To jest baaardzo zaległa notka, ale ja po prostu bardzo nie lubię tracić czasu na pisanie o złych filmach złych reżyserów.
Rob Marshall jest reżyserem złym (co jeszcze ujdzie, wielu jest) a na dokładkę nudnym (a to jest już niewybaczalne). Nigdy nie dołączyłem do chóru piewców “Chicago” i nadal nie zamierzam – jedyną rzecza wyróżniającą filmy Marshalla od reszty chłamu są filtry na kamerze, podbijające pastelowe nasycenie kolorów, co ma udawać styl lat 30. lub 60. Może nawet by mi się to spodobało, gdyby nie fakt, że już widziałem znacznie lepsze wykorzystanie tego efektu wizualnego. W serialu “Mad Men” kablówki AMC.
“Nine” jest opowieścią o reżyserze, który stracił swoją pomysłowość i umie już tylko robić dobre wrażenie. No jak Marshall po prostu. Jeżeli ktoś koniecznie chce się pomęczyć, proszę bardzo. Dla mnie jednak jest to film o Teresie dla Raczka. O Teresie, bo ona przechodzi kryzys wieku średniego równie źle i z równym brakiem klasy jak filmowy Guido Contini. Dla Raczka, bo tylko on umie docenić ułudę tych nieszczęsnych pasteli. I nie zrzygać się od miałkiej historii w tle. W końcu “Avatar” mu się podobał.
Jedyną aktorką, która ratuje to filmidło przed kompletnym zapomnieniem, jest Marion Cotillard. To jest ten typ baby, która w chwili pojawienia się na ekranie natychmiast przykuwa uwagę i co lepsze – utrzymuje ją. Nic poza nią już sie wtedy nie liczy. A i jej piosenka jest najlepsza w całym filmie. Tyle tylko, że Cotillard wystąpiła w wielu lepszych filmach i naprawdę nie trzeba męczyć się na badziewiu od Marshalla, żeby ją obejrzeć.
Największe rozczarowania: płaska Sophia Loren i zupełnie nijaka Judi Dench. To dopiero trzeba się narobić, żeby spieprzyć taką aktorkę jak ona!
Moim zdaniem: szkoda czasu.

Bob Marshall “Nine”, Weinstein Company 2009

Totalna klęska Jerzego Kropiwnickiego praktyczie kończy karierę tego katopolitruka. Koniec ZChNowskiego importu z Częstochowy ma jeszcze jeden wymiar. Przekreślił on bowiem resztki, jakie pozostały mu z solidarnościowej karty, którą z pełną hipokryzją się szczycił. Człowiek, który “walkczył o wolność i demokrację” w latach 80. teraz próbował za pomocą spotów reklamowych sabotować najważniejszy element systemu demokratycznego: wybory, do których zalicza się również referendum. To już nie jest skrzywiony solidarnościowiec, to praktyczny i faktyczny faszysta w najgorszym tego słowa znaczeniu: realny i niebezpieczny wróg idei, że to LUD jest suwerenem.