam komentarzy wyziera mocna chęć obrony marki, z którą komentujący czują się związani. Objawiło mi to po raz kolejny, jakie spustoszenie wywołał w umysłach ludzi marketing i obrandowane życie.
W gruncie rzeczy co takiego bowiem napisałem? Że mBank to tani bank, który oszczędza na czym może, co wpływa na bezpieczeństwo klientów. Tymczasem z komentarzy widzę, że niektórzy odebrali ten tekst prawie jak osobisty atak w stylu “jesteś stary, głupi, łysy, beznadziejny i idź się powieś”. Bronią brandu mBank, choć nie mają z nim nic wspólnego i na nim nie zarabiają. Atak na markę, której używają, traktują jak osobisty wytyk do siebie i bronią jej jak własnej matki.
Oczywiście wiem, że taki właśnie jest cel marketingu – zrobić wode z mózgu, uzależnić niczym kokaina i ciągnąć z tego kasę. Jednak zaskoczyło mnie to, jak mocno się to objawia.
Moi drodzy. mBank to taki sam biznes jak znienawidzony przez was Citi czy Inteligo. Chcą twojej kasy dając w zamian złudne usługi, których nigdy byś nie potrzebował, gdyby chęci korzystania z nich nie wyrobił u ciebie marketing. Nie jest w niczym lepszy od innych banków, poza tym, że ten kwiatek i delfinek wybrał sztab ludzi, żeby was od niego uzależnić. mBank to nie jest wasza matka, uwierzcie. To kapitalista zarabiający na sprzedawaniu czegoś, bez czego można żyć.
Używam skarpetek Hilfigera, zegarka Hilfigera i okularów Hilfigera. Ale doskonale wiem i zdaję sobie sprawę, że po pierwsze to nie jest żaden super-brand tylko normalne rzeczy dla ludzi z Bronxu. Skarpetek używam dlatego, że umiem je dobrać do całej gamy butów, które mam, a także dlatego, że niszczą się znacznie wolniej niż niewiele tańsze inne. No i dlatego, że są z bawełny a nie w 40% z przerobionych foliówek, czyli nogi mi w przeciwienstwie do większości Polaków nie śmierdzą (tak moi drodzy, to nie musi być BRAND, to musi być po prostu BAWEŁNA – i żeby było jasne, majtek to też dotyczy). Zegarek wybrałem dlatego, że ze względu na moje chude łapska żaden inny po prostu nie pasował – poza Tissotem, który jest tak klasycznie nudny, że aż się zerzygać można. Okulary po prostu mi pasują do twarzy, logo już się ściera i wcale nie myślę w związku z tym, żeby je odmalowac na nowo albo kupić następne.
Mam telefon Panasonica, ale nie dlatego, że kocham Matsushitę jak gwiazdy na niebie. Mam go dlatego, że ma duży wyświetlacz, śmiga Operą Mini po necie w każdej sytuacji i ma wygodne menu. I jest tani jak barszcz.
Używam laptopów IBMa, ponieważ wiem, że nie rozlecą się po dwóch latach, ale bez problemu wytrzymaja sześć. Pokazać wam przykład? Wpadnijcie, to ten większy. Pochodzi z 2002 roku, działa jak złoto, nic się w nim w klawiaturze nie zepsuło, jest szybszy od komputerów stacjonarnych sprzedawanych w MediaMarkcie jeszcze w 2007 roku. Drugi, mniejszy, waży kilogram z małym hakiem i wreszcie nie muszę się zastanawiać, za jakie grzechy mam dźwigać sześć kilo blachy z oprzyrządowaniem. Mam te IBMy nie dlatego, że kocham tę markę jak papierosy (oj, papierosa!!!) tylko dlatego, że się nie rozlatują i spełniają oczekiwania. MOJE oczekiwania. Oczekiwania określone PRZEZE MNIE przed zakupem.
Mam drukarkę HP nie dlatego, że czuję się taki nowoczesny i fancy, tylko po prostu była najtańsza po przeliczeniu kosztów tonera. I tyle.
W ciuchach River Island jestem zakochany nie dlatego, że czuję się doceniony i wspaniały w tych kawałkach bawełny. One sa po prostu skrojone tak, że maskują moje fizyczne wady, czego inne ciuchy jakoś nie potrafią zrobić do końca skutecznie. Jeżeli taki efekt dawałyby Cherokee, zapewniam, że kupowałbym Cherokee. Choćby dlatego, że taniej.
Przed pójściem spać powtórzcie sobie kochani z dziesięć razy:
mBank to nie moja matka, mBank to nie mój mąź, nie muszę go kochać, nie muszę go uwielbiać.
Bo on was ani nie kocha, ani nie uwielbia ani nawet nie lubi. Kocha za to wasze pieniądze, zarabiane ciężką harówką w firmach, których nie lubicie; pod szefem, który jest świnią i idiotą.
Ja to sobie jakieś trzy lata temu zacząłem powtarzać o wielu brandowych rzeczach. Zadziałało.
18 styczeń 2008 o 1:27 pm
Człowiek krytykował, za autorytarne, przeintelektualizowane i wydające-się-tworzyć-jakąś-teorię osądy, a otrzymał policzek, że mu mózg marketerzy wyprali.
Nie ma to jak dobre zdanie o sobie i samopoczucie (vide tłumaczenie dlaczego kupujesz takie a nie inne marki – bo to niby nie jest efekt marketerów? o zakochaniu w Londynie nie wspominając…).
Have fun w swoim własnym świecie!
18 styczeń 2008 o 2:05 pm
Ty to potrafisz wkurzyć. Człowiek piszący o markach, człowiek fetyszyzujący marki, człowiek wklejający na bloga informacje o tym kiedy i co sobie kupił, człowiek namiętnie promujący marki (ileż to razy nasłuchaliśmy się, jak to IBM jest najlepszy), człowiek piszący o ciuchach i markach, poświęcający wpisy swojej komórce, cyfrówce itd. Ten człowiek nagle potrafi sie postawić ponad innymi i określić ich mianem “dzieci marketingu”. Wiele się zmieniło od czasu, gdy rozmawialiśmy o zjawisku logo-boya… I oczywiście, możesz sobie tłumaczyć, że tak cenisz te firmy nie za ich markę, ale za to, że akurat te, a nie inne spełniają Twoje potrzeby. W istocie, to się niczym nie różni, bo zwolennicy MBanku też sa przekonani, że lubią ten bank, bo akurat on najlepiej spełnia ich potrzeby, że gdyby inny bank dawał im to samo, to dawno byliby w innym. Marketing polega właśnie na wyrabianiu przekonania, że ta firma, a nie inna najbardziej się stara, najlepiej trafia w Twoje potrzeby i oferuje produkt, który wyróżnia się jakością, czy ideą. Są setki firm oferujących skarpetki z czystej bawełny.
18 styczeń 2008 o 5:33 pm
Zgadza się, L. Ponieważ przewidywałem pojawienie się (po raz nie wiem już który) zarzutu do mnie o promocję pewnych brandów, postanowiłem z góry odpowiedzieć w notce. To prawda, że wiele firm robi skarpetki z bawełny, jednak jakimś cudem nie udało mi się znaleźc takich, które pasowałyby do moich srebrnych butów z żółtymi drobnymi dodatkami. Nie trafiłem jeszcze na skarpetki pasujące do nich w żadnej innej firmie, chociaż nie przrażałoby mnie posiadanie czegoś bez logo Hilfigera. Prawdę mówiąc mam tez kilka par skarpet z jakiegoś koszmarnie badziewnego sklepu dla plebsu z jukeja po bodajże 33 pensy za parę. Tyko dlatego, że pasowały idealnie i grubością i kolorem do moich butów-wycieruchów.
Używam na codzień (no dobrze, powiedzmy, że na weekendy, dieta zobowiązuje) chipsy marki Tesco. Są dokładnie takie same jak inne i nie robię żadnych ekwilibrystyk, żeby goście nie widzieli co dostają.
Uwielbiam czekoladki z Lidla podrabiające holenderskie Gyuliany (czy jak to tam się pisze), mimo, że są Lidla i kosztują grosze.
Kupiłem monitor MAG, ponieważ jego parametry techniczne były lepsze od tych wszystkich LG, Sony i Samsungów. Identyczne spotkałem wówczas tylko w iiyamie, na którą jednak szkoda mi było pieniędzy. Działa do dzisiaj a że ostatnio mam okazję porównać 19-calowe LG do swojego MAGa wiem już, że zrobiłem bardzo dobry ruch.
Używam też chusteczek do nosa marki Tesco.
Kupuję bezmarkowe pistacje.
A ty, skarbie, nadal sprowadzasz z Niemiec krótkie spodenki Hilfigera?
Boooskie są na tobie.
))
18 styczeń 2008 o 8:12 pm
Nie rozumiem czemu czepiasz się akurat mBanku. Złe księgowanie było spowodowane awarią VisaNet należącego wyłącznie do Visa. Większość banków-członków tej organizacji dostała źle przetworzone transakcje. Problem dotyczył i MultiBanku i Toyota Bank i kilku innych.
Gratuluję typowego dla “polaczków” postrzegania rzeczywistości przez pryzmat własnego podwórka – “mBank zrobił mi kuku, zły mBank”.
Proponuję spalić na stosie wszystkie karty ze znakiem akceptacji Visa – okażmy pogardę dla marki. A pieniędzmi wypchajmy skarpetki – pod warunkiem, że będą no logo rzecz jasna. Zejdź na ziemię chłopie.
18 styczeń 2008 o 10:46 pm
Nie ma to jak kopanie się z koniem
)
19 styczeń 2008 o 12:26 pm
A jednak nadal potrafisz prowokować
Gratuluję :*
20 styczeń 2008 o 4:22 am
Ja już nie umiem się z Tobą sprzeczać. Moje spodenki oczywiście świadczą, że jestem niewolnikiem marki, ale równocześnie Ty nie jesteś niewolnikiem marki, bo jesz czipsy z Tesco.
Wcale nie piszesz o swoich zakupach, wcale nie poświęcasz firmom, czy konkretnym towarom wpisów na swoim blogu, wcale się nimi nie chwalisz i wcale nie przekonujesz, że są lepsze od innych. Jest granica swobodnego żonglowania argumentami i (niestety) została przekroczona. Człowiek, który promuje pewne firmy prawie, jak gdyby zostało mu za to zapłacone, oskarża innych o bycie dziećmi marketingu, a na dowód swojego zdrowia podaje argument spożywania czipsów z Tesco, czy kupna “bezmarkowego” monitora. A jeszcze nie tak dawno temu pisałeś z dumą, jak to niski kurs dolara pozwoli Ci zrobić w USA zakupy i kupić towary MAREK, za które normalnie szkoda byłoby Ci zapłacić. Oczywiście, przekonuj mnie dalej, że w portfeliku Armaniego najmniej istotne było, że jest Armaniego, przecież żadna inna firma na świecie nie szyje podobnych akcesoriów. Nie wiem jak to określić, schizofrenia?
20 styczeń 2008 o 7:09 pm
Kolejnego laptopa IBM już raczej nie kupisz. A w jakość chińskiego Lenovo nie wierzę.
20 styczeń 2008 o 9:33 pm
Na szczęście problem kolejnego laptopa pojawi się w okolicach 2013 roku.
23 styczeń 2008 o 10:20 pm
marka marka marka marka
to przecież jedna z rzeczy którymi chcemy się definiowac(???)
czyż nie..