Muszę przyznać…

26 grudzień 2009 - autor: gejowski

…że Teresa ciągle jest w stanie mnie zaskoczyć. Oczywiście spierdoli numer koncertowo, jak to ma w zwyczaju; później będzie się tłumaczyć złym rokiem 2009, jak to ma w zwyczaju; następnie znowu utyje, jak to ma w zwyczaju.

Ale wtedy moje podsumowanie roku 2009 będzie rewelacyjne. :-)

Stay tuned!

Święta Godowe

24 grudzień 2009 - autor: gejowski

Wigilia

(ukradzione z Hodowli Idei)
———————————————

Koniec grudnia kojarzy mi się od kilku lat z kasowaniem dziesiątek gównianych pseudokartek, które uświadamiają mi, jak wiele firm posiada mój adres e-mail (czyli z jak wielu usług internetowych korzystałem). Kiedyś się na to wkurzałem, teraz już mi przeszło. Ot, znak czasów, trzeba nauczyć się klikać na klawisz “Del” na klawiaturze z odpowiednią prędkością: tak, aby zmieścić się w tej jednej czwartej sekundy pomiędzy przeskoczeniem belki w programie pocztowym na dół a rozpoczęciem ładowania shitowych niemieckich choineczek. Ostatnio doszedłem w tym do perfekcji. :-)

W zasadzie chciałem znowu napisać elaborat o nieszczęśliwych katolikach, którzy byli razem i z osobna tak wtórni i głupi, że wszystkie swoje święta ukradli wcześniejszym religiom (bla bla bla). Ale po co, skoro o kilkunastodniowym Święcie Godów możecie przeczytać w innym miejscu.

Podsumowując: dla mnie koniec grudnia to Święto Godowe, kiedy to nasi prawdziwi, niechrześcijańsy antenaci, czcili umierające Słońce i jego odrodzenie po najkrótszym dniu w roku. To przynajmniej ma jakąś sensowną tradycję i absurdalnie logiczną podstawę. Mógłby to jeszcze być zestaw Saturnaliów i święta Słońca Niezwyciężonego (Sol Invictus), ale nie będę przecież podniecał się świętami wymyślonymi przez upadające imperium. To by było takie polskie. :-)

W tym roku: trzy części stareńkiego Lord of the Rings w postaci filmowej, drugi sezon Damages z boską jak zawsze Glenn Close a w przerwach książki, które dostałem od Was na imieniny. O imprezie będzie, jeśli znajdę czas na obróbkę zdjęć. :-)

Glenn Close Damages

Nie obsmarujesz, nie pojedziesz

18 grudzień 2009 - autor: gejowski

Znak czasów mnie dopadł. Rzuciłem okiem na dokładniejsze statystyki bloga i wyszło na to, że goście zwalają się tłumnie wyłącznie w przypadku zamieszczenia notki obsmarowująco-plotkarskiej. Hitem tego roku okazał się dzień obsmarowywania Wengi, nieco tylko ustępuje mu dzień drugi akcji “Teresa tyje”, na czwartym miejscu “Obóz koncentracyjny Wawa2″, czyli obsmarowywanie Importowanego Prawnika jakiś czas temu.

Z kolei najmniejszy odzew wywołują recenzje książek i sztuk teatralnych. :-/

No dobra, skoro mają byc albo ploty albo golizna to dorzucę jeszcze radę dodatkową co do sobotniej imprezy. Otóż jeśli już kompletnie nie wiesz, czym mi sprawić przyjemność prezentową, zawsze możesz przejść do estetycznej. Czyli: jako dodatek do prezentu weź ze sobą krótkie spodenki, przebierz się na miejscu i świeć golizną na sobotnim spędzie ciot. W końcu to mój główny fetysz, tak? Przykłady poniżej.

Na Darwina, ile ja się musiałem namęczyć z tymi fragmentami, żeby nie przekroczyć “dozwolonego użytku”, w ramach prawa do cytatu, w postaci 30% zdjęcia. :-)

Nogi

PS. Wniosek o krótkie spodenki NIE dotyczy Teresy. Pod żadnym pozorem!

Wenge

17 grudzień 2009 - autor: gejowski

SzczękiSzaleństwo rewolucji 1989 roku zmieniło w tym kraju wszystko. Politykę, plany życiowe, gospodarkę, stany zniewolonych polskich umysłów. Nagle wszyscy zaczęli podejmować decyzje w sprawie swojego życia na własną rękę. Nikt nikomu nie mówił, jak się ubrać, gdzie pracować, czego nie pisać (choć cenzura siłą inercji jeszcze trochę działała). Na ulice wyległy łóżka polowe i szczęki, w których przejawiły się pierwsze jaskółki kapitalizmu. Wszystko miało być nowe, inne, przyszedł czas zmian.

RokokoDotyczył on również mieszkań i domów post-PRLowskich. Niemalże z dnia na dzień obecne u wszystkich kanapy, fotele w stylu lat 70. (po co było tworzyć nowy design, skoro i tak wszystko schodziło na pniu), koszmarne meblościanki na wysoki połysk, lakierowane stoły z krzesłami… stało się niemodne, przypominało o złym czasie. Ludzie odreagowywali to w sposób absolutnie zgodny z ich brakiem wyczucia stylu, złym gustem i głupotą naraz. Szczytem mody były ohydne mebliszcza neorokokowe, upstrzone “luksusowymi” rzeźbieniami, kryształowe lustra w kapiącej od kryształów ramie, wszystko malowane obrzydliwą złotą farbą. Przez kilka lat tego typu potworki – dzisiaj spotykane już chyba tylko u Rosjan – były szczytem marzeń. Na szczęście otrzeźwienie przyszło dość szybko, nowe magazyny poświęcone wnętrzarstwu odwaliły orkę na ugorze. Pokazały, na czym polega minimalizm, piękno prostych linii, stonowane kolory. Problem w tym, że na obrazkach prezentowano szczyty osiągnięć designu włoskiego a do polskich mieszkań trafiły… brawo. Znowu podróby.

WengeZalew mebli w kolorze “wenge” na tle ścian ecru przekraczał wyobrażenia. Kolory te należą do najłatwiejszych do zestawienia. Polacy nie umieli zestawiać ani form ani kolorów – wenge było dla nich wybawieniem. I w tej straszności ludzie żyją do dzisiaj. Miałem nadzieję, że ten koszmar mojej młodości na zawsze odszedł w niepamięć – razem z szafirowym garniturem z poliestru, w którym z dumą paradowałem przez kilka miesięcy (zanim nie spojrzałem wreszcie w lustro).

I oto koszmar z ulicy Wiązów powrócił. Poszedłem na parapetówkę (właściwie pojechałem, bo ja się na Białoruś samolotami nie wybieram) i stanąłem jak wryty.

1. Schody ecru. Drzwi wejściowe wenge.
2. Korytarzyk wenge (ściany ecru).
3. W kuchni wenge. Plus ecru.
4. Sypialnia wenge, ściany ecru, ubarwieniem jest biała wykładzina dywanowa typu “obedrzyj owcę ze skóry”, który to użytkowy błąd jako pierwsze w towarzystwie popełniły dzieci.
Czerwona krata5. W salonie wenge. I pierwszy kolor: obrus w biało-czerwoną kratkę.
O Darwinie, o mało nie dostałem orgazmu! Nigdy wcześniej nie uznawałem obrusów w czerwono-białą kratkę za tak piekne i wyjątkowe jak w tym momencie!

Uciekłem z Raandem do jedynego miejsca, które miało szanse na jakiś kolor. Znaczy się do 6. łazienki. No fakt, odmiana: poza wenge i ecru były jeszcze kafelki z jasnobrązowym wzorkiem.

To przerażające doświadczenie uzmysłowiło mi, że nie ma znaczenia, jaką fortunę wydasz na umeblowanie mieszkania. Wenge jest ZŁE. Zawsze ZŁE. Bez względu na to czy wydano na to 40 tysięcy jak Wenge czy 60 jak Importowany Prawnik lub jego łódzka konkurencja. Nie istnieje coś takiego jak “ładne wenge”. To oksymoron.

Od tej chwili wiem już, że nie ma najmniejszego problemu z prezentami dla nich wszystkich. Można kupować KAŻDĄ RZECZ, co tylko dusza wymarzy, pod warunkiem, że będzie zielone, czerwone, żółte, pomarańczowe, niebieskie, chabrowe itd. Bo ten depresyjny zestaw wenge z ecru można przełamać tylko kiczem i nadmiarem.
Maskami weneckimi, zdjęciami karnawału w Rio, kopią Kandinsky’ego lub Pollocka (nie musi być dodatkowo obspermiona), strojem drag-queen. Wtedy wenge stanie się elementem i podmiotem drwiny, mrugnięciem oka a tym samym nabierze klasy.
A zatem moi drodzy: kupujemy im wszystko, co tylko ma jakiś kolor. Można zacząć od kolorowych szklanych kuleczek z Ikei, zwanych przyciskami do papieru.

A dla Wenge dodatkowo krzesła. Dużo kolorowych krzeseł. :-)

Wenge

No dobra, to już wyjaśniłem, dlaczego Xell od tej chwili będzie przeze mnie nazywany per “Wenge”, czas wrócić do imprezy.

Moim podstawowym problemem było to, że musiałem być trzeźwy. Herbatki zdecydowanie nie są w stanie zapewnić dobrej zabawy – przynajmniej nie mnie.
Drugim był fakt wstawania w niedzielę o obłędnej szóstej rano. Przez cały czas przed oczami stał mi zegar (wenge), skutecznie psując mi nastrój.
Trzecim problemem był brak wysokich chudych dwudziestoparolatków z owłosionymi nogami: miało być ich co najmniej trzech, był jeden, za to pijany w trupa. ;-)
No i grzech młodości, czyli Prawie Brunet, którego błyskawice z oczu wypaliły mi w plecach dziury odczuwalne do dzisiaj. :-) Nawiasem mówiąc: nadal mi się podoba, podobnie zresztą jak jego małżonek. Zgadnijcie, dlaczego:

Nogi

W związku z kiepskim humorem, spowodowanym przez wyżej wymienione czynniki herbaciano-zegarowe, postanowiłem nie psuć innym świetnej zabawy (a widziałem, że impreza się udała, trudno tego nie docenić) i zmyłem się do domu.

W którym nie mam nic wenge. :-)

Susan Boyle – bonus track

17 grudzień 2009 - autor: gejowski

Susan BoyleParanoje wytwórni muzycznych nie przestają mnie zadziwiać. Z jednej strony wydają ciężkie miliony funtów i dolarów na ściganie piractwa internetowego. Z drugiej: sami to piractwo popularyzują. W dzisiejszych czasach wypuszczanie na rynek płyt w limitowanych wersjach, z dystrybucją ograniczoną do jednego kraju, jest kompletnym nonsensem. Jakby jeszcze za mało mieli problemów ze ściganiem pakietów torrentowych wrzucanych do Internetu przez nastolatków, zmuszają uczciwych dorosłych klientów do piractwa. Bo jakim innym sposobem fani mogliby zdobyć piosenkę, której oficjalnie nie mogą kupić? Taką jak nie opublikowana na europejskiej wersji płyty Susan Boyle “Wings To Fly”?

Niech mi nikt nie wmawia, że to ma być jakiś sposób na zwiększenie dobrego samopoczucia klientów Narodu Wybranego (w tym przypadku Japończyków). To bzdet nad bzdetami. Skutkiem takich poczynań jest rozmowa z moją ciotką, która odezwała się do mnie po kilku latach (sic!) od ostatniego kontaktu z pytaniem czy mógłbym zdobyć dla niej piosenkę “Wings To Fly”, której nie ma na kupionej przez nią płycie. Zaszokowało mnie to po dwakroć. Po pierwsze – skąd ona w ogóle dowiedziała się, że taka piosenka istnieje? Whatever. Po drugie – jak głupim trzeba być, żeby uczciwą do granic bólu kobietę po sześćdziesiątce nauczyć… piractwa?

Oczywiście ściągnąłem jej tę piosenkę (zresztą bardzo dobrą) i wręczyłem po dwóch dniach. A zatem: skoro nie możecie tego kupić z powodu braku znajomości japońskich krzaczków, poszukajcie sami. To tylko kilka kliknięć.

Prezenty

16 grudzień 2009 - autor: gejowski

Tak, wiem, że powinienem wreszcie obsmarować Wenge, zwaną kiedyś Xellią, ale albo nie mam czasu albo jak już go mam to wengi… to znaczy weny nie staje. Ale wciąż zakładam, że coś na ten temat będzie.

Krótka notka dla tych 18 już osób, które potwierdziły obecność na moich imieninach: jeżeli ktoś z was wciąż ma problem z wymyśleniem zabawnego, zaskakującego lub boskiego drobiazgu, mam na liście jeszcze dwie rzeczy, z których bardzo bym się ucieszył. Żeby nie dostać ich w siedmiu egzemplarzach, nie napiszę o co chodzi. Można zapytać SMSem.
UPDATE ze środowego południa: lista prezentowa właśnie się skończyła. Jestem głęboko oburzony, że tak wielu z was nie ma pomysłu na to co lubię! Grrr. :-)

PS. Zakładam, że zdajecie sobie sprawę, że będzie też mój imiennik? Pod pojęciem “zdawania” mam na myśli pamiętanie również o jego imieninach. :-)

Ciężkie życie z HIV / AIDS

10 grudzień 2009 - autor: gejowski

Po długim namyśle zrezygnowałem z planowanej notki związanej ze Światowym Dniem Walki z AIDS, którą miałem puścić 1 grudnia. Owszem, pomysł miałem świetny, ale ostatecznie doszedłem do wniosku, że nie umiem połaczyć ognia z wodą – czyli ostrzeżenia z całkowitym brakiem stygmatyzacji. Zabrakło mi albo odpowiedniej liczby powiązań międzyneuronowych w płacie czołowym, albo wiedzy, albo inteligencji a najbardziej empatii i delikatności (te dwie ostatnie cechy występują u mnie w ilościach minimalnych).

Dzisiaj natrafiłem na wywiad, który trafia w dziesiątkę. W którym czytamy, jak okrutne są skutki uboczne leków antyretrowirusowych. Jak bardzo degenerują one poszczególne narządy, gospodarkę lipidową, jak niszczą wygląd i co najważniejsze – jak degenerują mózg. Z HIV i AIDS można rzeczywiście żyć dziesiątki lat, ale jest to życie, które w finale nie ma w sobie ani grama przyjemności czy komfortu. Zdecydowałem się przekleić cytat i pod nim link do całości.

Powinni to przeczytać przede wszystkim młodzi ludzie, w wieku do 30 lat, ponieważ to oni stanowią ponad 50-procentową grupę osób, u których wykrywa się nowe zakażenia. Tak, moi drodzy, to nie trzydziechy i ryczące czterdziechy roznoszą HIV po Polsce – odpowiadają za to młodzi, seksowni, ładni chłopcy.

Dużo słyszy się o tym, że z HIV można żyć bardzo długo, że leki antyretrowirusowe dają duży komfort życia i że można je brać przez 20 – 30 lat, że są za darmo i że właściwe HIV nic nie zmienia w życiu. To nie jest prawda, HIV zmienia bardzo dużo.
Leki mają mnóstwo skutków ubocznych: codzienne biegunki, nudności, zaburzenia gospodarki lipidowej, zmiana wyglądu poprzez lipodystrofię czyli nierównomierne rozmieszczenie tkanki tłuszczowej, zaburzenia obwodowego układu nerwowego (neuropatia obwodowa), zaburzenia czucia nerwów, inaczej czujemy zimno – ciepło, ból itd. Również problemy z niewydolnością wątroby, trzustki i problemy neuropoznawcze czyli z koncentracją, uczeniem się.

Po wielu latach stosowania leków napisanie nawet najprostszego tekstu może stanowić trudność.

Druga strona tęczy, Replika nr 22, grudzień 2009

Teresa pije

9 grudzień 2009 - autor: gejowski

- Tereeeesa, z czym chcesz kawę?!
- Z wódką i lodem! – odkrzyczała Teresa. – Może być bez kawy.

Wielkie pożegnanie

7 grudzień 2009 - autor: gejowski

Są takie spektakle, które na zawsze pozostają w pamięci. I nie musi to być od razu Kantor czy Hanuszkiewicz z motorami na scenie, czasem prostsze środki wyrazu są równie dobre. W swoim życiu widziałem jak dotąd cztery spektakle, które zapamiętam do śmierci.

Jedynym złym w tym zestawie był “Giewont”. Dzieło to wielkie i ogromne napisał – niewątpliwie w pijanym widzie – Jacek Chmielnik. I zrobił to trzynastozgłoskowcem, czyli mickiewiczowsko. Było to tak złe gówno, że przeszło do historii polskiego teatru. W zasadzie bardziej pamięta się wierszowaną recenzję z “Verte” (to był taki krótkotrwały dodatek kulturalny łódzkiej Wyborczej, zamordowany ze względów ambicjonalnych, bo przecież Warszawka od zawsze wie, że “o kulturze nie można pisać w Łodzi”), której początek brzmiał:
Wielki Chmielniku Jacku! Dla Twej to przyczyny
Jam się w teatrze męczył ponad dwie godziny (…)

…i był największym osiągnięciem ówczesnego, znienawidzonego przez większość reżyserów i scenografów, recenzenta Wyborczej Witolda Jabłońskiego.

Widok Chmielnika stojącego na górze gówna i walącego ze szczytu te swoje farmazony będzie mnie prześladował do końca życia i jeden dzień dłużej.

Chronologicznie pierwszym wielkim dziełem scenicznym mojego życia było legendarne “Varietes Tuwim”, spektakl oparty na tekstach kabaretowych i piosenkach Tuwima. Był to z kolei produkt życia Zdzisława Jaskuły w Teatrze Studyjnym. Dopracowany do ostatniej kropki, co do nuty. Gdy słyszę pierwsze takty “Na pierwszy znak”, zawsze przed oczami staje mi Mirosława Olbińska w kabaretkach; trochę wulgarna, trochę wspaniała; wielka! Gdy słyszę frazę “Mam chłopczyka na Kopernika”, kojarzy mi się ona tylko z Wojciechem Walasikiem śpiewającym ten romans na ulicy… Kopernika, na której znajdował się Studyjny. “Varietes” chodziło ładnych parę lat i do dzisiaj z uporem godnym lepszej sprawy szukam zapisu VHS tego spektaklu. Wiem, że istnieje, bo kręcono go w mojej obecności. Przy okazji: jeśli ktokolwiek widział, ktokolwiek wie, niech się odezwie.

Trzecim kamieniem milowym był “Kabaret po tamtej stronie”. Sztuka Henryka Grynberga opowiada o kabarecie funkcjonującym w warszawskim getcie. Umęczeni ludzie po dwunastogodzinnej harówce poszukiwania podstawowych rzeczy niezbędnych do życia mogli w nim chociaż przez chwilę odpocząć. Jest to jeden z ciekawszych a zupełnie nieznanych elementów “biografii getta”, bo pozbawiony martyrologii i samobiczowania się. Drugim światełkiem jest jedna z ostatnich książek Marka Edelmana “I była miłość w getcie”. Ale ad rem, bo znowu się zagalopowałem w wątkach pobocznych.
Zdzisław Jaskuła połączył sztukę Grynberga z odgrzebanymi ciężką pracą utworami, które rzeczywiście w gettowym kabarecie były śpiewane. Trudno wyobrazić sobie ogrom niewdzięcznej roboty, jaka czekała archiwistów próbujących dotrzeć do nut i tekstów. Udało się. Jaskuła stworzył perłę, która przygważdżała publikę do niewygodnych studyjnych ławek na bite dwie godziny. Niestety Grynberg, którego jedynym historycznym osiągnięciem było szczęście ucieczki z getta w postaci oseska, zakazał prezentacji spektaklu. Wystawiono go tylko trzykrotnie w ramach tzw. pokazów przedpremierowych. Na jeden z nich udało mi się kopniakami i łokciami dostać – i teraz co parę lat staram się podtrzymywać pamięć o tym wydarzeniu teatralnym, które Grynberg poddał aborcji.
Nawiasem mówiąc potem wystawiano tę sztukę – w gruncie rzeczy słabą – na różnych scenach i scenkach, za każdym razem robiąc z niej nudnego gniota nie nadającego się do niczego. Zresztą Grynberg artystycznie i literacko umarł – kto jeszcze pamięta tę smutną postać, snującą się z wielką torbą pod pachą?

Brygada szlifierza Karhana
Sławomir Sulej w spektaklu “Brygada szlifierza Karhana”, Łódź 2008

Czwartym wielkim spektaklem była “Brygada szlifierza Karhana”, której ostatnie wystawienie odbyło się wczoraj w scence na Struga. Spektakl, który miał być nowym początkiem zrujnowanego artystycznie Teatru Nowego, stał się jego łabędzim śpiewem. Jerzy Kropiwnicki, do stycznia prezydent Łodzi, wyrzucił Zbigniewa Brzozę z dyrektury, bo zażyczył sobie, żeby Nowy grał dla ludu a nie elity. Czyli mają być dupy i śmieszne podskoki – takie jak w koszmarnym kabareciku w sobotę – a nie rewolucyjne spektakle, które zgarniają wszystkie możliwe nagrody i stają się wydarzeniami sezonu – a takim był zdaniem wszystkich ogólnokrajowych tygodników i dzienników “Karhan” w sezonie 2008/2009.
Teraz dyrektorem Nowego ma zostać jakaś sprzątaczka z kątów sceny i jej otwarciem artystycznym było zaproszenie plebejskiego kabareciku (Darwin wie skąd) z podrabianymi Żydami, którzy tańczyli, śpiewali i podskakiwali. Osobiście mnie to wszystko nie dziwi – w latach 1940-1944 hitlerowcy wystawiali prymitywne sztuki rozrywkowe, które miały wyssać z Polaków resztki krytycyzmu, kultury wyższej i marzeń o lepszej przyszłości. Rozumiecie: nogi, cycki i pizdy w każdym rogu. Tak samo teraz Kropiwnicki chce karmić łodzian podobnym odmóżdżającym badziewiem. Bo łodzianin ma harować za nędzne grosze w chińskim Foxconnie a nie myśleć; zgodnie ze starymi sanacyjnymi ideami Łódź ma być tanim w utrzymaniu obozem koncentracyjnym a nie miastem świadomych ludzi.

O samym spektaklu pisać nie będę, bo Teresa wygrzebała trafioną recenzję Leszka Karczewskiego a ja przecież niczego lepszego nie wyprodukuję. Jest tutaj.

Ostatnie dwa wystawienia “Brygady” odbędą się w najbliższą środę i czwartek w Krakowie na festiwalu “Boska komedia”, potem mój czwarty kamień milowy przejdzie do historii teatru. Jeżeli tylko możesz – idź. Bedziesz mógł przez następne dekady chwalić się, że widziałeś najlepszy spektakl w życiu Remigiusza Brzyka. I swoim rzecz jasna.

Lady Gaga: 35 minut sławy

4 grudzień 2009 - autor: gejowski

No dobrze, przyznam się: nowa królowa popu powaliła mnie na kolana.

Od paru lat powtarzam w żartach, że dzisiejsza młodzież jest młodzieżą tragiczną, bo nawet nie mają swojej, takiej naprawdę własnej muzyki – praktycznie cały pop opiera się na przeróbkach i “nowych spojrzeniach” na muzykę lat 80. i 90. ubiegłego wieku a próby zrobienia czegoś nowego kończą się takimi Rihannami na przykład. Na dokładkę dogasające wielkie gwiazdy przełomu wieków również powoli odchodzą w niebyt. Rozpaczliwe chwytanie się brzytwy w postaci wzywania na pomoc murzyńskich producentów, znających tylko dwa sample, skutkują takimi potworkami jak “Hard Candy” na przykład.

The Fame MonsterTymczasem Lady Gaga pokazuje, że zabawy konwencjami mogą być świeże i zabawne. Gdy przestajesz silić się na udawanie rewolucyjnego geniusza i robisz po prostu swoją robotę, niespodziewanie wychodzi z tego coś tak fantastycznego jak “The Fame Monster”, które spokojnie można nazwać trzydziestoma pięcioma minutami sławy. Bo na nowym Extended Playu Gagi nie ma ani jednej złej piosenki, osiągnięcie w dzisiejszych czasach wręcz nieprawdopodobne.

Zamawiając w pre-sejlu “Fame Monstera” znałem tylko dwie piosenki z nowej płyty: produkt z najwyższej półki finansowej “Bad Romance” (ile razy oglądałeś ten clip? Ja dobijam do setki) i uroczą balladę “Speechless”. Tę drugą rzecz jasna w wersji live z premiery w Museum of Contemporary Art w Los Angeles z udziałem Russian Ballet – żadnej innej nie było. Po zestawieniu tych dwóch nowych utworów Gagi miałem wewnętrzne przeczucie, że to będzie bardzo dobrze wydane dziesięć funtów. I jest.

Jednym z dowodów pośrednich jest to, że przez pół dnia wybierałem piosenkę, którą mogę wrzucić w tle bloga (jeśli nie słyszysz, wejdź tu przez ten adres). I autentycznie nie umiałem się zdecydować. “Bad Romance” znają już wszyscy, poza tym przy całym moim zachwycie tym songiem jest to po prostu świetny hit na dyskotekę a nie tło czytania tekstów.

Ujął mnie rzecz jasna “Alejandro”, cudowny miks “Domino Dancing” Pet Shop Boys z dawno już zmarłym poczuciem humoru lekkopółśredniej Madonny. Wszystkie członki się kiwają, szczególnie gdy masz koło siebie kogoś wywołującego nadmiar endorfin.

Pamiętasz perkusję PRL-owskiego Kombi i Classic Nouveaux? Lubisz? No to zakochasz się w piosence “Monster”.

A może rockująca ballada, hymn na cześć prościutkiej muzyki z fortepianem, gitarą i perkusją; typu “baba staje i śpiewa”? Włącz – rzecz jasna – “Speechless”.

Pamiętasz może – dorosły mężczyzno – ciemność sali gimnastycznej w podstawówcze czy liceum, z kilkoma kolorowymi lampkami i srebrną kulą? Tego boskiego Marcina w obcisłych jeansach, który niestety tulił się do jakiegoś babusa a nie do ciebie, przez co pół wieczoru łkałeś cicho w kącie? Oj, tak. “Dance In The Dark”.

Wolisz usłyszeć kawałek łączący dwa najgorętsze nazwiska amerykańskiej sceny muzycznej? Ja tylko fragmentami, do momentu gdy wchodzi Beyonce krzycząc i jojcząc, ale niech ci będzie – w końcu “Telephone” będzie drugim singlem z tej płyty.

Skoro już przy gwiazdkach typu Beyonce czy Rihanny jesteśmy, cudownie żartuje sobie z nich “So Happy I Could Die”.

A może pójdziemy w groove i mroczne zakamarki nowojorskich klubów? Tam gdzie w świetle ultrafioletu widać tylko białe zęby boskiego latynosa spod ściany? “Teeth”.

No dobrze, skoro nie mogę się zdecydować, to niech to będzie mój własny wybór. Taki, który najlepiej odzwierciedli mój obecny stan ducha a przy okazji po raz kolejny udowodni Wam, jak bardzo zły mam gust. Chodź, przystojniaku, zatańczymy w ciemnościach.

————————————
Osiem piosenek. Jedna lepsza od drugiej. Wciągające, ironiczne, stawiające na nogi.

35 minutes of The Fame Monster.

PS. Błagam, nie kradnijcie tego. To jedna z najlepszych popowych płyt ostatnich lat, jeśli na tym nie zarobią, zmniejszą jej budżet! Przecież to tylko cztery dychy a “Deluxe Edition” posłuchasz u mnie. :-)