Po co komu Wielki Brat?

Jeszcze 10 lat temu ludzie byli wielokrotnie bardziej wyczuleni na naruszanie ich praw obywatelskich. Nie zgadzali się na śledzenie swoich poczynań, ruchów czy np. inwestycji. Z dużym oporem spotykały się pomysły wprowadzenia uniwersalnego kodu, który identyfikowałby jednoznacznie człowieka. Upadł choćby pomysł przekształcenia numeru PESEL jako podstawowego i ogólnego oznaczenia numerycznego. W Polsce kojarzyło się to z obozami koncentracyjnymi (tym razem pozostawię na boku awanturę, czy były to obozy polskie czy nie), choć wyczulenie nie było tak silne jak w przypadku Brytyjczyków, którzy wciąż są wściekli za pomysł wprowadzenia kart ID. W końcu my mamy swoje dowody osobiste, rodem od Stalina, które na codzień są chichotem mordercy zza grobu.

Powoli, tylnymi drzwiami, wchodzą rozwiązania, które pozwalają państwu kontrolować obywatela na każdym jego kroku. Oczko w głowie faszystów, CBA, do spółki z ABW hurtowo ściągają informacje z największej bazy danych w Polsce - ZUS. Otrzymują wiadomości o tym, kiedy ludzie byli chorzy, na co wystawiono im L-4, jakie zasiłki im przekazywano (stąd tylko krok do łatwego rozpoznania czy kobieta ma problemy z mężem po rozwodzie). Nikt tego transferu nie kontroluje, nie jest on też ograniczony żadnymi przepisami. Wystarczy jednozdaniowe pisemko wskazujące osobę, na którą aktualnie się poluje i dostaje się historię jego życia od ręki.

Gdzie indziej nie jest inaczej. Londonerzy pozwalają na tworzenie największej bazy informacyjnej tego miasta w postaci ruchów mieszkańców za pomocą karty Oyster. Macierze przechowują wszystkie check-iny i check-outy użytkowników Oystera, dzięki czemu po zarejestrowaniu karty w systemie (na wypadek kradziezy i odzyskania tych paru funtów) wiemy doskonale, że pani Jane Dole codziennie jeździ na Croydon z Victorii, do której dojeżdża z pracy autobusem. Odbiera też zasiłek na dwójkę dzieci (baza przypadkiem wyciekła, bo mieściła się na jednej płycie DVD), który otrzymuje na jedno z dwóch swoich kont bankowych. Na drugie dostaje pieniądze okazjonalnie, płaci bowiem z niego za kartę Oyster tylko jeden raz na dziesięć zakupów. Być może to właśnie tam wzięła kredyt na dom?

Wciąż jednak najlepszym sposobem na kontrolę życia prywatnego ludzi jest wykorzystywanie ich pradawnych wad. Na przykład plotkarstwo. Dołóżmy do tego novum w postaci “parcia na szkło” na Fecebookach czy też… Naszej Klasie. W końcu to takie przyjemne być przez chwilę znanym i rozpoznawanym. Do czasu rzecz jasna. O ile przetwarzanie danych zebranych poprzez podsłuchy i nagrania jest uciążliwe (wciąż musi to robić człowiek, który traci na to czas) to przetworzenie informacji podawanych własnoręcznie z klawiatury przez ludzi i ich znajomych - idzie w jedną tysięczną sekundy pracy procesora komputera.

Zachwycamy się potem takimi doniesieniami jak to. Udało nam się zmniejszyć przestępczość! A że do tego dwudziestu łebków w mundurach zebrało ploteczki o kilkudziesięciu ludziach na stanowiskach? Nie zwracamy na to uwagi.

Prezentacja swoich danych i informacji o sobie w medium tak otwartym jak Internet jest niezwykłym zagrożeniem dla naszej prywatności. Nigdy nie wiemy, kto do nich właśnie dotarł. Na dokładkę, umieszczając w nim treść na dowolnie krótki czas, najprawdopodobniej zostanie ona zapisana w czeluściach Googli. Nigdy stamtąd nie znikną. Znając nazwisko, można dotrzeć w godzinę do tego, jakie masz poglądy, co cię interesuje, jak spędzasz wolny czas a nawet na jakiego typu strony porno wchodzisz.

Wystarczą tylko strzępki informacji. Dowolny komentarz rzucony gdzieś tam rok temu pod własnym imieniem i nazwiskiem, oznaczony również adresem e-mail. Następnie tym samym adresem e-mail poznajemy inne posty - publikowane już bez nazwiska, bo może zmądrzałeś. Adresy e-mail, jeżeli są zidentyfikowane imieniem i nazwiskiem, dają ogrom informacji. Do tego wszystkiego brakuje nam tylko zdjęcia danej osoby. Z pomocą przychodzą nam Nasza Klasa, randki, sympatie, facebooki itp. Gdy masz już imię, nazwisko i zdjęcie, możesz podejść do nieznanego wcześniej człowieka na spotkaniu biznesmenów i rzucić tekst: “słyszałem, że mamy podobne zainteresowania. Ja też uwielbiam kobiety po trzydziestce z wielkimi cyckami i w czerwonych szpilkach. No i Fotygę.”

Postaw się teraz w miejsce tak zaatakowanego człowieka. Już? To teraz idź grzecznie skasować swoje profile z Naszej Klasy, Facebooka, wizytówki internetowej. Jeżeli nie masz na sumieniu niczego czego nie chciałbyś powiedzieć własnej matce, możesz na tym poprzestać. Jeżeli masz - bo na przykład uwielbiasz być rżnięty na dwa baty ze starą skarpetką w ustach - musisz zrobić jeszcze dwa kroki. Zmienić adres e-mail i modlić się do siły wyższej, jakakolwiek by ona w twoim mniemaniu nie była, żeby dane przepadły po jakimś czasie w natłoku innych internetowych śmieci.

Wszystkie słowa napisane przed kliknięciem na guziczek “Wyślij” zostaną w Sieci na zawsze. Te również. Dołączą do śmietnika, zatem nikt tego nie będzie czytał. Poza tymi, którzy na przykład za parę lat dostaną rozkaz: dowiedzieć się wszytkiego o Stefanie Korzeniowskim. Ci znajdą i wykorzystają.
I wcale nie muszą to być faszyści. Może to być twój główny wróg w pracy, który ma ochotę storpedować twój awans i zająć twoje miejsce. Nie musi się na tym znać: da studenciakowi tysiąc złotych i dostanie wszystkie te dane ładnie opracowane, z wyboldowaniem gdzie trzeba, ze zdjęciami. Na przykład tymi z porno-sesji zdjęciowej dla Gejowa, tej sprzed pięciu czy dziesięciu lat, o której prawie już zapomniałeś, bo przecież potrzebowałeś tylko na piwo.

Na co komu Wielki Brat, skoro dzięki naszym poczynaniom nikt nie musi go już tworzyć?

Napisz odpowiedź