Geje i lesbijki. Życie i kultura

9 listopad 2009 - autor: gejowski

Robert Aldrich: Geje i lesbijki. Życie i kulturaNa pierwszy rzut oka potężna księga pod redakcją Roberta Aldricha mogłaby zasługiwać na miano encyklopedii homoseksualizmu na przestrzeni wieków. Dopiero po jej przeczytaniu widzimy jednak, że ta imponująca pozycja jest w gruncie rzeczy tylko zalążkiem, indeksem po historii gejów i lesbijek. Wyszła w Polsce jako pierwsze wielkie dzieło poświęcone naszej przeszłości i dzięki temu zbiera bonusowe zainteresowanie – choć nie jest ani pierwszym ani najlepszym tego typu wydawnictwem na świecie. Jest jednak doskonałym wstępem do samokształceniowego poszukiwania wiedzy, o której nikt nigdy w szkole czy domu nam nie mówił.

Jest to antologia esejów napisanych pod redakcją profesora historii europejskiej. Brzmi strasznie, ale w rzeczywistości jest napisana prostym językiem i nie oczekuje od czytelnika jakiejkolwiek wcześniejszej wiedzy w temacie.
Konstrukcja antologiczna wymusza podział nielinearny. Oczywiście podstawowe zasady są tu zachowane – zaczynamy od kultur starożytnych i powoli zbliżamy się do współczesności. Mniej więcej w okolicach XVIII wieku linearność zostaje złamana – czytamy teksty o homoseksualizmie w kulturach zupełnie nam nieznanych (Bliski Wschód, Chiny, Japonia, Ameryka Południowa, Afryka i tak dalej), które częściowo przenoszą nas w te i we wte o jakieś 200 lat. Odmitologizowuje legendę “wspaniałej” kultury arabskiej i tureckiej, zafałszowanej ponad sto lat temu.

Eseje poświęcone XIX i XX wiekowi rozbijają linearność jeszcze bardziej. Odrębne rozdziały poświęcone lesbijkom rozświetliły mi w mózgu mroki niewiedzy. Nigdy wcześniej nie interesowałem się lesbijkami (no bo niby czemu miałbym?) a teraz przynajmniej chwytam, jakie są ich główne problemy i czym różni się emancypacja LES w wielkim worku określanym jako ruch LGBT.

Trudno nie paść na kolana przed formą wydawniczą tej książki – porządny kredowy papier, ciekawe ilustracje (ich dobór także wzbudza szacunek – nie ma tu prawie żadnych wyświechtanych Apollów i tym podobnych). Zarówno Robert Aldrich jak i Universitas odwalili kawał doskonałej roboty.

Zastanawiałem się nad sensem pisania pogłębionej recenzji z tej książki, ale uznałem, że w gruncie rzeczy nie bardzo miałaby ona sens. Musiałbym napisać prawie książkę o książce. Na szczęście w ramach materiałów promocyjnych znalazłem plik PDF, w którym znajdziecie obszerne fragmenty antologii. Myślę, że po zainwestowaniu pół godziny życia w przeczytanie tego pliku sam już będziecie wiedzieć, że te 50 zł za świetnie wydaną całość to sprawa groszowa i zdecydowanie sensowniejsza niż kupowanie Grocholi. A zatem oddaję głos samym autorom – miłej lektury.

Robert Aldrich, ”Geje i lesbijki. Życie i kultura”, Universitas 2009

Burza mózgów

7 listopad 2009 - autor: gejowski

Mózg człowieka rozwija się dzięki wielu rzeczom. Podstawę mogą dać na dobry początek filmy i literatura. Potem jednak musi nastąpić coś dodatkowego, musi pojawić się intelektualny ferment, dyskusja, walka dwóch umysłów, zmuszająca szare komórki obu stron do myślenia. I tu właśnie niedoścignionym ideałem interlokutora okazuje się Teresa.

Tak naprawdę nie jestem w stanie powiedzieć, co my właściwie robimy, gdy spędzamy ze sobą wieczorne godziny. Oczywiście, oglądamy jakieś badziewia lub – na przemian – filmowe eksperymenty formalne. Pijamy drinki. Zażeramy się paluszkami. Wyśmiewamy się z katolików (co jest już nie tylko proste, ale zakrawające na prostackie). Ale gdzieś między tymi wszystkimi sprawami jest dyskusja, kłótnia, wyjaśnianie zachowań różnych ludzi i dochodzenie do jakichś wniosków.
Takiej Teresy na moim blogu nie znajdziesz. Tu bowiem dorabiam jej gębę z lekka wulgarnej, promiskuitywnej cioty bez zasad i stylu. Gębę jak najbardziej, prawdziwie gombrowiczowsko fałszywą.

Jak poznać prawdziwą Teresę? Tę Teresę, którą znają tylko nieliczni? Od dzisiaj jest to znacznie prostsze niż kiedykolwiek.

Ladies and gentleman, I give you: odŚwiętna Teresa.

odŚwiętna Teresa

Flash Forward

6 listopad 2009 - autor: gejowski

Teresa już tak od tygodnia płakała mi w rękaw, że jej życie jest nonsensowne, nudne, bez sensu i w ogóle do dupy, ponieważ cierpi na brak filmów sajens-fikszen. To co grają w kinach woła o pomstę do nieba, trzeba było zatem zajrzeć do moich przepastnych archiwów.
Zajrzałem. I nic nie znalazłem.

Powracając do przyszłości doszedłem do wniosku, że nie ma chyba gorszego serialu SF niż Heroes, odpadli zatem w przedbiegach. O, jakże się myliłem… Heroes mają przynajmniej tego ćwierćinteligentnego Japończyka, który rozbija konwencję przewidywalnego i w gruncie rzeczy nudnego scenariusza. We “Flash Forward” nawet tego nie ma.

Dajcie sobie spokój z nabijaniem kabzy AXN-owi na tę głupią pseudoankietę czy mają to puszczać z lektorem czy napisami. Najlepsze jest chyba trzecie wyjście: nie puszczać wcale. I tym optymistycznym akcentem pozwolę sobie zakończyć na dzisiaj.

Disco-polo na Eurowizję!

4 listopad 2009 - autor: gejowski

Po tym starym, tłustym rympole z ubiegłego roku (jak mu tam było, Machurski?) można było się spodziewać, że w kolejnych eliminacjach do Piosenki dla Europy pojawi się sterta badziewi, których wymyślacze zainteresują się dobrym czasem antenowym. Nikt chyba jednak nie sądził, że do konkursu zostanie zgłoszonych aż tyle Grechut a rebours. Jednym z nich jest koszmarny, autentycznie koszmarny, Marcin Siegieńczuk; który co prawda nie ma ani krzty głosu czy talentu, ale poczucie humoru bliskie Ukraińcom, którzy wybrali kiedyś Wierkę Serduszkę i o mały włos nie wygrali.

Tymczasem tak sobie pomyślałem, że to jest bardzo logiczna propozycja. Eurowizja była fajnym konkursem wtedy, gdy piosenki w jakiś sposób reprezentowały swój kraj. Gdy Serbowie śpiewali po serbsku, Austriacy jodłowali po niemiecku, Hiszpanie flamenkowali po hiszpańsku i tak dalej. W zasadzie już po pierwszych taktach można było od razu załapać, z jakiego kraju jest dany utwór (z małym wyjątkiem Bałkanów, które wszystko robią na jedno kopyto).
A Polacy? No przecież emanacją Polaków nie jest wyjąca Lidia Kopania czy Isis Gee. Polacy, moi drodzy, to prymitywne disco-polo i niedzielna msza na kacu, na której uzyskujemy rozgrzeszenie za te przerypane bez gumy laski w sraczu. A zatem to disco-polo jest muzyką, która najlepiej charakteryzuje kraj nadwiślański.

Przypomnijscie sobie te balladki z ostatnich dwóch lat a potem posłuchajcie Siegieńczuka (tekst!). I powiedzcie z ręką na sersu: kto tu jest bardziej reprezentatywny, hmm?

Czeska cywilizacja

3 listopad 2009 - autor: gejowski

Jedną z najczęściej zaskakujących mnie rzeczy jest to, że wyśmiewani i obśmiewani przez polski plebs Czesi co i rusz udowadniają, że są bliżsi cywilizacji niż ktokolwiek inny.
Najpierw okazało się, że mają najpiękniejsze miasto Europy Środkowo-Wschodniej, bo żaden palant nie wpadł na pomysł, żeby je dla idei zrównać z ziemią.
Potem okazało się, że nieszczególnie rozróżniają JP2 od B16, co już samo w sobie nastawia pozytywnie.
Potem okazało się, że są bogatsi od mędrkowatych polaczków, którzy umieją jedynie kręcić lody na boku, oszukiwać, podkradać, uprawiać czasowe zabory mienia a potem jeszcze pieprzą coś o moralności katolickiej.
Nawet język mają przyjemniejszy i znacznie bardziej śpiewny od polskiego.
I Breslau piekny zbudowali, jedną z pereł Europy, którą potem niestety przejęło polactwo i zrujnowało w 40 lat.

A na dokładkę mają lepsze poczucie humoru i większe fiuty. Kłaniamy się zatem w pas i śpiewany refren chórem:

(Ukradzione od Abiektowej)

Halloween

2 listopad 2009 - autor: gejowski

Organizowanie wieczorów towarzyskich jest zadaniem mocno niewdzięcznym. Najpierw tracisz trzy godziny na wypolerowanie podłóg i dywanów, żeby mieszkanie sprawiało w miarę pozytywne wrażenie. Skutkiem tego pucowania jest rzecz jasna całkowite zmęczenie i brak nastroju na jakiekolwiek ekscesy. Potem towarzystwo (spóźnione o kalsyczną godzinę) wchodzi i w dziesięć minut chałupa zmienia się w stajnię Augiasza. I żeby ktoś chociaż zauważył stan początkowy!

Następnie zawód sprzątaczki zmienia się w zawód kelnera. Tyle ile kilometrów zrobiłem od salonu do kuchni to chyba mi się przez cały tydzień nie zdarza. Starając się zapamiętać co kto ma dostać (“z Red Bullem i tylko jedną kostką lodu”) i nie poplątać (“ale ja nie cierpię żółtego grejpfruta”) w ramach dodatkowych atrakcji masz pijaną Teresę, wspieraną przez Raanda, które za tobą łażą i mędzą nad uchem, że chcą jakieś szpilki, igły czy cholera wie co. Ostatecznie postanowiłem po prostu zignorować wszystkie głupie pytania, pomijać ich milczeniem i od razu zrobiło się przyjemniej.

Sałatka i babeczki od Wiedźmy zeszły w trybie prawie natychmiastowym, co oznacza, że mimo wieloletniego przyzwyczajenia, że w tym domu to co najwyżej paluszki – ludzie wciąż mają nadzieję na jakieś żarło. Uratowałem tylko pół pudełeczka “Pikantnej Dorotki” na niedzielnego kaca.

Towarzysko wszystko było jak trzeba. Homofob podrywał dwie pary cycków; Teresa robiła dobre wrażenie; Metka szlajał się w tym swoim błyskotliwym outficie z Centrum Chińskiego Handlu w Augustowie z bonusowymi bokserkami od Hilfigera; ćwierć imprezy zamknęło się w łazience i cały wieczór robiło makijaż w kolorach podgniwającego zombie; kolejne ćwierć imprezy stało jak zwykle w kuchni. A perły rzucone przed wieprze (oryginalna przedwojenna płyta Ordonki puszczona na patefonie, zawierająca “Miłość ci wszystko wybaczy” i “Na pierwszy znak”) rzecz jasna nawet nie zostały zauważone.

Niespodzianka wieczoru: widziałem wreszcie po latach PIJANĄ Sylwię!!!

Potem taka jedna koncertowo zepsuła nastrój połowie zebranych łażąc i budując konflikt pomiędzy tymi, co do FouFou a tymi co do Narra. Nie chciało mi się wyjaśniać wtedy, więc proszę teraz na chwilę przestawić mózg na przyjmowanie nauk Cioci Dobra Rada:
Jeżeli na imprezie znajdują się dwa grona imprezowe, z których jedno planuje wybrać się do tańcbudy a drugie woli posiedzieć przy drinku przy stole na krześle, to jedynym sposobem nie wywoływania zbędnych zadrażnień jest wspólne wyjście WSZYSTKICH do miejsca z krzesłami i stolikami. Następnie, po pół godziny, towarzystwo tańcbudowe idzie sobie kicać zmieniając lokal i wszyscy są zadowoleni.
Niestety to nie zadziała jak ci taka jedna łazi i zadaje przepojone negatywnymi emocjami pytania: “no ale idziesz z NAMI do Narra czy z NIMI do FouFou? No, szybko, decyduj się, właśnie wzywam taksówki!”. Jakbyśmy żyjąc na codzień w tym faszystowskim grajdole mało mieli podziałów na “my” i “oni”. Mało w pysk nie dałam, prawdę mówiąc. :-)
Koniec nauk Cioci Dobra Rada.

Mniej więcej w połowie przesiadywania w FouFou i wlepiania się w boskich menelów z sąsiedniego Antrakt Clubu (cóż za cudowne miejsce: przychodzą tam tacy odpicowani dresiarze ale ponieważ Antrakt jest nudny, uciekają do FouFou i robią w nim za ozdobne paprotki, bo nie do końca wiedzieli, gdzie idą) mniej doświadczona dzioucha zza baru sprzątnęła mi mojego małego łiskaczyka (małego, bo w małej szklance od piwa). Jak już się zatchnęłam własnym tłuszczem i o mało co nie zemdlałam z oburzenia, dali na przeprosiny drugą szklankę od piwa wypełnioną rdzawym napojem. No i w zasadzie na tym kończą się moje wspomnienia z halloweenowego wieczoru, bo o ile sączyć whisky umiem, to wypijanie jej garnkami nieodwołalnie kończy się zejściem.

W związku z tym nie bardzo pamiętam jak dotarłem do Narragansetu, jak ja tam w ogóle wszedłem, jakim cudem zostawiłem sweter w szatni, jak znalazłem pijane w trupa towarzystwo sprzed godziny i tak dalej i temu podobne. Ogólnie rzecz biorąc pamiętam niewiele i w przebłyskach. Akcji wywalania Xelli nie widziałem, bo dotarłem znacznie później. Powrotu do domu również nie pamiętam.

C.B.D.U.

Rzucanie szklankami

30 październik 2009 - autor: gejowski

Wieczorek karaoke w zasadzie byłby jak zawsze, gdyby nie to, że wszyscy marzyliśmy wyłącznie o pójściu do wyrek bez podtekstów ekwilibrystyczno-frykcyjnych.

Niewątpliwie gwoździem programu był Eguś, który odreagowywał stratę premii i idiotyczne rozpiski planu życia na dwa miesiące wprzód. Dobiło go ostatecznie skatowanie przez kogoś piosenki “To nie ja” a jako że Eguś ma drugie przezwisko “Edyta”, chyba wszystko jasne. W efekcie zaczął rzucać szklankami po całym klubie (rzecz jasna nie swoimi, egocentryzm w toku) a potem zwinął się i odpłynął do loży naprzeciwko do kilku ciastek, które od mrugania do niego prawie nabawiły się tików nerwowych.

Teresa dobrze zaczęła pierwsze takty Armstronga a potem coś jej na mózg padło i pociągnęła dyszkantem, rujnując tym samym najprostszą chyba piosenkę świata (o Armstrongu wiele można powiedzieć ale nie to, że miał głos).

Summa sumarum Teresa nie wiedzieć czemu odmówiła powrotu do domu nocnym autobusem (chociaż praktycznie staliśmy obok niego) i postanowiła dojechać później i pięć razy drożej. No cóż, życie.

Przypominam towarzyszom, że Halloween/Samhain u mnie jest tylko wstępem, proszę wziąć pod uwagę, że mają być pierwsze przymrozki. Na pytanie “kto będzie” nawet już nie odpowiadam, bo skoro wszyscy od lat emanują chamstwem przejawiającym się brakiem potwierdzeń lub odmówień, to skąd ja mam wiedzieć, ile sztuk się przywlecze? To jeden z powodów dla których nigdy nie męczę się z przygotowywaniem żarcia – jak się nauczycie wysyłać SMSy “będę” i “spierdalaj”, zabiorę się za gotowanie. :-)

Ponoć będą jakieś babeczki od Wiedźmy, ale jak nie zobaczę to nie uwierzę.

PS. O wzmiankowanym Samhain pisałem dwa lata temu i nie będę się powtarzał.

Ijaijaijeeeej

30 październik 2009 - autor: gejowski

Biegając po internetowych darkroomach (fellow, gayromeo) natrafia się na niesamowite przykłady koszmaru z ulicy Wiązów wprowadzonego w życie. Chociaż materiału byłoby całe mnóstwo, nie chcę powielać już istniejących stron zawierających co bardziej zaskakujące idee promocyjne zawarte na profilach. Ale tego odpuścić po prostu nie mogłem, bo chłopiec z Krakowa (sic!) po prostu made my day.

Zamieszczając w ramach “opisu siebie” to oto jutjubowe dzieło.

A teraz, kochane, kiecki w górę i dajemy: iiiaijaijeeeej!

Szlachectwo zobowiązuje

29 październik 2009 - autor: gejowski

Wczoraj nie wypaliła mi randka (to znaczy wypaliła, ale skróciła się do kilku minut gdzieś koło jakichś garaży – o tempora, o mores) i już byłem pewien, że spokojnie wrócę sobie do domu i spędzę wieczór na oglądaniu jakiegoś badziewia – hirołsów na przykład czy innego barachła. Nic z tego.
Zdzwoniliśmy się z Wiedźmą, którą właśnie nawiedziła zakatarzona Aktorzyca i doszliśmy do wniosku, że trzeba podreperować zdrowie. Wiedźma psychiczne antydepresantem kawowym o mocy nieokreślonej; Aktorzyca obciekała śluzem, zatem zabrała się za alasz; ja w zasadzie nie pamiętam, ale chyba wszystkim po trochu. Wpadły jeszcze dzieci, z czego starsze nieco zszokowane odkryło brak wódy w zamrażarce i od razu straciło humor. Za to ja pozbyłem się dwuletniej resztki żołądkowej gorzkiej.

Ale o co to mi chodziło? A, już wiem. Aktorzyca chce pójść na karaoke i ciągnie mnie do Ganka dzisiaj wieczorem. Osobiście nie jestem przekonany, bo oznaczałoby to skrócenie randki, ale może wyślę z nią Teresę? Vulgarna niestety nie ma czasu.
Wersja najbardziej oczywista – nigdzie nie idę i mam to wszystko w dupie – nie wchodzi w rachubę. Naszą powinnością wobec społeczeństwa jest chlanie i bawienie się do białego rana w środku tygodnia. Szlachectwo i ciotostwo zobowiązują.

Jacyś chętni do dołączenia? Na mejla poproszę (jest w kontaktach aseksualnych po prawej).

21

26 październik 2009 - autor: gejowski

Weekend upłynął przede wszystkim pod znakiem domówki u dzieci, które jeszcze raz postanowiły spróbować zintegrować heteryczne kobiety z ciotkami. Pomysł drastyczny i zwykle mający małe szanse powodzenia, ale tym razem się udało. Rzecz jasna najlepszym pomysłem imprezowym była gra w 21. Jeśli ktoś nie wie co to jest, może zapytać kogokolwiek z kręgów zbliżonych. :-)

Jakimś cudem udało mi się wstać już o 14 i kwadrans później odebrać telefon od włóczących się gdzieś po mieście Marcysiów. Wpadli na kawę, potem drugą, potem wpadła Vulgarna i tak jakoś przyszła północ.

Poplotkowaliśmy o łódzkich klubach, o łódzkich obciągarach, o łódzkich ruchaczach, o łódzkich pieniądzach i o szansach na powrót łódzkich, chwilowo wyeksportowanych chłopców. W skrócie: jest źle, jest średnio, jest dobrze, jest coraz więcej, będzie lepiej w związku z nowym narybkiem.

A potem jak już Marcysie poszły w pizdu, skatowaliśmy się z Vulgarną Milionerami, Faktami, głupim serialem kryminalnym i bezdennie pustym filmidłem “The Deviants”. Który to film udowodnił przynajmniej, że nie trzeba niczego, żeby nakręcić dzieło wielkie: ani scenariusza, ani pieniądzy, ani wnętrz. No, może kamera byłaby przydatna.

W sumie weekend dziwny, bo z mojego punktu widzenia jednak pod znakiem wyprowadzki exa. Ale nikogo tym nie zadręczałem, bo jak wiadomo należy najpierw przerobić zdarzenia życiowe we własnych zwojach mózgowych, zanim zabierzemy się za rujnowanie czyjegoś humoru.