Szaleństwo rewolucji 1989 roku zmieniło w tym kraju wszystko. Politykę, plany życiowe, gospodarkę, stany zniewolonych polskich umysłów. Nagle wszyscy zaczęli podejmować decyzje w sprawie swojego życia na własną rękę. Nikt nikomu nie mówił, jak się ubrać, gdzie pracować, czego nie pisać (choć cenzura siłą inercji jeszcze trochę działała). Na ulice wyległy łóżka polowe i szczęki, w których przejawiły się pierwsze jaskółki kapitalizmu. Wszystko miało być nowe, inne, przyszedł czas zmian.
Dotyczył on również mieszkań i domów post-PRLowskich. Niemalże z dnia na dzień obecne u wszystkich kanapy, fotele w stylu lat 70. (po co było tworzyć nowy design, skoro i tak wszystko schodziło na pniu), koszmarne meblościanki na wysoki połysk, lakierowane stoły z krzesłami… stało się niemodne, przypominało o złym czasie. Ludzie odreagowywali to w sposób absolutnie zgodny z ich brakiem wyczucia stylu, złym gustem i głupotą naraz. Szczytem mody były ohydne mebliszcza neorokokowe, upstrzone “luksusowymi” rzeźbieniami, kryształowe lustra w kapiącej od kryształów ramie, wszystko malowane obrzydliwą złotą farbą. Przez kilka lat tego typu potworki – dzisiaj spotykane już chyba tylko u Rosjan – były szczytem marzeń. Na szczęście otrzeźwienie przyszło dość szybko, nowe magazyny poświęcone wnętrzarstwu odwaliły orkę na ugorze. Pokazały, na czym polega minimalizm, piękno prostych linii, stonowane kolory. Problem w tym, że na obrazkach prezentowano szczyty osiągnięć designu włoskiego a do polskich mieszkań trafiły… brawo. Znowu podróby.
Zalew mebli w kolorze “wenge” na tle ścian ecru przekraczał wyobrażenia. Kolory te należą do najłatwiejszych do zestawienia. Polacy nie umieli zestawiać ani form ani kolorów – wenge było dla nich wybawieniem. I w tej straszności ludzie żyją do dzisiaj. Miałem nadzieję, że ten koszmar mojej młodości na zawsze odszedł w niepamięć – razem z szafirowym garniturem z poliestru, w którym z dumą paradowałem przez kilka miesięcy (zanim nie spojrzałem wreszcie w lustro).
I oto koszmar z ulicy Wiązów powrócił. Poszedłem na parapetówkę (właściwie pojechałem, bo ja się na Białoruś samolotami nie wybieram) i stanąłem jak wryty.
1. Schody ecru. Drzwi wejściowe wenge.
2. Korytarzyk wenge (ściany ecru).
3. W kuchni wenge. Plus ecru.
4. Sypialnia wenge, ściany ecru, ubarwieniem jest biała wykładzina dywanowa typu “obedrzyj owcę ze skóry”, który to użytkowy błąd jako pierwsze w towarzystwie popełniły dzieci.
5. W salonie wenge. I pierwszy kolor: obrus w biało-czerwoną kratkę.
O Darwinie, o mało nie dostałem orgazmu! Nigdy wcześniej nie uznawałem obrusów w czerwono-białą kratkę za tak piekne i wyjątkowe jak w tym momencie!
Uciekłem z Raandem do jedynego miejsca, które miało szanse na jakiś kolor. Znaczy się do 6. łazienki. No fakt, odmiana: poza wenge i ecru były jeszcze kafelki z jasnobrązowym wzorkiem.
To przerażające doświadczenie uzmysłowiło mi, że nie ma znaczenia, jaką fortunę wydasz na umeblowanie mieszkania. Wenge jest ZŁE. Zawsze ZŁE. Bez względu na to czy wydano na to 40 tysięcy jak Wenge czy 60 jak Importowany Prawnik lub jego łódzka konkurencja. Nie istnieje coś takiego jak “ładne wenge”. To oksymoron.
Od tej chwili wiem już, że nie ma najmniejszego problemu z prezentami dla nich wszystkich. Można kupować KAŻDĄ RZECZ, co tylko dusza wymarzy, pod warunkiem, że będzie zielone, czerwone, żółte, pomarańczowe, niebieskie, chabrowe itd. Bo ten depresyjny zestaw wenge z ecru można przełamać tylko kiczem i nadmiarem.
Maskami weneckimi, zdjęciami karnawału w Rio, kopią Kandinsky’ego lub Pollocka (nie musi być dodatkowo obspermiona), strojem drag-queen. Wtedy wenge stanie się elementem i podmiotem drwiny, mrugnięciem oka a tym samym nabierze klasy.
A zatem moi drodzy: kupujemy im wszystko, co tylko ma jakiś kolor. Można zacząć od kolorowych szklanych kuleczek z Ikei, zwanych przyciskami do papieru.
A dla Wenge dodatkowo krzesła. Dużo kolorowych krzeseł.

No dobra, to już wyjaśniłem, dlaczego Xell od tej chwili będzie przeze mnie nazywany per “Wenge”, czas wrócić do imprezy.
Moim podstawowym problemem było to, że musiałem być trzeźwy. Herbatki zdecydowanie nie są w stanie zapewnić dobrej zabawy – przynajmniej nie mnie.
Drugim był fakt wstawania w niedzielę o obłędnej szóstej rano. Przez cały czas przed oczami stał mi zegar (wenge), skutecznie psując mi nastrój.
Trzecim problemem był brak wysokich chudych dwudziestoparolatków z owłosionymi nogami: miało być ich co najmniej trzech, był jeden, za to pijany w trupa. 
No i grzech młodości, czyli Prawie Brunet, którego błyskawice z oczu wypaliły mi w plecach dziury odczuwalne do dzisiaj.
Nawiasem mówiąc: nadal mi się podoba, podobnie zresztą jak jego małżonek. Zgadnijcie, dlaczego:

W związku z kiepskim humorem, spowodowanym przez wyżej wymienione czynniki herbaciano-zegarowe, postanowiłem nie psuć innym świetnej zabawy (a widziałem, że impreza się udała, trudno tego nie docenić) i zmyłem się do domu.
W którym nie mam nic wenge.